środa, 6 października 2010

Mediolan, Florencja, Pontassieve, Montalcino i wino

dworzec_mediolan_j

Rym w tytule kiepski, lecz chcąc w jednej linijce podsumować piątkowo-poniedziałkowy wypad do słonecznej Italii, tak by to w skrócie od strony napojów i miejsc odwiedzonych wyglądało. Ale po kolei.


Odsłona pierwsza. Gdańsk, lotnisko, słonecznie i zimno. Widoki po starcie piękne, do Pontassieve osiem i pół godziny.

Odsłona druga. Lotnisko Bergamo, a właściwie Orio al Serio, chmury, deszcz, dwadzieścia parę stopni Celsjusza, do Pontassieve siedem godzin.

Odsłona trzecia. Mediolan, dworzec centralny, trzy godziny do pociągu Alta Velocita, do Pontassieve sześć godzin. Zauważyłem, że lubię wracać do miejsc już raz odwiedzonych. Kolejne wizyty pozwalają mi odkrywać miejsca niepozorne, a ciekawe i wracać do miejsc już znanych, lubianych. Chyba się starzeję. Ale powracając do Mediolanu, tym razem w oczekiwaniu na pociąg trafiłem do samoobsługowej knajpki Planeta Luna, w bocznej uliczce pomiędzy dwoma MacDonaldsami przydworcowymi. Jedzenie było bardzo przyzwoite, bez szaleństw ale też bez nieprzyjemnych niespodzianek. A wisienkę na torcie stanowiła przyzwoita oferta win w półlitrowych butelkach w rozsądnych jak na Mediolan cenach. Skusiłem się z moją lepszą połową na wino piemonckie czerwone Biriccotondo (Barbera, rocznik 2009, alkoholu 13,5%, 9,90 Euro). Wrażenia z degustacji. Zapach: atramentowy, winny, przyjemny. Smak: owoce leśne, atrament, pikantność, łagodna wytrawność. Finisz: wytrawny, średnio długi. Podsumowując. Solidne wino stołowe, do obiadu jak znalazł. A atramentowość zapachu i smaku jest dla mnie całkiem interesująca.

Odsłona czwarta. Pociąg Alta Velocita, do Pontassieve poniżej trzech godzin. Koleje włoskie tym razem obraziły się na moją kartę kredytową i przez Internet biletów kupić mi nie było dane. Jednak dzięki temu odkryłem istnienie w pociągach Alta Velocita miejscówek stojących i od razu z rozrzewnieniem pomyślałem o PKP. Na szczęście na tym podobieństwa się kończą. Przejazd przez góry między Bolonią a Florencją w pół godziny, non stop w tunelu potrafi zaimponować. Ech, ponarzekałbym sobie na polski transport, ale że to blog o winie, wyprawach i whisky to się powstrzymam.

Odsłona piąta. Florencja, pod halą targową, do Pontassieve czterdzieści pięć minut. Koło południowego narożnika Mercato Centrale wśród stoisk ze skórzaną i inną tandetą stoi niepozorna budka gastronomiczna, oferująca wyśmienite Panino con Lampredotto, czyli siekane żołądki w bułce doprawione własnym sosem, a także czerwonym sosem pikantnym i zielonym ziołowym. Według mnie z małym, zimnym piwkiem istnie niebo w gębie. Dlatego też za każdej bytności we Florencji staram się tam powracać. Niestety tym razem mogłem jedynie odprowadzić wzrokiem ostatnią bułkę sprzedaną tego dnia, zabrakło dosłownie pięciu minut i dwóch porcji żołądków więcej. Notatka dla siebie. Następnym razem najpierw po Lampredotto, a bilety na pociąg do Pontassieve kupi się później.

Odsłona szósta. Pontassieve, baloniki, czapeczki, trąbki. Czyli niespodziewane pojawienie się nas, znaczy rodziców chrzestnych na pierwszych urodzinach chrześniaka. Kuchnia włoska w wykonaniu siostry mojej lepszej połowy to jest to. A do picia wino rozlewane w pobliskim sklepie. Przychodzisz z butelkami, wychodzisz z winem. Jest smaczne, solidne, komponuje się z lokalnymi potrawami, jest w bardzo przyjaznej cenie, czego chcieć więcej. Grappa i espresso kończą ten zwariowany, ale udany dzień. Jest tylko jeden efekt uboczny, oszołomienie bogactwem aromatów i smaków, a to dopiero początek.

Weekendu toskańskiego odcinki kolejne:

Część druga - Lampredotto, Traminer, Chianti Rufina

Część trzecia - Montalcino, miedź i chleb krasnoludów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz