poniedziałek, 11 października 2010

Montalcino, miedź i chleb krasnoludów

montalcino_winogrona_j

Trylogię italiańską weekendową czas kończyć, znaczy się docieram do deseru. Zacznę od ciasteczek migdałowych cantuccini zwanych, które w Toskanii tradycyjną słodkością na koniec posiłku podawaną są. Te twarde kruche ciasteczka macza się w vin santo, czyli słodkim i mocnym winie. Według mnie najlepsze cantuccini, warte swojej wagi w złocie choć szczęśliwie znacznie tańsze, można znaleźć w sąsiadującym z Pontassieve miasteczku San Francesco. A dokładniej w piekarni na via Albizi, pod numerem 11. Są cudownie kruche, aromatyczne i doskonale wchłaniają vin santo, zapewniając rozkosze podniebienia. Ale ostrzegam, próbując cantuccini z San Francesco już nigdy nie spojrzycie w stronę ich imienników dostępnych w polskich sklepach, których biszkoptowy smak i kamienna twardość nie mają nic wspólnego z prawdziwymi cantuccini. Samym vin santo zajmę się przy innej okazji, już wkrótce.


Druga słodkość nierozerwalnie z Toskanią związana to panforte, ciasto które mogłoby być pierwowzorem dla “chleba krasnoludów” występującego w powieściach Terrego Prattcheta. Okrągłe, płaskie, aromatyczne, tak smoliste słodyczą i pełne migdałów oraz orzechów, że aż twarde. Może leżeć miesiąc, dwa, albo i pół roku. Dłuższego przechowywania nie testowałem lecz jest duża szansa, że wytrzymałoby bez większej utraty jakości. Podobnie jak grappa i pieczywo bez soli, smak nabyty, niezachwycający na początku, ale później miły, w umiarze rzecz jasna. A jako broń zaczepno-obronna sprawdzi się niechybnie. Jeśli będziecie w Toskanii, szczególnie w okolicach Sieny lub Montalcino gorąco polecam.

I tak do Montalcino dochodzę, miasteczka na południowy wschód od Sieny leżącego, które w weekend opisywany odwiedziłem. Samo miasteczko na wzgórzu usytuowane, to cztery ulice na krzyż, w tym jedna obwodowa, szczytem murów opasujących miasto wytyczona. Wewnątrz zabudowa średniowieczna, bardzo do centrum Sieny czy też San Gimignano podobna. Główne atrakcje turystyczne to forteca i wino. Jeżeli chodzi o fortecę, stwierdzam że możliwość dostrzeżenia Florencji, tudzież morza z jej murów (jak to przed wizytą przeczytałem) dopiero po osuszeniu beczułki wina miejscowego może zaistnieć. Wcześniej bym się nie spodziewał. Natomiast wino, znaczy się Brunello di Montalcino, nawet bez morza widoku wrażenie na mnie zrobiło. Kupując zdałem się na sprzedawcę w niepozornie wyglądającym sklepie winiarskim, położonym w bezpiecznej odległości od głównego traktu turystycznego. Życzyłem sobie dobrego brunello w średniej cenie i takie też dostałem. Przechodząc do szczegółów technicznych. Brunello di Montalcino, Cerbaia, DOCG, alkoholu 14%, cena 15 Euro. Zgodnie z zaleceniem sprzedawcy otworzyłem na dwie godziny przed degustacją. Przy degustacji najpierw kolor tego brunello moją uwagę przykuł. Otóż czerwień głęboka, miedzianymi odblaskami się w kieliszku skrzyła, co dla oka istną ucztą było. Sama degustacja natomiast to podróż w świat nut owocowych (czereśni, agrestu), szlachetnych (beczka dębowa, aromaty likierowe) i suchej wytrawności. Podsumowując. Cerbaia to wino o zachwycającym, spatynowanym ale żywym kolorze i bogatej palecie aromatyczno-smakowej, do którego w przyszłości na pewno powrócę. A powrócić tym bardziej chcieć będę, że z uwagi na późną degustacji porę niuansów wszystkich zapewne nie wyłapałem, dlatego notka krótka i lakoniczna.

I tak szlachetnym Brunello di Montalcino z winnicy Cerbaia kończę temat weekendowego wypadu do krainy gdzie wina ciekawe to codzienność. Standardowy program bloga powróci już wkrótce.

P.S.

Na zdjęciu do notki dzisiejszej winogrona, z których Brunello di Montalcino powstaje, tuż przy drodze do miasteczka rosnące.

Weekendu toskańskiego odcinki wcześniejsze:

Część pierwsza - Mediolan, Florencja, Pontassieve, Montalcino i wino
Część druga - Lampredotto, Traminer, Chianti Rufina

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz