środa, 15 września 2010

Wina smaku meandry

Będzie o winie, ale bez zdjęcia, bez szczegółów technicznych, bez aromatów i smaków. Powód wpisu takiego leży po stronie wina typu chianti, a dokładniej dwóch.

Pierwsze trafiło się w zeszłym tygodniu. Z winnicy sprawdzonej, pozycjonowane pomiędzy prostymi chianti, które smakowały i bardziej eleganckimi chianti, które swoją złożonością urzekały. Tym samym mocny zapach stajni, mówiąc najogólniej, tuż po otwarciu mnie nie zraził. Postoi chwilę, powietrza zaczerpnie i aromat prawdziwy się uwolni, pomyślałem. Cóż godzinę, dwie, następnego dnia odór stajni był tam nadal i nigdzie się nie wybierał. Zacząłem czytać, czymże ten feler spowodowany być może. I trafiłem na element B., czyli Brettanomyces drożdżaki dzikie i nieokrzesane, które wino wielkim potrafią uczynić, ale wystarczy że ich stężenie ponad miarę wzrośnie i właśnie stajnię zagłuszającą wszelkie pozostałe aromaty mamy. Co ciekawe aromaty wędzonego boczku i jodyny, bandaży także efektem występowania Brettanomyces są. W nomenklaturze degustatorów przypadłość ta “brett” się nazywa. Dotyka głównie wina europejskie, gdyż tradycyjne metody produkcji, bez wprowadzania siarczanów na początkowym etapie Brettanomyces służą. Odnoszę wręcz wrażenie, że są swoistym podpisem win ze starego kontynentu. Jednak jak wcześniej wspomniałem, w małych stężeniach aromat wina wzbogacają co patrząc na niektóre opublikowane tutaj notki degustacyjne potwierdzam. Niestety w przypadku chianti numer jeden wino zostało przez nie zdominowane, choć na szczęście do aromatów zjełczałego sera nie doszło. Ale wybór między końskim parkietem, a zjełczałym serem iście diabelską alternatywą jest.


Przechodząc do wina drugiego. Co by zeszłotygodniowe chianti odreagować, wybrałem wczoraj sprawdzonego chianti butelkę, która aromatem orzechowym uraczyć mnie powinna. Tak przynajmniej w zapiskach wcześniejszych stało. Korek odszpuntowałem orzechów nie było, odetchnąć dałem orzechów nadal nie znalazłem, do dekantera przelałem. Słusznie bo osad nad wyraz bogaty miało, ale orzechów nadal nie doświadczyłem. Natomiast odory alkoholu jak najbardziej, może nie bardzo silne, ale jednak. A ponadto nic wielkiego aromaty winne, smak winny, lekko wodnisty, finisz się najbardziej bronił solidnością i wytrawnością. Można się pocieszać, że przynajmniej na element B. nie trafiłem.

I tak mnie do refleksji wina powyższe zmusiły. Refleksji nad wina smaku meandrami. Wino tak jak ludzie humory swoje miewa, nie zawsze idzie z nami pod rękę, potrafi zawieść srodze, ale też oczarować niespodziewanie. Ja też zresztą z winem pod rękę nie zawsze idę, bo czasem nawet najsubtelniejsze meandry wyczuwam, wino degustowane wręcz na poziomie atomów doświadczam, ale czasem na wina degustowanego powab i dźwięki głuchym być potrafię. Dlatego też piętnować tych dwóch win na razie nie zamierzam, kolejne ich butelki w piwniczce czekają i z werdyktem do ich degustacji się wstrzymam. Tym samym jeśli narzekać będę, to mając solidne podstawy. A na razie idę przyjrzeć się chłodziarki do wina zawartości, żeby wybrać wino do następnej notki degustacyjnej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz