wtorek, 30 listopada 2010

Bo nie zna życia, kto nie służył w marynarce...

pogoria

Listopadowa mżawka powoli zmywała całun mgły znad pogrążonego we śnie miasta portowego Gdynia. Zapiąłem sztormiak, zarzuciłem na plecy worek żeglarski. Lekko przygięty do ziemi, wytrzymując pełne dezaprobaty spojrzenie kota ruszyłem wraz z moją lepszą połową na spotkanie przygody. Trzydzieści godzin później dotarliśmy do miasta portowego Imperia, gdzie czekała ona, piękna, smukła barkentyna "Pogoria".


Jednak nim baksztag wspomnień poniesie mnie dalej wstępu słów parę. Szczurem lądowym będąc, w mieście portowym mieszkającym, od zawsze podziwiałem żaglowce. Nie małe, jednomasztowe jachty, ale wielomasztowe, rejowe dinozaury wywodzące się z czasów zamierzchłych, niebezpiecznych, acz romantycznych. Z czasów kiedy morza i oceany wyobraźni zamieszkiwały Scylle i Charybdy, syreny, Krakeny, Moby Dick i inne im podobne pluszaki. Łamanie grzywaczy fal pod pełnymi żaglami, śmiganie po rejach, nocne wachty w księżycowe noce niestety sferę marzeń stanowiły jedynie. Do czasu, kiedy dziewczyny ze stowarzyszenia Italianissima zainspirowane i wspierane przez kapitana Bronisława Tarnackiego rozpoczęły przygotowania do enokulinarnego rejsu "Pogorią" po Morzu Liguryjskim. Jakże mogłem nie skorzystać.

Koniec dygresji, stawiamy sztaksle i ruszamy powoli do przodu. O tym, że nikt za balast na pokładzie robić nie będzie przekonaliśmy się tuż po autokaru opuszczeniu, kiedy na własnych grzbietach trzeba było zaopatrzenie na żaglowiec przetransportować. Później na salony wprowadzeni zostaliśmy. W życiu nie podejrzewałem, że drugi poziom piętrowego łóżka w ośmioosobowej kajucie może szczytem luksusu sie wydać. Ale w zestawieniu z trzecim poziomem, hej tam pod sufitem, przelotowego kubryku rzeczywiście tak się moja miejscówka jawiła. Choć sprawiedliwość oddać tu chcę warunkom bytowym, gdyż suche, schludne i czyste kajuty zastaliśmy. A że ascetyczne? Cóż nikt nie mówił, że będzie łatwo. W twierdzeniu ostatnim zresztą obiad mnie utwierdził, pożywny i prosty, widać że na dostarczenie energii, nie na kulinarne zadziwianie nastawiony.

Szkolenie żeglarskie po obiedzie rozpoczęliśmy. Solidna dawka nazw i lokalizacji kilku masztów, kilkunastu żagli, kilkudziesięciu lin zrobiła wrażenie. Później doszły szczegóły bezpieczeństwa dotyczące. W tym wyjaśnienie tajemnicy uprzęży, którą każdy na koji swojej zastał. Ten zbiór pasów i linek, który gorsecikiem ochrzciłem patrząc na wygodę wkładania i noszenia, miał stać się nieodłącznym na wachtach towarzyszem. Na przekór kaprysom Neptuna na pokładzie nas zatrzymującym. Szczęśliwie dzień pierwszy szkolenia wraz ze zmierzchem końca dobiegł i mogłem na wachcie trapowej odetchnąć, a po wachcie relaksu w barze pobliskim zażyć. Świadom wszakże trudów i obowiązków przyszłych przezornie na szklaneczce vin brulé skończyłem.Trunek to ciekawy, bo choć grzaniec, to nie słodki bardzo, ale półwytrawny, złamany słodkością owoców dodanych.

Zanim dnia następnego ranne wstały zorze wszelkie okoliczne koguty wystraszył przenikliwy dźwięk pobudki. Godzina siódma to była. Pół godziny później przemknęło śniadanie, a o ósmej podnieśliśmy banderę. Po czym część praktyczna szkolenia nastąpiła. Znaczy się lin w dniu wczorajszym ledwo poznanych wybieranie i luzowanie w tempie, które jeszcze wczoraj uznałbym za niewykonalne. Ale krótkie, celne i wyraziste komendy oficerów robiły swoje. Luźny zbiór indywidualności błyskawicznie stawał się zespołem. Po pierwszych litrach potu wylanych w polary i sztormiaki przeszliśmy do elementu przeze mnie oczekiwanego najbardziej. Czyli debiutanckiej wspinaczki na reje. Było ciężko, ale dałem radę. A dotykając stopą pokładu, wiedziałem że będę tam chciał wrócić. Bo według mnie, jeżeli jest coś bardziej klasycznego od przemierzania morza żaglowcem, to jest to praca na rejach.

I tak w opowieści pora obiadu nastąpić powinna. Jednakże kapitan rozkaz do odcumowania dał i nagle trzeba było sie już w pełni odnaleźć w swoich obowiązkach. Litry potu znów polary i sztormiaki przyjęły, ale daliśmy radę. Zresztą oficerowie chyba innej opcji nie zakładali. Niestety tuż po rogatek portu opuszczeniu stabilny dotąd niczym nadmorska skała pokład w węża po falach ślizgającego sie zamienił. Tym samym dla większości wizja obiadu znacznie mniej kusząca nagle się stała. A ci co oszczędzeni zostali, w tym te słowa piszący, musieli zmierzyć się ze sztormem w zupie i kotletami z talerza uciec próbującymi. Scena w mesie za niemą komedię slapstickową uchodzić by mogła, gdyby ktoś śmiać sie miał siłę.

Ale Neptun łaskawy tego popołudnia się dla nas okazał. Trudy i znoje wynagrodził pięknym słońca zachodem. "Pogoria" pod żaglami orzeźwiającym zefirem wypełnionymi rozcinała grzywacze fal, ostatnie promienie słońca roziskrzały żaglowiec złotym blaskiem, smak morza w kropelkach rozbryzgiwanych fal dopełniał całości. Chwilo trwaj wiecznie! - chciałem zakrzyknąć, ignorując czarne, kłębiące się na horyzoncie chmury.

Ciąg dalszy nastąpi…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz