czwartek, 2 grudnia 2010

It's a long way to Tipperary

reje

Zostawiając na później nadciągające burzowe chmury, drugi wpis dotyczący rejsu na "Pogorii" zacznę od omówienia podstawowego elementu statkowego życia, czyli wachty. Z definicji wachta ma znaczenie dwojakie. Jest to zarówno czas pełnienia służby na statku, jak i określenie części załogi statku pełniącej służbę razem. Po tygodniu rejsu mogę stwierdzić, że podział na wachty jest koncepcją genialnie skuteczną w swojej prostocie.


Po pierwsze ułatwia życie pod pokładem. Jak? Wysłanie dziesięciu osób na pokład zwalnia sporo przestrzeni w kajutach. Przypisanie rotacyjnie dziesięciu osób do obowiązków gospodarczych, pozwala innym skupić się na tym co najważniejsze, czyli pracy, jedzeniu i spaniu. Ze szczególnym naciskiem na ostatnie, bo nikt się nie spodziewa alarmu manewrowego.

Po drugie ułatwia pracę na pokładzie. W dziesięcioosobowym zespole odnaleźć się łatwo, w czterdziestoosobowym zajęło by to pewnie z tydzień. Do tego przy wspólnych manewrach każda wachta ma swój odcinek czasoprzestrzeni i nie plącze się innym pod nogami.

Po trzecie daje wspólne przeżycia, na których można budować przyjaźnie. Bo choć tydzień wspólnych wacht, czasem ciężkich, znojnych, beczki soli nie zastąpi, to wiele o człowieku powiedzieć potrafi. A i historii do wspominania przy spotkaniach późniejszych dostarcza.

A jak wachty w praktyce wyglądają? Żeby nie przynudzać trzy najbardziej charakterystyczne z całego rejsu wybrałem.

Zacznę od najmniej ekscytującej, czyli wachty kambuzowej. Znaczy się dwunastu godzin poświęconych porządkom pod pokładem. Z racji programu enokulinarnego wachta pierwsza, do której przypisany zostałem, wachty kambuzowe dość lekkie miała. Ale kiedy po godzinie 7:30 rano na zmywaku stałem, po kilkudziesięciu osobach naczynia zmywając, odczuwałem pewną abstrakcyjność sytuacji. Ja, który zmywać nie lubi, zmywarkę od lat posiada, wstawać wcześnie nienawidzi, szczególnie na urlopie, tutaj z własnej nieprzymuszonej woli, wręcz z przyjemnością talerz, za talerzem, kubek za kubkiem z samiutkiego rana czyściłem. Nic bardziej chyba pokazać nie może jak przynależność do wachty człowieka ustawić psychicznie potrafi. A oprócz zmywaka i przy posiłkach kelnerowania proza życia w ramach kambuza sama. Znaczy się podłóg zmywanie, kibli szorowanie i śmieci wyrzucanie. Co zdecydowanie gorzej brzmi, niż w praktyce wygląda.

Wachty bosmańskie związane z oporządzaniem pokładu, malowaniem burt i innymi drobnymi przyjemnościami życiowymi były naszemu rejsowi darowana. Dlatego przejdę do dwóch, wybranych z rejsu, wacht nawigacyjnych, solą żeglarstwa będących. Przy okazji do chmur burzowych powracając.

Pierwsza była wachtą ranną, której sama nazwa jest mocno ironiczna, gdyż pierwsze dwie godziny między czwartą a ósmą rano ciężko mi do jakiegokolwiek poranka zaliczyć. Ponieważ pogoda wybrała opcję mokro, ciemno, chłodno i do domu daleko, wyszedłem na pokład w pełnym sztormiaku, zaimpregnowanych butach i rękawicach. Wróć. Sformułowanie "wyszedłem na pokład" nie do końca oddaje doświadczenie tego kontaktu z nocą na morzu. Poprawniej powinienem to opisać w sposób następujący. Z przytulnego, oświetlonego żółtawym blaskiem żarówek, zacisznego wnętrza żaglowca zrobiłem krok i oślepłem, a z góry spadły na mnie ze dwie wanny wody. Dobrą passę podtrzymało pojawienie się na pokładzie kapitana, który chroniąc nas przed wychłodzeniem zaordynował stawianie sztaksli, czyli żagli dziobowych. Pół godziny i parę wanien wody z niebios później nauczyłem sie, że nie ma złych impregnatów, tylko czasami wody nadmiar jest. Szczęśliwie zapasowa para butów czekała w kajucie, a ulewa przeszła w mżawkę. Kolejne godziny wachty to ciemność, chłód, i pokład miotający sie pod nogami. Nie wspominając już o kilku dużo większych statkach na przecinających nasz kursach, dających poczucie bycia dziesiątką na strzelnicy. Aż około siódmej niebo zaróżowiło się na wschodzie, mżawka ustała, delikatny zefir zaczął suszyć sztormiak, wszyscy poweseleli, a ja stwierdziłem, że dla takich chwil warto na wachcie być. Szczęśliwie świadom nie byłem, że dwie godziny po wachcie alarm manewrowy ze snu otchłani nas wyrwie i znów trzeba będzie liny wybierać, luzować i klarować.

Druga wachta za dnia miała miejsce i według opinii wspólnej o ideał wachty się otarła. Uciekaliśmy wtedy z Elby, niczym Napoleon, choć my przed frontem sztormowym, a nie ku imperium rezurekcji. Wiatr dął niemożebnie, lecz niebo nad nami typowo włoskie, błękitne, strzępkami chmur upstrzone było, a słońca promienie chroniły przed zimnem. W takich warunkach pracować aż się chciało, a pracy bynajmniej zabraknąć nie mogło. Zaczęliśmy od grota luzowania. W przypadku "Pogorii" operacja ta niewiele mniej złożona od grota stawiania jest. Wachtę całą i jeszcze część podwachty angażuje. Później parę zmian halsu, prościzna rzec można. A na koniec wisienka na torcie, znaczy się na pełnym morzu żagli rejowych sprzątanie. Po raz trzeci w tym rejsie na reje wchodziłem i tym razem było to doświadczenie najpełniejsze. Wysokość już takiego wrażenia nie robiła, co robić przećwiczone wcześniej miałem, natomiast na noku rei będąc poczucie przestrzeni bez lądu w zasięgu wzroku widoczności, wielkiego błękitu, dech w piersiach zapierało. Odlot.

A że notka wachcie poświęcona została, to zakończę podziękowaniami dla całej wachty "Frutti di mare", czyli Aliny, Andrzeja, Anety, Lidki, Gosi, Heńka, Jacka, Joli, Kasi i last but not least Tomka. Bez was ten rejs nie był by tak wspaniały.

P.S.
Choć lista płac się pojawiła, końca opowieści morskiej to wcale nie oznacza. Ciąg dalszy niechybnie nastąpi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz