Rok 2010 nieuchronnie zbliża się ku końcowi, zatem wypada zdecydować czym rok odchodzący pożegnać, a nowy powitać. W moim przypadku jest to zazwyczaj białe wino musujące półsłodkie. Szampan z Szampanii w ferworze fajerwerków o północy jakoś mi nie pasuje, czerwone wina musujące są dla mnie o tej porze nocy zbyt landrynkowe a wytrawne wina musujące wszelkiej maści zbyt nieokrzesane. Tym samym przez wiele lat moim wyborem numer jeden było Martini Asti, które w ostatnich latach ustąpiło miejsca przeróżnym prosecco. Jednak w tym roku wracam do tradycji, czyli musującego białego wina z gron szczepu Muskat. Przy czym wino, o którym opowiem nie narodziło się w słonecznej Italii. Jego ojczyzną są antypody, a dokładniej Nowa Zelandia.