niedziela, 7 listopada 2010

... i wino

wino

Dyptyku o winie część druga, jakby nie patrzeć ostatnia. Jako że pojedynek północy z południem obiecałem, to wino numer dwa z krainy gdzie wszystko stoi na głowie pochodzi, znaczy się Australii. Z winem numer jeden łączy go zaledwie bycie winem czerwonym wytrawnym, reszta zupełnie inna jest. Dlaczego zatem tutaj się znalazło? Powód dobry ku temu jest, ale przedwcześnie wolałbym go nie zdradzać. Proszę o brawa, wino numer dwa na scenie się pojawia.


Przechodząc do szczegółów technicznych. Winnica Bleasdale, wino Frank Potts, rocznik 2006, alkoholu 14,5%. Szczepy winne w skład jego wchodzące to w trzech czwartych Cabernet Sauvingnon, a w czwartej jednej Merlot. W ofercie winnicy pozycjonowane wysoko, na równi z Generations (Shiraz), które już na moim blogu swoje pięć minut miało. Z ciekawostek, korkociąg będzie zbędny, energiczny obrót metalowej nakrętki zamykającej butelkę wystarczy. Zapach: melodia czarnej porzeczki uderza całą mocą orkiestry filharmonicznej od pierwszego wdechu. Wrażenie jest tak silne i pełne, że degustując na ślepo mógłbym pomylić to wino z gęstym, zawiesistym, smakowitym domowym sokiem z czarnych porzeczek. Na szczęście porzeczki nie dominują bez reszty, po otrząśnięciu się nos bez trudu wychwyci pozostałe aromaty. A jest ich sporo. Nuty pieprzowe apetycznie zaostrzają paletę. Dym w połączeniu z rodzynkową słodyczą stanowi dobre wprowadzenie do aromatów dębiny. A wysokoprocentowość nie razi zwykłym odorem alkoholu, lecz daje się odczuć aromatem zbliżonym do grappy, tej grappy. Smak: niewątpliwe owocowy, gęsty, znów skojarzenia z babcinej produkcji sokiem. Jest i wytrawność, taniczność dębiny, ale podana w sposób przedziwny. To znaczy? Stężenie owocowości powoduje, że dla mnie Frank Potts testuje granicę między winem wytrawnym a słodkim. Nie przekracza jej, ale jest blisko. Na koniec w palecie smaków pojawia się kawa. Finisz: długi. Tutaj wytrawność nie pozostawia wątpliwości, jest ostra, zdecydowana, wsparta aromatami ogniska, czyli popiołem, dymem, drewnem.

Podsumowując. Zacytuję moją lepszą połowę: “zbyt dobre, by było prawdziwe”. Wino Frank Potts z winnicy Bleasdale oszałamia wszystkimi elementami palety aromatyczno-smakowej. Ma przebogaty, wielowarstwowy zapach. W smaku toczy się ciekawy pojedynek między wytrawnością a słodyczą. Finisz oczyszcza i zachwyca nowymi, złożonymi aromatami. Słowem jest to oślepiająca orgia doznań, winny odpowiednik eksplozji termojądrowej.

Ale nie byłbym sobą i nie byłoby tego dyptyku, gdybym pozostał w niemym, bezrefleksyjnym zachwycie. Wino numer jeden i wino numer dwa różni praktycznie wszystko, pochodzenie, szczepy winne, metoda produkcji, w ofercie winnicy pozycjonowanie. Oba jednak są przykładami win wysokiej jakości i dlatego zdecydowałem się je ze sobą zestawić. Bo nie o jakość mi idzie, ale o podejście do wina charakteru budowy. Cedro klasycznych winnych aromatów i smaków zestaw wiernie odwzorowując na wino naturalne, prawdziwe pozuje. Frank Potts natomiast to dla mnie wino brzydko mówiąc “techniczne”, dopracowane w każdym szczególe, ale też sprawiające wrażenie w każdym szczególe przetworzonego. Cedro intryguje na sposób przyjazny, surowy charakter chianti podając. Frank Potts rozczarowuje pokazując jak można zrobić wino tak przesmaczne i przebogate, że aż wina wytrawnego pierwotną, nieokrzesaną naturę zupełnie gubiące. Jednak oba te wina zachwycają. Niemożliwe? Możliwe, choć do zrozumienia trudne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz