sobota, 4 grudnia 2010

Enokulinarna fantazja Kuka

pogoria

Jak wspomniałem w pierwszej notce rejsu na "Pogorii" dotyczącej, nie tylko przygoda żeglarska to była, ale także okazja do miejsc ciekawych zobaczenia i smaków lokalnych skosztowania. A że sporo widziałem i próbowałem, to żeby ilością nie przytłoczyć, na rzeczach najciekawszych się skupię, miejscami odwiedzonymi je grupując.


Imperia (pierwszy i ostatni port rejsu)

"Pogoria" zacumowana była w mniej porywającej części miasta, zwanej Oneglia. Jednak niecałe dziesięć minut jazdy autobusem na zachód pozwalało przenieść się do Porto Maurizio. Uroczej, zabytkowej dzielnicy na wzgórzu z doskonałym widokiem na wybrzeże i pobliskie mariny. Po drodze warto zatrzymać się w pizzeri "Acqua e Farina", która wystrojem może nie powala, ale smaczne pizze ma i wybór win w dobrych cenach przyzwoity. Acha, będąc tam nie zapomnijcie spróbować jednej z focacce na ciepło, które rozpływają się w ustach i przy minimum składników dostarczają maksimum smaku.

Santa Margherita / Portofino

Pierwsza miejscowość jest niejako w cieniu drugiej, opiewanej także przez polskie piosenkarki. Spacer po niej pozwala odkryć przyjemne, zabytkowe centrum, z miłymi knajpkami i przyjaznymi cenami. Natomiast Portofino od strony widokowej nie ma sobie równych. Zarówno z morza jak i z lądu. Ta zaciszna zatoka, z kamienicami schodzącymi do linii wody, otoczona skalistymi wzgórzami pokrytymi bujnym lasem i z górującym nad wszystkim zamkiem, jest widokowym majstersztykiem. Co miejscowi zresztą doceniają wołając bagatela 9 Euro za małe piwo z widokiem.

Ze spraw technicznych. Do Portofino kursuje z Santa Margherita autobus miejski, wąską, urokliwą i ciasną nadmorską drogą. Z uwagi na ograniczoną ilość miejsc parkingowych w Portofino, samochód lepiej w Santa Margherita zostawić.

Portovenere

Grota Byrona w monumentalnym, skalistym amfiteatrze potęgującym huk fal przyboju. Ascetyczny, urzekający kościół na nadbrzeżnej skale. Średniowieczne centrum, wąskie uliczki, przytulne knajpki. Portovenere ujęło moją lepszą połowę swoim romantyzmem. Nie sposób się nie zgodzić.

Cinque Terre

Pięć uroczych nadmorskich miejscowości, osadzonych na stromy skałach schodzących ku Morzu Liguryjskiemu. Ich mieszkańcy wiedli spokojne życie, dopóki nie doprowadzono im kolei, a następnie drogi, przez tunele przebijające się od strony La Spezia. Obecnie nauczyli się zarabiać na turystach, dlatego planując wycieczkę wysokiego sezonu radzę unikać.

Z miejscowości pięciu odwiedziliśmy dwie, przemierzając wybrzeże między nimi drogą zwaną Via dell'Amore. Widoki piękne były, niestety droga rozczarowująco nowoczesna. Wyobrażałem sobie szutrową ścieżkę nad przepaścią, a dostałem wyłożoną równymi płytkami prawie że autostradę. Co do wina z Cinque Terre to tematem notki degustacyjnej jeszcze będzie. Teraz wspomnę tylko, że nie u producentów bezpośrednio, ale w miejscowych sklepikach kupować warto.

Elba / Portoferraio

Zachwycając się pięknem Portoferraio nie mogłem zrozumieć co skłoniło Napoleona do wyspy opuszczenia. Dom Cesarza pamiętający odwiedzić należy, tych paru euro za bilet wart jest. Także restaurację "La Bussola" polecić bez zastrzeżeń mogę. Kolacja morsko-rybna, którą nas ugościli wielce udana była, a duszona ryba na zakończenie palce lizać. Widać, że kucharz stara się wydobyć naturalne smaki składników potrawy, a nie ukryć niedostatki nadmiarem przypraw. Z miejsc do wina wypicia, "Enoteca della Fortezza" w trzewiach fortecy ukryta bardzo przyjazne wspomnienia zostawiła. Choć bardziej miejscem i atmosferą niż win miejscowych smakiem. Ale o tym także innym razem będzie.

San Remo

Pierwsze wrażenie po wyjściu z dworca marne miałem. Lata siedemdziesiąte, polskie blokowiska i potworny hałas uliczny. Nad morzem już lepiej było, choć plaże w listopadzie nawet w Italii nazbyt zachęcająco nie wyglądają. Dalej w poszukiwaniu alei gwiazd tamtejszego festiwalu się udaliśmy. Alejkę znaleźliśmy, zdjęcia zrobiliśmy, szału nadal nie było. Na szczęście azymut trzymając, po jej minięciu do miasta centrum historycznego, dzielnicy Pigna weszliśmy. Zakochałem się, powiem bez ubarwiania zbytniego. Te wąskie uliczki w tajemne zakamarki prowadzące, labirynt skrzyżowań, schodów i tuneli. Te ukryte, tylko miejscowym znane knajpki, gdzie jedzenie ciekawe, w cenach jeszcze ciekawszych znaleźć można. I te widoki. Kto był w San Remo, a Pigna nie odwiedził, ten w San Remo tak naprawdę nie był.

Podsumowując. Czy miejscami odwiedzonymi nasycić się wystarczająco zdołałem? Tak, z wyjątkiem Portovenere i Cinque Terre. Te planuję w najbliższej przyszłości odwiedzić ponownie. Tym razem spokojniej, parę dni na chłonięcie krajobrazów, smakowanie kuchni i obserwację życia miejscowego sobie dając.

A jakie doświadczenie enokulinarne rejsu pamiętam najlepiej? Pewnie jak większość załogi, świderki a la carbonara, podane w pamiętny pierwszy wieczór na morzu. Złamały niejednego, praktycznie wszystkich zmusiły do gruntownego przemyślenia swojego życia. Ale przecież każdy ma prawo do enokulinarnej fantazji, nawet Kuk.

P.S.
Zdjęcia miejsc odwiedzonych stopniowo tutaj dodaję. A zaniepokojonych notek degustacyjnych brakiem uspokajam. Od następnego wpisu tradycyjny rozkład jazdy wraca. Choć wspomnienia z “Pogorii” pewnie jeszcze się pojawią.

Cały cykl znajdziecie tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz