sobota, 31 grudnia 2011

Wino: Siarczysta gorączka Sylwestra

monte_saline

Co roku jest ta jedna noc w roku, kiedy wino i bąbelki pasują najbardziej. I co roku jest okazja do napisania notki o winie i bąbelkach. Choć w tym roku, będzie także co nie co dla niebąbelkowych czytelników. Ale o tym pod koniec. Zacznę zaś od, niespodzianka, wina i bąbelków. Dokładniej zaś, sugestii jak do win z bąbelkami podejść, by miłe wspomnienia zachować. Bo zdradliwa to materia jest.

Na początek zajmę się końcem, czyli porankiem po, kiedy to nos i kubki smakowe zamknięte są na głucho, a w głowie nadal wybrzmiewają fajerwerki, tylko jakby głośniej niż nocą. Zatem aromat nas nie obchodzi, smak nas nie obchodzi, ale wzrok z chęcią byśmy na czymś pięknym zawiesili. Może na frapującym swym kolorem Bardolino Chiaretto Spumante? Ot choćby takim od producenta Monte Saline, wytwarzanego metodą szampańską. Ostatnio była okazja, by właśnie taką butelkę znad Gardy przywiezioną otworzyć. Co prawda butelkowaną w roku 2009, zatem już nieco leciwą, ale radę dała. Aromat i smak można pominąć, czyste i delikatne, wszystko. Za to kolor poezja, między apetycznym różem, a równie apetycznym łososiem bałtyckim. Wraz ze sznurami delikatnych bąbelków tworzyło to w kieliszku widowisko do zapamiętania, na dłużej.

sobota, 24 grudnia 2011

Bez Alkoholu: Wino, czy sok?

carl_jung_merlot

Wigilia i przedostatnia notka w roku 2011*. A ponieważ Wigilia zawsze u nas bezalkoholowa**, zatem będzie dziś o winie bezalkoholowym. Dostałem je od dystrybutora prawie dwa miesiące temu, oceniłem niedługo później, ale widać temat swoje musiał odleżeć. Dziś czas nadrobić tą zaległość.

wtorek, 13 grudnia 2011

Słowenia: Artyści i potwory

blazic

Była Chorwacja, była Rumunia, czas na Słowenię. Na zaproszenie organizatora, Tratoria – DOM PRzyjaciół Wina, uczestniczyłem pod koniec listopada w przekrojowej degustacji, win słoweńskich właśnie. Było win sto kilkanaście od dwudziestu pięciu producentów, spróbowałem win prawie osiemdziesiąt od producentów dwudziestu. I o własnych siłach do busa na Gdańsk dotarłem, zatem umiar zachowany został. A wrażenia?

Zacznę od ogólnych. Terytorialnie Słowenia to tereny wyżynne, tereny górskie, tereny nadmorskie i wręcz morskie, bo jak inaczej nazwać winnicę z trzech stron otoczoną wodami Adriatyku. Szczepowo zaś, mamy szczepy międzynarodowe, regionalne i autochtoniczne. Międzynarodówka w białych to głównie: chardonnay, robione na świeżo, tudzież po francusku, sauvignon blanc w stylu piernym, nowozelandzkim, rieslingi mineralne, owocowe i te z pól naftowych, a także muskaty nie tylko słodkie, ale i wytrawne. Natomiast w czerwonych internacjonałach przeważają merlot i cabernet sauvignon w wersjach świeżych, soczystych lub zdębiałych, waniliowych.

Przechodząc do szczepów regionalnych, najbardziej rozpoznawalny zapewne to malwazja w Słowenii malvaziją zwana. Oprócz tego z białych rebula, zbratana z ribollą giallą włoską blisko. Z czerwonych zaś teran i refošk, oba z włoskim refosco powinowate. Jednak słowom jednego z winiarzy zawierzając teran to dandysowate włoskie refosco*, zaś refošk to słoweński, charakterny, jedyny. Autochtonów natomiast namierzyłem wyłącznie białych, pinelę i zelena z zielonością kojarzącego się prawidłowo. Zatem do wyboru i koloru. Terytorialnie kraj skromny, ofertą szczepów wielki. Czy również różnorodnością aromatów i smaków?

I tak, i nie. Wśród win prezentowanych, różnorodność i wierność winogronu była cechą dominującą u win świeżych, niebeczkowanych. Tu dygresja krótka. Najbardziej ze szczepów wszystkich aromat rebuli mi w pamięci utkwił, farbki plakatowe z lat młodzieńczych przypominający. Zaś brak różnorodności i wierności winogronu był cechą dominującą wśród win beczkowanych, niestety. Choć winiarze, jeden przez drugiego, zapewniali w rozmowach, że beczki używane po wielokroć, że dębina ma uzupełniać nie dominować, że robić chcą wina słoweńskie nie internacjonalne, to rzeczywistość skrzeczała. W przypadków większości znakomitej. Może dlatego, że nie odetchnęły, że z butelek nie karafek serwowane były. Nieważne, nie mój problem brutalnie mówiąc. Spośród win beczkowanych, osiem na dziesięć waniliowymi potworami było. Smutne acz prawdziwe. Zatem uogólniając, jeśli wino słoweńskie to raczej ze stali, niż z dębu.

Uwag ogólnych wystarczy, czas skupić się na producentach. Zacznę od trójki, która mi w pamięci zapadła najmocniej, czyli arystokraty, technokraty i artysty ludowego. Następnie zaś w streszczeniu pozostałych omówię.

wtorek, 6 grudnia 2011

Winne Wtorki: Licząc na cud

amalaya_wino

Dziś będzie winno-wtorkowo, przynajmniej na początku. Tematem malbec, w dowolnym wydaniu. Jest pretekst, by malbeka z Argentyny otworzyć, bodajże rok w chłodziarce leżakującego. A jak już z malbekiem wspomnianym się uporam, to napiszę o urządzeniu, na zdjęciu powyższym widocznym, aeratorem zwanym*.

Zacznijmy od wina. Amalaya, Argentyna, produkowana przez rodzinę Hess, której hasło to “Terroir Wines Crafted On 4 Continents”, czyli w wolnym tłumaczeniu “Regionalne Wina z 4 Kontynentów”. Rocznik 2009, alkoholu 14%, sporo. Kupaż szczepów: malbec (75%), syrah (10%), cabernet sauvignon (10%) i tannat (5%). Wzrok: klarowne i błyszczące, o równomiernym, rubinowym kolorze. Nos: marketowa truskawka, zioła, medycyna. Na deser alkohol, tnący nos niczym przecinak. Usta: kwaskowate z goryczką, truskawkowe. Kwartami: pierwsza kwaskowata i gorzka (średnie plus), druga już garbnikowa, dąb niski minus, winogrono niskie i owocowa, średnia truskawka. W trzeciej podobnie, na przełomie trzeciej i czwartej zjazd do bazy. Finisz zatem krótki, posmak pieprzowy (alkoholowy?), w dotyku gąbczaste.

Podsumowując. Według kontretykiety amalaya oznacza “licząc na cud”. Tym razem cud się nie zdarzył. Wino marketowe, szkoda kasy i kubków smakowych. Dzień, dwa po otwarciu robi się bardziej strawne, ale wtedy jest już za późno. W końcu to wino klasy “tu i teraz do obiadu”, a nie za dzień, dwa może trzy. Punktacja z wykresami – tutaj. Wino sprawiło zawód, przejdę do aeratora, wyżej wspomnianego, może tu będzie lepiej?

piątek, 2 grudnia 2011

Rumunia: Vagabontu nonstop

rumunia

Wbrew pozorom nie będzie to notka turystyczna, ale notka o winach, winach rumuńskich dokładniej. Jednak zacznę od, reminiscencji krótkiej, swojego pobytu w Rumunii. Po prostu mnie na wspomnienia naszło, kiedy karton z flaszkami sześcioma, od firmy Tohani Polska otrzymany, otworzyłem.

Rumunię odwiedziłem lat temu sześć prawie, kiedy my już byliśmy w Unii, a oni jeszcze nie. Wybraliśmy się wtedy z moją lepszą połową nad Morze Czarne i z powrotem przez Transylwanię. Urzekły nas czarnomorskie plaże, transylwańska zieleń i monumentalne Karpaty. Zaskoczyła “fantazja” kierowców, z czasem przyprawiająca o tik nerwowy przed każdym zakrętem. Rumunię zapamiętałem jako kraj na dorobku, mający sporo turyście do zaoferowania i turyście przyjazny, z wyjątkiem kierowców rzecz jasna. I tylko z napiciem się wina kłopot był. Nie, że win rumuńskich w sklepach nie było, były. Niestety stały sobie na półkach w temperaturze stopni czterdziestu, gdyż do zewnętrznych trzydziestu swoje dokładały lodówki, którym ledwo udawało się piwo w temperaturze pokojowej utrzymać. Dopiero w Transylwanii warunki stały się bardziej sprzyjające i flaszkę, czy dwie obaliliśmy. Nawet chyba jakąś butelkę do domu przywieźliśmy, ale wspomnień te wina nie pozostawiły.

Zatem o ile słowo Rumunia wspomnienia konkretne i miłe u mnie budzi, o tyle wina rumuńskie w pustkę trafiają. A przynajmniej trafiały czas jakiś temu. Gdyż jak na wstępie wspomniałem, otrzymanych flaszek sześć właśnie z Rumunii pochodzi. Teraz już o winach tych będzie.

czwartek, 24 listopada 2011

Wino: Złota siatka

rioja

Butelka w złotej siatce, etykieta z markiza portretem koniecznie. Dębowe trociny w ustach i sankcjonujący je złoty medal w Niemczech zdobyty. Jednym słowem wina czerwonego, hiszpańskiego, obraz mój. Wróć, riojy obraz mój. Bo kto by tam kieliszek hiszpańskiego, czerwonego wina zamawiał? Mówi się “kieliszek riojy poproszę”, a pan starszy zrozumie i już.

Chcąc obraz powyższy, skrzywiony jak mniemam, sobie wyprostować trochę, wziąłem na warsztat hiszpańskie flaszki cztery. Bez złotych siatek i złotych medali germańskich. Co prawda markiza nie uniknąłem, ale przynajmniej etykiety portret jego nie przyozdobił. A jak już flaszki wspomniane cztery pękły, to Lidl przysłał swoje cztery. Zatem osiem się łącznie zrobiło i cava. Egoistycznie zacznę od swoich, następnie kwartet z Lidla ocenię, a cava zostanie na deser. Znaczy się jedną z notek kolejnych.

Jednak zanim do win oceny, o winach hiszpańskich, czerwonych, w telegraficznym skrócie. Najbardziej znany region winiarski Hiszpanii – Rioja. Najbardziej ekskluzywny region* – Priorat, zdaje się. Najbardziej znany szczep winny Riojy – tempranillo. Nisko kwaskowaty, raczej garbnikowy, owocowy, ziołowy i stajenny**. Nadmiar dębiny zdecydowanie mu szkodzi. Jego główny towarzysz – garnacha, we Francji zwana grenache.

Regiony były, szczepy winogron były, zostaje klasyfikacja. Regionalnie to DO i DOC (3 najlepsze regiony). Natomiast jakościowo dla czerwonych win, to crianza, reserva, gran reserva. Odpowiednio dojrzewające 2 / 3 / 5-7 lat, z czego przynajmniej 12 / 12 / 24 miesiące w dębowych beczkach. Teorii starczy, panu Zraly i innym źródłom dziękuję, przejdźmy do win.

niedziela, 13 listopada 2011

Tri Citi: T.W.B.T.

poznan_X2

Kończąc weekendu utracjuszowskiego podsumowanie, po GdyniWarszawie, czas na Poznań. Tutaj busów nie znalazłem, zatem w ramiona narodowego przewoźnika kolejowego oddać się musiałem. I tak w żółwim tempie dotarłem na degustację około godziny 21, czyli bardzo po włosku.

Sama impreza u Andrzeja i Danusi, doskonała jak zwykle. Towarzystwo przednie, kulinaria niezapomniane, anegdoty i celne riposty w ilości zdolnej ożywić i wrócić do żywych każdego. Nawet znużonego drogą wędrowca, któremu już retronosowe myli się z… zupełnie nie nosowym bynajmniej. Było trochę o Sardynii i Korsyce, gdzie wrześniową porą Italianissima, znaczy się większość przy stole zgromadzonych, żeglugę przybrzeżną pod okiem kapitana żeglugi wielkiej uprawiała. Standardowo w luksusach*, hedonistycznie z enokulinarnych frykasów wysp korzystając.

Zaś punktem głównym, tytułowym spotkania, były tanie wina bez tanin. Znaczy się wina z Apulii, które w założeniu powinny być:

  • tanie, bo przecież to Italii dalekie południe,
  • bombastyczno owocowe, bo przecież słońca w bród i primitivo między innymi,
  • bez nadmiaru tanin, bo przecież nie Piemont czy Toskania.

niedziela, 6 listopada 2011

Tri Citi: Wina we mgle

we_mgle

Wracając do winnego weekendu sprzed dwóch weekendów. Po akcie pierwszym, nastąpił rzecz jasna akt drugi. Sobotnim porankiem, nocą właściwie, udałem się do stolicy. Celem było spotkanie winnych blogerów, organizowane przez Makro Cash & Carry. Zanim o spotkaniu, o środku transportu słów parę najpierw. Otóż kolejom państwowym polskim podziękowałem, osiem godzin to absurd. I zgodnie z nazwą strony internetowej (kolejnabusa.pl) wybrałem busa. Pozwoliło mi to, dostać się z mojej północnej prowincji do stolicy w rozsądnym czasie godzin czterech i pół. Polecam, bezinteresownie.

Samo spotkanie zaś podzielone zostało na trzy części. W pierwszej spróbowaliśmy pięć win z aktualnej oferty Makro. Pamięć i notatki podpowiadają mi, że musujący, austriacki Royal Brut i wytrawna czerwona, hiszpańska CataRegia Gran Reserva są zakupu warte. Następnie zimny bufet i pojawili się właściciele Guccio Domagoj Sp. z o.o., wraz z przedstawicielem chorwackiej winnicy Kutjevo. Prezentacja była interesująca, wina ciekawe, tylko cenowo dość wymagające. Pozostaje nadzieja, że po wejściu Chorwacji do Unii Europejskiej sytuacja ulegnie zmianie. W przerwie bufet gorący, kuchnia chorwacka. Mili goście specjalnie sprowadzili z Chorwacji liście kiszonej kapusty, by uraczyć nas tradycyjnymi chorwackimi gołąbkami. Część trzecia i ostatnia była degustacją w ciemno. Bezpiecznie zająłem miejsce w środku stawki, a z win zapamiętałem różowego, węgierskiego pinot noir o urzekającym łososiowym kolorze.

Notki degustacyjne wspomnianych powyżej win po kliknięciu. Natomiast pracownikom Makro dziękuję za zaproszenie na ciekawe spotkanie.

wtorek, 1 listopada 2011

Lidl: Rewolucja październikowa

lidl_logo

“Lidl przesłał mi ostatnio sześć win do oceny”
Gazeta Wyborcza, 26 października 2011r

Jedno zdanie a telefony się urywają, mail rozgrzewa się do czerwoności, komórka zapycha od SMSów. Sława, zaszczyty, pieniądze. Ups, wróć. Tłum na blogu, darmowe flaszki, kasy nie widać. Choć tu i ówdzie już obywatele wątki korupcjogenne wyczuwają, jakbym nie napisał i tak niektórzy to za ustawione, z darczyńcą uzgodnione uznają. Cóż, każdemu jego porno, doszukujcie się w niniejszej notce czego chcecie, a ja sobie wina z najnowszej oferty Lidla ocenię. Jedno po drugim.

Do oferty samej przechodząc. Ulotka na kredowym papierze, wina za złotych pięćdziesiąt, sześćdziesiąt pięć, prawie osiemdziesiąt nawet. Geograficznie Francja elegancja i słoneczna Italia. Są wina klasyczne i znane: bordeaux, chianti, amarone, barolo. Są także i te mniej popularne, negroamaro chociażby. Słowem do wyboru, do koloru, na papierze przynajmniej. Każde zaś opisem wygląda, pachnie i smakuje tak, że aż chciałoby się z ulotki samej, choćby seteczkę wycisnąć.

Nie przedłużając już bardziej do win sześciu wspomnianych przechodzę. Trzy francuskie, trzy włoskie. Bordeaux, negroamaro, amarone, barolo. To ostatnie zresztą w roli gwiazdy obsadzone, w ulotce przynajmniej.

wtorek, 25 października 2011

Tri Citi: Butik

smak_wina_pl

Trzy pomysły na wino, trzy miasta, trzydzieści godzin.

Miesiąc temu odezwało się Makro: 22 X, południe, degustacja, Warszawa, zapraszamy. Czemuż miałbym nie jechać? Następnie zadzwonił z Poznania A.: zostaw pieluchy żonie, tanie wina bez tanin czekają, 22 X, wieczór. Ja nie dam rady? No pewnie, że radę dam. Zatem sobota obstawiona, co z piątkiem? Kolega blog polecił, sklep z winami francuskimi na otwarcie zaprosił. Ja, plan na weekend domknąłem.

Trzymając się chronologii zdarzeń (nie zaproszeń) od Gdyni i otwarcia sklepu Smak-Wina.pl zacznę. W skrócie - było miło, wina smakowały, koniak na koniec także zacnym był. W wersji bardziej rozbudowanej – właściciele prosto z Francji rzec by można, panowie Nicolas Lapp i Patrick Danner. Oferta starannie przemyślana, nie przytłaczająca, uwzględniająca ważne apelacje i stawiająca na mniejszych producentów. Jak wieść gminna niesie, właściciele pół roku na selekcji winnic spędzili. Cenowo od środkowej półki w górę, ale że oprócz pierwszych etykiet także drugie się znajdą, zatem da się wybrać coś dla siebie. No i rzecz, której przemilczeć nie sposób. Petrus za jedenaście i pół tysiąca złotych polskich w gablotce. Choćby dla zdjęcia z TĄ butelką warto Smak Wina odwiedzić.*

Wystarczy o sklepie, przejdźmy do win.

sobota, 8 października 2011

Wino: Kwestia owocu

barolo-principiano

Choć wino napojem z owoców powstającym jest, to owoc w winie zgoła skrajne emocje wzbudza. Wyznawcy imć Parkera żądają, by swą intensywnością nawet osobników zakatarzonych uwodził. By temu sprostać, niektórzy winiarze zamieniają swoje winnice w alchemiczne laboratoria. “Prawdziwi” winomaniacy postrzegają zaś owocowość win, niczym znak degeneracji, degrengolady i ideałów defraudacji. Jak znacie jeszcze inne demaskujące i degradujące słowa na literę “d” to możecie je swobodnie do zdania poprzedniego dorzucić. Słowem, sposobem typowym dla przesyconego informacją świata, się po bandzie jedzie. Inaczej nawet pies z kulawą nogą się nie zainteresuje.

Szczęśliwie, istnieją winnice bez stron internetowych, bezczelnie przeczące powiedzeniu: “czego w Internecie nie znajdziemy, to nie istnieje”. Są to często miejsca, gdzie blichtr i sława tego świata mają znaczenie drugorzędne. Tam fizjonomia pana Parkera nie jest treścią nocnych koszmarów. Tam też aktów strzelistych się nie dokonuje, nie odżegnuje się od immanentnej* cechy wina, owocu znaczy się. Tam się po prostu robi swoje, od pokoleń. A jak komuś to nie pasuje, to jego problem. Nieprawdaż?

I dziś właśnie o winie z miejsca takiego będzie.

wtorek, 4 października 2011

Winne Wtorki: Duet

laspetto

Wygrzebując się z pieluch…

Słowami powyższymi zaczynałem notkę dni temu pięć, oceniającą wino zgoła inne, na rozgrzewkę przed Winnym Wtorkiem przeznaczone. Jak to czasem bywa, świat postanowił zweryfikować moją optymistyczną postawę i tak notkę dzisiejszą rzutem na taśmę kończę, by na wtorek zdążyć. Tamta zaś ukaże się, kiedyś.

Dziś zaś we wtorek, Winny Wtorek, szczep winny sangiovese na tapecie. Skoro mogłem wybrać, jak co innego wybrać mogłem. Przy czym niekoniecznie chianti być musiało i niekoniecznie Toskania. Ciekaw jestem jakie ciekawostki, poza schemat wychodzące, inni wtorkowicze znajdą. Ja przy okazji wspominanej wcześniej licytacji, butelczynę, dwie, góra trzy, L’Aspetto znalazłem. Kupażu sangiovese i canaiolo, szczepu który w historii chianti dominującym swego czasu był, lecz epidemia zarazy dopiekła mu bardziej niż innym. I dziś zaledwie za listek figowy, wygładzający garbniki i rozbuchujący owoc sangiovese, robi. Tym bardziej interesującym wino być może, gdzie canaiolo i sangiovese pół na pół przestrzeń w szkle wypełniają.

wtorek, 20 września 2011

Winne Wtorki: Wtorek zaczyna się w Sobotę

pinot-noir

Kolejny Winny Wtorek, kolejne wino. No to jedziemy. Miał być pinot noir, jest pinot noir. Miał być z Nowego Świata, jest z RPA. Czyli można by się sprzeczać geograficznie, ale winiarsko to nowy świat. Miał być rocznik 2009, jest rocznik 2009. Nabyty w moim ulubionym sklepie winnym, drogą kupna, plastikową kartą za złotych sześćdziesiąt i pięć.

poniedziałek, 19 września 2011

22:15

A dalej 4150 w gramach i 59 centymetrów. Syn, to brzmi. Zaś dla mojej lepszej połowy najwyższe noty za styl. Byłaś niesamowita.

środa, 14 września 2011

Kostucha i podatki

z-licytacji

Kupowanie wina w Polsce potrafi być frustrującym doświadczeniem. Żeby daleko nie szukać przykładów, dwa na rozgrzewkę. Zacznijmy od ostatniego Winnego Wtorku, rieslinga i wina kupionego przez Jongleura za złotych sześćdziesiąt i trzy. Cóż w kraju pochodzenia riesling ten kosztuje euro sześć, czy siedem. Znaczy się kosztuje mniej niż połowę ceny polskiej. Idźmy dalej. Grouponowe przygody Enomena są równie ciekawe. Trafiło mu się wino wycenione na złotych osiemdziesiąt i sześć w Polsce, a na całe cztery euro i centów trzydzieści dziewięć w Mediolanie. Ale zapłacił przecież mniej, bo zniżka grouponowa była, powiecie. Zgadza się, tylko że już po zniżce, narzutu było procent prawie osiemdziesiąt.

A gdyby tak zamiast narzutu procent stu, czy osiemdziesięciu było rabatu procent sześćdziesiąt weźmy na to? Czyż to by pięknym nie było? Być może, ale na pewno niemożliwym – odrzekłbym jeszcze niedawno. Wręcz gotów byłbym się założyć, że wina w Polsce, taniej niż dajmy na to w Italii kupić, na pewno mi się nie zdarzy. W życiu całym – doprecyzowując. Dobrze, że założyć się okazji nie miałem. Bo niespodzianki się zdarzają i dziś o takiej będzie.

wtorek, 6 września 2011

Winne Wtorki: Yeti z Pfalzu

3-rieslingi

Temat na ten Winny Wtorek – riesling z Pfalzu, czyli Palatynatu. Cóż za korzystny zbieg okoliczności mógłbym powiedzieć. Dlaczego? Otóż poznając wina niemieckie wraz z kolejnymi przemierzonymi kilometrami “Romantische Strasse”, zdarzyło mi się spędzić popołudnie w mieście zwanym Augsburg. Czy widzę kogoś wyrywającego się by uświadomić mnie, że Augsburg to Bawaria, nie Palatynat? Nie? To dobrze, bo świadom tego jestem. Wracając zaś do opowieści. W tym mieście znalazłem na hali targowej stoisko z przebogatym wyborem win niemieckich. Win produkowanych, kupażowanych i sprzedawanych pod marką Meßmer. Niestety sprzedawca zniknął gdzieś na blisko pół godziny, a jak wrócił to kres ważności mojego biletu parkingowego zbliżał się już nieuchronnie. Dlatego nie wdając się w rozmowy, pokazałem interesujące mnie butelki, zapłaciłem, zabrałem karton pod pachę i pognałem w kierunku samochodu.

sobota, 3 września 2011

Wino: Lekko, łatwo i Makro

visiega-brut

Lato roku 2011 jakie było, każdy odczuł. Można by rzec, że w zasadzie to bardziej go nie było, niż było. Jednak w Makro liczą chyba na prawdziwie letni gorący finisz. Przynajmniej tak sądzę po winach, które otrzymałem do oceny w ramach “Pożegnania Lata”. Winach lekkich, łatwych i potencjalnie przyjemnych. Zobaczmy jak z tą przyjemnością w rzeczywistości jest*.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Wino: San Francesco – Mediolan – Gdynia

tokaj-cantuccini

Mimo że jutrzenka wydawała się jeszcze odległym marzeniem, słupek rtęci rozpoczął już niestrudzoną wspinaczkę. Zakończy ją, jak codziennie od blisko miesiąca, na stopniach czterdziestu i paru. Tymczasem, nad miasteczko San Francesco znad rzeki Sieve nadciągnęła mgła. Rozlała się po uliczkach niczym mleko i zastygła. Ale nie na długo. Przytłumiony klekot czterocylindrowego diesla wdarł się na via Albizi, poprzedzając masywny samochód. Kłęby mgły zawirowały i rozstąpiły się dając przejść intruzowi, po czym zamknęły za nim niczym aksamitna pięść. Samochód zatrzymał się pod numerem 11. Krótki zgrzyt hamulca ręcznego, plask zamykanych drzwi samochodu, ciche skrzypienie otwieranych drzwi w kamienicy. Dwie, jeszcze gorące paczki przeszły z rąk do rąk. A. zawsze dotrzymuje terminów, nawet na urlopie.

Kiedy koła rejsowego Airbusa oderwały się od pasa startowego lotniska Bergamo, L. mógł wreszcie odetchnąć. Cztery godziny wcześniej z piskiem opon ruszył z San Francesco i pognał krętą drogą przez mgłę, by zdążyć na czerwoną strzałę Florencja-Mediolan. Później jeszcze nerwy przy odprawie. Funkcjonariusz prześwietlający bagaż chciał go zatrzymać za wszelką cenę. L. przewidująco miał jedną, mniejszą paczkę ekstra. Wystarczyło. Dobrze że u celu, odprawy nie będzie. Włoski łącznik uśmiechnął się, cantuccini zostaną dostarczone.

I rzeczywiście zostały. Jednak dwudziestu pięciu stopni różnicy temperatur i przenikliwego wiatru, L. nie przewidział. Ale przeżył. A teraz możemy przejść do wina.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Wino: Kamienna gęba

wino-gruzinskie-2

Aksjomat winny numer pięćdziesiąt i trzy:
“Im dziwniejsza butelka, tym kiepściejsze wino”.

Dzień dobry, witam na zajęciach z winnej fizyki. Dzisiaj zajmiemy się zasadą zachowania energii w układzie podwójnym zespolonym butelka / wino. Jak dowiedli amerykańscy naukowcy na niereprezentatywnej i nieokreślonej próbie win, ilość energii włożona w stworzenie układu butelka / wino jest różna w zależności od rodzaju wina, ale stała w obrębie danego regionu winnego. Teoria ta została w sposób krytyczny rozwinięta i uściślona przez rosyjskich naukowców. W dysertacji opublikowanej w kwartalniku “Musztardówa” stwierdzają oni jasno – wypasiastość butelki jest odwrotnie proporcjonalna do jakości wina. W obliczu milczenia polskich naukowców w tej ważnej kwestii czuję się zobowiązany do przeprowadzenia eksperymentu sam. Tu i teraz, przed szacownym audytorium.

Obiektem badawczym będzie wino gruzińskie starzone w butelce, której design (bo przecież nie projekt) został oparty na licencji greckich amfor z IV wieku p.n.e. Wypasiona butelka, zatem można spodziewać się ekstremalnych doznań. Zaczynamy.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Winne Wtorki: Nowozelandzki Francuz

woodthorpe_syrah

Temat na ten tydzień – syrah, ale nie shiraz i nie z Australii. Zatem Bleasdale’a odpuszczam sobie i kieruję się w stronę klasyki, czyli stylu Côte-Rôtie. Ale żeby było ciekawiej, choć zgodnie z francuskim kanonem przygotowywana, z nowozelandzkiego terroir* pochodzić ona będzie. Dokładniej zaś z Wyspy Północnej, regionu Hawkes Bay.

Jeśli zaś wino z Nowej Zelandii, to [short commercial break] ciężko się w nie zaopatrzyć w innym miejscu, niż w moim ulubionym sklepie z winem, czyli w Wine Express. [/short commercial break] Ja zaś wino w tej notce opisywane od Wine Express do oceny dostałem, co nie ukrywam cieszy mnie. Bo dostać syraha, a nie kupić syraha, to jak mieć dwa syrahy, czy jakoś tak.

Się mi dygresja rozrosła, może do wina wrócę. Francuską apelację Côte-Rôtie, na której oceniany Nowozelandczyk się wzoruje, znajdziemy w północnej części Doliny Rodanu. Pochodzące stamtąd wina, tworzy się wspólnie fermentując winogrona szczepów syrah i viognier (do 20%). Zwracam uwagę na sformułowanie “wspólnie fermentując”. To nie jest typowy kupaż, w przypadku którego fermentujemy winogrona poszczególnych szczepów w osobnych kadziach, a następnie mieszamy uzyskane płyny razem. W przypadku Côte-Rôtie czerwone winogrona syrah i białe winogrona viognier** od samego początku lądują w tych samych zbiornikach. Zalety i wady kofermentacji, bo tak się ta metoda nazywa? Zacznę od minusów. Raz ustalonych proporcji wsadu winogronowego zmienić się nie da, czyli od intuicji i doświadczenia winiarza zależy bardzo wiele. A plusy. Podobno na kofermentacji zyskuje głównie kolor czerwonego wina, dzięki turbodoładowaniu otrzymanemu od, niespodzianka, pigmentów zawartych w białych winogronach.

piątek, 12 sierpnia 2011

Lato, Wino i inne przypadłości

kiepskie-chardonnay-2

Z pamiętnika młodego degustatora.*

Środa. Gorąco, parno i co tam jeszcze. No może nie parno, ale przynajmniej słońce świeci. Trochę wieje, no może trochę bardziej niż trochę, tak naprawdę to nieźle duje, ale da się żyć. Znaczy się gorąco to może też nie jest, choć ciepło jest, jak słońce świeci. Znaczy się czas jakieś białe wyjąć z chłodziarki i ocenić. Nakrętka trzask, butelka glup, w kieliszku zakręciło się. Kartka, długopis, notujemy. Producent, woltaż, szczep, region. Wzrok. Jest super. Nos. Jest dobrze. Usta. O ja cię niewysłowienie pozdrowić bym chciał. Albo mi kubki smakowe nawaliły, albo korek zardzewiał. Słońce zaszło, ciepło zniknęło, butelka do chłodziarki wróciła.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Wino: Czerwone czy białe?

kieliszki-dwa

Klasyczny podział win stanowi: czerwone wino - mięsiwa i kontemplacja, białe wino - ryby i orzeźwienie. Sprowokowany atakiem słupka rtęci na stopni trzydzieści, wreszcie, postanowiłem klasyki zasadność sprawdzić. Moja lepsza połowa wyczarowała stosowny odpowiednik schabowego, czyli klopsiki kurczakowo-cukiniowe*, ziemniaczki gotowane i sałatę w śmietanie jogurcie. Ja zaś z chłodziarki wyciągnąłem dwa qualitätswein z Frankonii, czerwonego schwarzrieslinga (czyli pinot meunier) i białego müller-thurgau. Oba w regionalnie typowych, pękatych buteleczkach o pojemności 250ml, każda.

Ponieważ tym razem miała być to degustacja w środowisku naturalnym, a nie laboratoryjna ocena, zatem schwarzriesling był schłodzony do stopni Celsjusza siedemnastu, a müller-thurgau do stopni Celsjusza dziesięciu. Sucho trzasnął odkręcany korek, wino zakręciło się w kieliszkach, szkło pokryła lekka mgiełka, widelce i noże zajęły pozycje startowe, można było zacząć.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Winne Wtorki: Trzy tria z Veneto

cesari_mara

Trio numer jeden - bardolino, valpolicella, amarone. Temat dzisiejszych winnych wtorków. Bardolino to nie moja bajka, są cienkusze bardziej pijalne w tej cenie, albo zdecydowanie lepsze i niewiele droższe. Amarone w piwniczce ma leżeć czas jakiś jeszcze, zatem dziś nie wystąpi. Zostaje valpolicella. Ta zwykła ciut lepsza jest od bardolino być może, ale zapominam o niej tuż po wypiciu. Szkoda czasu i atłasu zatem na jej recenzowanie. Jest także valpolicella przyozdobiona słowem ripasso, nad nią można się chwilę zatrzymać. Zrobiłem to zresztą rok temu niecały, efekty opisany tutaj, był zadowalający. Dziś natomiast notka z rodzaju „rok później”, czyli jak Cesari Mara Valpolicella Superiore Ripasso 2007 smakuje w roku 2011.

Trio numer dwa - corvina, rondinella, molinara. Trzy szczepy winogron, które do win powyższych trójcy wykorzystywane być mogą. Prym wśród nich wiedzie księżniczka corvina, kusząc aromatem malin, jeżyn i migdałów, jędrną czerwienią barwy i przyzwoitymi garbnikami. Niestety jest szczepem delikatnym, trudnym w uprawie i kosztownym zarazem. Dlatego też w trójcy występuje, dopełniana przez grubo ciosaną i prostą smakowo służkę rondinellę (zresztą spokrewnioną) i charakteryzującą się kwaśnym smakiem oraz zapewne humoru poczuciem trefnisię molinarię.

środa, 27 lipca 2011

Truskawkowe pole

truskawki

Mógłbym zacząć recenzję “Nowych Kronik Wina” Marka Bieńczyka od początku, ale nie zacznę. Zacznę od strony 289. Strony, od której zmieniłem nastawienie z “dobrze, ale co z tego?” na “kontynuuj maestro”. Dlaczego? Wszystko przez paralelę, którą w kronice rozpoczynającej się właśnie na stronie 289, znalazłem. Paralelę zawierającą i polskie truskawki, i hiszpańskie truskawy. Paralelę tłumaczącą w punkt dlaczego kontekst jest równie ważny co treść. Paralelę odrzucającą kłamstwo obiektywności, a przyklaskującą prawdzie subiektywności. Będącą tym samym swoistym manifestem autora, tłumaczącym skąd przychodzi, gdzie jest i dokąd zmierza. Rzecz jasna w moim, i tylko w moim być może rozumieniu. Ale w końcu ja tą książkę czytałem, ja ją dla siebie miałem odnaleźć. Co też na stronie 289 zrobiłem.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Wino: Lampa Aladyna

waterstoneSyrah

Wyprawy w nieznane bywają kształcące, jakby ktoś potrzebował, ale lubię po nich wrócić do domu, znaczy się do szczepów winnych znanych mi dobrze i lubianych przeze mnie bardzo. Są takie trzy i zbiegiem okoliczności wszystkie trzy zaczynają się na literę “s”. S jak sangiovese, s jak syrah (shiraz) i s jak sauvignon blanc. Próbował niegdyś dołączyć cabernet sauvignon, ale próżny trud, kiedy nazwa zaczyna się na c. Jest za to nadzieja dla pinot noir, od czasu kiedy odkryłem iż nasi germańscy sąsiedzi zwą go spätburgunderem.

Żarty, żartami teraz będzie poważniej, znacznie poważniej. Otóż do listy szczepów lubianych uwagi nie przywiązywałem za bardzo, aż do lektury “Nowych Kronik Wina” Marka Bieńczyka. Ale po ich lekturze już wiem skąd u mnie podświadoma pogarda dla merlota i chardonnay*, po prostu jestem prawdziwym winomaniakiem. Kwestię, że prawdziwy winomaniak to burgunda, bordeaux** i chablis*** hołubi pozwolę sobie pominąć. Mój blog, mój wycinek świata.

wtorek, 19 lipca 2011

Winne wtorki: Upadek sklepu z winem

beaujolais

W zeszłym roku poświęciłem notkę zjawisku zwanemu beaujolais nouveau, czyli młodemu cienkuszowi z południowej Burgundii. Rozpatrywałem to wtedy w kategoriach warto wydać parę złociszy, czy nie warto? Da się wypić, czy się nie da? Jak się okazuje pominąłem w tamtej notce temat najważniejszy - wpływu marketingowej ekstrawagancji zwanej beaujolais nouveau na postrzeganie całego regionu Beaujolais. I to wpływu, nie na nas, zwykłych winopijców, lecz wpływu na ludzi wino sprzedających. Dziś, korzystając z okazji, że w ramach Winnych Wtorków oceniamy wina z Beaujolais, to poważne przeoczenie naprawię.

czwartek, 14 lipca 2011

Grappa: Czas komety

grappa_muskat

Włączam radio, wchodzę do Internetu, wszędzie mówią o frankokalipsie nadciągającej na grzbietach czterech świnek pędzących ku prosciuttificio*. Dobrze, że telewizora czas już jakiś nie posiadam, bo stereo i w kolorze mógłbym tego widoku nie przeżyć. Ale żarty na bok, dziś będzie poważnie, gdyż w obliczu globalnej degrengolady poczułem potrzebę opowiedzenia pewnej historii. Historii o impakcie (trudne i z błędem słowo) niestety nie globalnym, zaledwie lokalnym. Ale jest w niej i mrożący krew w żyłach początek, romantyczne wręcz zauroczenie, pełna tajemnic noc, a także filozoficzne zakończenie w cieniu tragedii, kiedy rodzi się nadzieja. Zaciekawieni?

poniedziałek, 11 lipca 2011

Śliwka wędzona, polska

nalewka_zmudzka

Pogodowa huśtawka za oknem, wczesny marzec późnym czerwcem, tudzież późny październik wczesnym lipcem skłania mnie ostatnio w stronę alkoholi mocniej rozgrzewających. Dokładniej zaś w stronę nalewek, rocznik 2010, przygotowanych przez moją lepszą połowę. Truskawka, czarny bez, jagoda, malina, aronia trochę tego w zakamarkach różnych się przechowuje. A wszystko uczciwie na spirytusie czystym, polskim, z naszych, rodzimych owoców przygotowywane i doskonale doskonałe. Jednak nie o nich dziś będzie, a o nalewce żmudzkiej, której rocznik 2010 mojej lepszej połowie udał się tak nadzwyczajnie, że notki degustacyjnej o nim nie zrobić, zbrodnią by było. Zatem oto i notka jest.

wtorek, 5 lipca 2011

Winne wtorki: Zielono mi

gruner-veltliner

Tytułem wstępu – “Winne wtorki” zmieniły formułę, to się przyłączam.

Temat na ten wtorek: wino ze szczepu Grüner Veltliner, do złotych sześćdziesięciu. Nie słyszeliście o takowym wcześniej? Cóż, okazuje się, że to najpopularniejszy, wręcz flagowy szczep austriacki. Przytaczając “Leksykon Daumonta: Wina” Christiny Fischer wina z tego szczepu są wytrawne, lekko pieprzowe o pikantnym posmaku i powinno się je pić w przeciągu dwóch, trzech lat po zabutelkowaniu. Znaczy zapowiada się ciekawie, tylko najpierw trzeba tego zielonego Weltlusia mieć.

Poszukiwania zacząłem od własnych zapasów, gdyż mi się kołatało w głowie, że próbując wina oferowane przez Becksteiner Winzer eG takowe też się tam przewinęło. Widać jednak niemiecki Grüner Veltliner wrażenia na mnie nie zrobił, bo go w piwniczce nie znalazłem. Trzeba się zatem było udać do sklepu. Poszedłem do osiedlowej Almy. Wiem, wiem, pisałem kiedyś że drogo, ale bardziej cesarsko-królewskich delikatesów na Pomorzu nie ma. Chciałem też przy okazji przetestować wirtualnego doradcę na stoisku z alkoholami. Za bardzo nie przetestowałem, bo trzy kliknięcia uświadomiły mi, że Grüner Veltlinera w Almie nie dostanę. Choć przynajmniej nie zmarnowałem godziny na regałów przetrząsaniu.

Wybór numer dwa – Makro Cash and Carry, pamiętałem że na winach regał zatytułowany “Austria” widziałem. I nie zawiodłem się, jak zwykle zresztą, był i regał, i Weltuś. Jeden jedyny co prawda, z napisem “prestige” na etykiecie co z automatu czyni mnie podejrzliwym, ale w rozsądnej cenie i z białoczerwoną pieczęcią austriackiej kontroli państwowej. Zatem uległem, z półki zdjąłem i do kasy poszedłem. A teraz chwila prawdy nastąpi.

środa, 29 czerwca 2011

Wino: A. P. Nr. 052-66-10

spatburgunder

Niemcy były dla mnie dotąd krajem tranzytowym, niezbędnym etapem do pokonania na drodze do, lub z Italii. W tym roku jednak, z moją lepszą połową zdecydowaliśmy się właśnie w Niemczech spędzić znaczną część urlopu. Wybór padł na “Romantische Strasse”, czyli w skrócie trzysta pięćdziesiąt kilometrów dróg różnych na pograniczu Badenii-Wirtembergii i Bawarii, usianych uroczymi miasteczkami, w których czas się zatrzymał. Więcej o tym w notkach późniejszych, zaś dziś otwieram na blogu temat win niemieckich. Bo choć regiony przez które wspomniana droga romantyczna przebiega nie są Hesją Nadreńską, Mozelą czy Palatynatem, to przynajmniej w teorii wina się tam produkuje. A jak praktyka wygląda?

O tym za chwilę, gdyż wstęp teoretyczny dla zrozumienia dalszej opowieści jest niezbędny. Wstęp dotyczący win niemieckich cech szczególnych w ogóle, a także oznaczeń na etykietach w szczególe. Po pierwsze, Niemcy na arenie międzynarodowej są znane z win białych. Natomiast niemieckie wina czerwone są głównie przeznaczone na rynek krajowy. Dlaczego tak się dzieje? Otóż niemieckie winnice są jednymi z najdalej wysuniętych na północ w Europie. A to oznacza niższe temperatury, co faworyzuje szczepy winogron wykorzystywane w produkcji win białych (riesling, müller-thurgau, silvaner). Przechodząc teraz do etykiet. Niemiecka klasyfikacja win jest jedną z najbardziej szczegółowych na świecie. Oprócz tradycyjnego podziału na wina słodkie (fruchtig), półwytrawne (halbtrocken) i wytrawne (trocken), mamy podział win według jakości:

  1. Tafelwein – najniższa kategoria, wina “przemysłowe” rzec by można, będące często kupażem win pochodzących z wielu winnic.
  2. Qualitätswein – zakwalifikowałbym wina z tej kategorii jako “stołowe”, codzienne. Qualitätswein muszą pochodzić z jednego z trzynastu niemieckich regionów winnych.
  3. Prädikatswein – oznaczenie win “lepszych”, na specjalne okazje. W ramach prädikatswein wyróżniane są następujące podkategorie, których znajomość powie nam, czego się po danym winie spodziewać:
    • Kabinett – wina wytwarzane z normalnych winogron (nie przejrzałych), ale z wybranych winnic
    • Spätlese – w wolnym tłumaczeniu “późno zebrane”, czyli wina z winogron zbieranych juz po terminie, dzięki czemu powinny być pełniejsze, zarówno w zapachu, jak i w ustach.
    • Auslese – w wolnym tłumaczeniu “wyselekcjonowane”, wina z wybranych, najbardziej dojrzałych w momencie zbioru winogron. W teorii jeszcze bardziej aromatyczne i pełne.
    • Beerenauslese (BA) – od tego poziomu zaczynają się sławne niemieckie wina deserowe, powstające jak to się ładnie ujmuje z “winogron dotkniętych szlachetną pleśnią”.
    • Trockenbeerenauslese (TBA) – w przypadku win tego rodzaju winogrona dotknięte szlachetną pleśnią, są dodatkowo podsuszane (skojarzenia z włoskim passito jak najbardziej na miejscu). Celem jest stworzenie win po trzykroć “naj-“, czyli najsłodszych, najintensywniejszych, najdroższych.
    • Eiswein – wino z winogron zbieranych wczesnym rankiem przy pierwszym przymrozku wystarczająco silnym, by zamrozić wodę w gronach. Co ciekawe w produkcji “wina lodowego” Niemcom wyrósł poważny konkurent w postaci Kanady.*

Wystarczy teorii, przejdźmy do praktyki.

czwartek, 23 czerwca 2011

Wino: Sangiovese na salonach

piwniczka_1

Umawiałem się z Andrzejem na degustację czas już jakiś, a w zasadzie umawiałem się, że się umówię. Bo samo dookreślenie niedookreślonego terminu spotkania zajęło moment, tylko nastąpić musiało. I stało się tak, że ostatni weekend spędziłem w Poznaniu biorąc udział w degustacji pod roboczym tytułem „Wielkie wina z małej piwniczki”. Degustacji, podczas której wzięliśmy na tapetę wina ze szczepu sangiovese.

Degustujących było nas łącznie osób dziewięć, a win degustowanych sześć. Pięć z piwniczki Andrzeja i jedno przez Stanisława przemycone, o czym za chwilę. Dzięki piwniczki obszerności udało się przy tym znaleźć wina reprezentujące wszystkie główne sangiovese nurty: codzienne rosso di montepulciano i chianti colli senesi, odświętne vino nobile di montepulciano i brunello di montalcino, a także sangiovese nietoskańskie, lecz emilio-romańskie.

Wszystkie zaś wina powyższe były nie z półek supermarketowych zdjęte, lecz w mniejszych i większych kantynach bezpośrednio przez Andrzeja kupione w Italii, po głębokim wcześniej w oczy spojrzeniu winiarzom je produkującym. Wyjątkiem, choć nie supermarketowym bynajmniej, było tu chianti od Mielżyńskiego, co je Stanisław przyniósł. I namieszało to chianti, oj namieszało, ale po kolei.

środa, 15 czerwca 2011

Vinum 2011: Barolo i barbaresco unplugged

vinum_bb_01

Jak obiecałem dwa wpisy temu, relację z Vinum 2011 zakończy opis degustacji zatytułowanej “Barolo i Barbaresco – konfrontacja roczników ciepłych i chłodnych”. Zatem zaczynajmy.

Pojęcie roczników ciepłych i chłodnych, jest tym rodzajem podziału, który początkowo wydaje się prostym i oczywistym. Bo przecież każdy z nas potrafi określić, czy dany rok był ciepły, czy chłodny. A jeśli akurat nas na miejscu nie było (np. w Piemoncie), to przecież wystarczy rzut oka na średnie temperatury roczne i wszystko już wiemy. Nieprawdaż?

A kiedy wiemy już, które roczniki były ciepłe, które zaś chłodne to sprawa jest prosta. Rocznik ciepły znaczy wino będzie “cielistszejsze”, “otwarciejsze”, “owocowiejsze”. Rocznik chłodny natomiast każe spodziewać się wina “wodnistszego”, “zamkniętejszego”, “szorstkiejszego” . Nieprawdaż po dwakroć?

Okazuje się, że nie całkiem, tudzież nie do końca. Dlaczego zaś nie, pokazała właśnie degustacja konfrontująca ze sobą win barolo i barbaresco roczniki ciepłe z chłodnymi.

piątek, 10 czerwca 2011

Wino: Picie, degustowanie i ocenianie

wino

We wtorek piłem doskonałe białe wino. Orzeźwiająco kwaskowate, wyraźnie owocowe i mineralne też, zapewne. Słupek rtęci pokazywał stopni trzydzieści parę, a ja wróciłem skonany po pracy dniu całym i jeszcze sprawunków godzinach paru. Proste spaghetti winu towarzyszące było wręcz obłędne. A może to wino towarzyszyło spaghetti.

niedziela, 5 czerwca 2011

Vinum 2011: Siorbanie, przeżuwanie i spluwanie

vinum_moscato

Dwa dni, cztery sesje tematyczne, trzydzieści trzy wina, siedemdziesiąt euro w kieszeni mniej – tak można by najkrócej podsumować degustacje win piemonckich na Vinum 2011. Czy było warto? Uważam, że tak, gdyż szczegółów tudzież ciekawostek, których nie znajdzie się w przewodnikach sporo było.

Zatem zapraszam do lektury.

wtorek, 31 maja 2011

1 / 100 / 1000

wino_acerone

Minął rok, licznik notek dobił do stu, a ilość miesięcznych odwiedzin przebiła tysiąc. Za zdrowie czytających, a także własne, a co, autor pozwoli sobie wypić supertoskana. Leżał już chwilę w chłodziarce, kusił niemiłosiernie, czas zobaczyć ile jest wart. Zatem nie przedłużając przejdźmy do oceny.

Szczegóły techniczne. Czerwone wino włoskie Acerone z winnicy V. Innocenti, rocznik 2003. Powstaje w 100% z winogron szczepu sangiovese. Ale choć z Toskanii pochodzi, to bynajmniej nie jest oznaczone dumnym skrótem D.O.C.G. i namaszczone marką Chianti. Wprost przeciwnie, etykietka klasyfikuje je jako Rosso di Toscana, I.G.T., czyli można by rzec, na równi z czerwonymi stołowymi. Ale producent zapewnia, że wino to powstaje tylko z najlepszych roczników, leżakuje trzy lata w beczkach i nadaje się do długiego przechowywania w piwniczce. O co zatem chodzi?

poniedziałek, 30 maja 2011

Vinum 2011: Instrukcja obsługi kieliszka

vinum_tytulowy

Sprawa jest prosta. Wchodzicie do Palazzo Mostre e Congressi w Albie, podchodzicie do kontuaru na prawo, płacicie dwanaście euro. Świat wielkich win piemonckich staje przed wami otworem. Oczywiście jeśli we właściwym czasie znajdziecie się we właściwym miejscu. Mnie się to udało, ale po kolei.

Planując pobyt w Piemoncie miałem problem z istną klęską urodzaju winnic. Po zawężeniu listy winnic do oferujących degustację za darmochę, dla samego Barolo i okolic zostało mi ich kilkanaście. Podobnie sprawa się miała z Barbaresco. A przecież to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Co z producentami win ze szczepów dolcetto czy barbera? O słodkich muskatach czy deserowym passito nie wspominając. Zapowiadały się dni spędzone w samochodzie, pomiędzy kolejnymi winnicami. Nie żebym narzekał, ale moja lepsza połowa mogłaby mieć tu zdanie zgoła odmienne. Szczególnie, że kiedy degustuje ktoś, to wypadałoby by kierował ktoś inny. Bo samochód i alkohol się nie komponują według mnie.

Pewnym rozwiązaniem powyższych problemów było odkrycie, że wiele z tych winnic leży o rzut kamieniem od siebie. Zatem baza wypadowa w Barolo, Barbaresco, czy Dogliani rozwiązywałaby problem transportu. Wtedy można by chodzić od kantyny do kantyny i degustować. Ale nadal – jak to ogarnąć? Jak wybrać te właściwe? Pozostawało zdać się na łut szczęścia i zawierzyć recenzjom znajomych. Bo listy najlepszych i najdroższych są tożsame, co do zawartości i bycia poza zasięgiem. Rozsądku, tudzież portfela. W dowolnej kolejności.

Ale kiedy lista powstała, noclegi już prawie zabukowane zostały, w odmętach sieci Internetem zwanej błysnęło światełko, nie będąc przy tym nadjeżdżającym pociągiem. Kosmicznie niezrozumiałym zbiegiem okoliczności, potocznie fuksem zwanym, dwa pierwsze dni mojego pobytu w Piemoncie okazały się dwoma dniami ostatnimi lokalnej imprezy winiarskiej - Vinum 2011. W kąt poszły cyzelowane tygodniami listy kantyn, telefony rozdzwoniły się w innych pensjonatach, winny Piemont w pigułce czekał.

piątek, 27 maja 2011

Wino: M jak Makro

dpd

O dostarczeniu przesyłki ze zdjęcia, a dokładniej kunszcie i kreatywności firmy DPD już było – tutaj. Czas zająć się przesyłki zawartością, czyli winami. Zacznę od wyjaśnienia skąd się sama przesyłka wzięła.

Uczestnicząc miesiąc temu w Warsztatach Kulinarnych Makro dla Blogerów dostałem propozycję oceny paru win z oferty Makro Cash and Carry. Ponieważ wina i pacierza z reguły nie odmawiam, zgodziłem się, a jakże. Ustaliliśmy przy tym, że choć Makro wina do oceny sponsoruje, to na treść samej oceny wpływu nie ma. Przesyłka win pięciu dotarła jakieś trzy tygodnie później, po moim z Piemontu powrocie. I tym samym dziś na blogu publikuję pierwszą notkę oceniającą wina, których sam nie kupiłem, tudzież w prezencie nie dostałem. Ale choć wina są sponsorowane, to ocena równie krytyczna jak zwykle będzie.

Przechodząc do win. Zacznę z regułami sztuki zgodnie, od dwóch win białych. Francuskiego Kiwi Cuvee i nowozelandzkiego Cloudy Cape. Natępnie będą dwa czerwone wina ze szczepu malbec – francuski Rigal The Original Malbec i argentyńska Elsa Bianchi. Serię zakończy degustacja francuskiego wina Domaine des Coccinelles, jedynaka w swojej kategorii, gdyż z jego towarzysza za sprawą DPD tylko tulipan szklany został.

środa, 18 maja 2011

Piemont: Wyżerka o ósmej

piemont-o-zachodzie

Być w Italii i nie pobiesiadować w typowo włoskim stylu, to się nie godzi. Ale żeby pobiesiadować trzeba przyswoić sobie parę reguł, które nieprzygotowanego turystę mogą zaskoczyć. Reguła pierwsza dotyczy godzin spożywania posiłków. Otóż chcąc zjeść obiad należy się zjawić w restauracji najlepiej tuż po południu. Pamiętać też warto, że pora obiadowa kończy się około piętnastej. Natomiast kolacja podawana jest od godziny dwudziestej. Wcześniej nie mamy w tradycyjnych knajpkach czego szukać. Albo zastaniemy zamknięte na głucho drzwi, albo usłyszymy żeby przyjść za pół godziny. Przekonałem się o tym razu pewnego w Modenie. Głodny jak wilk dopadłem restauracji o godzinie dziewiętnastej, drzwi były otwarte, wnętrze promieniowało gościnnością w tamten chłodny grudniowy wieczór. Wszedłem, już prawie usiadłem, kiedy pojawił się kelner wyraźnie zdumiony moim zachowaniem. Po czym w krótkich żołnierskich słowach wyjaśnił mi, że otwarte nie znaczy gotowe i żebym wrócił nie wcześniej niż za trzy kwadranse. Oczywiście restauracje nastawione na turystów tych godzin nie przestrzegają, ale pamiętajmy - chcemy pobiesiadować, a nie zjeść mielonego z frytkami.

Reguła druga określa ważność posiłków w trakcie dnia. Typowo włoskie śniadanie w formie cappuccino i rogalika, za posiłek w ogóle trudno uznać. Obiad to czas na przegryzienie czegoś lekkiego, nie więcej niż dwudaniowej kombinacji, ewentualnie serii przystawek. Z wyjątkiem niedzieli, kiedy obiad awansuje i staje się także okazją do biesiadowania, w towarzystwie rodziny najczęściej. Natomiast czasem biesiad codziennych jest kolacja, która jeśli trwa poniżej godzin dwóch powinna zostać uznana za nieudaną, tudzież dietetyczną. A jak znaleźć miejsce na taką kolację? Dodam miejsce za rozsądne pieniądze. Cóż, warto w książkę Osterie d’Italia zainwestować, co za chwilę na przykładach czterech udowodnię, ale wcześniej o książce samej słów parę.

niedziela, 15 maja 2011

DPD: Historia pewnej przesyłki

dpd 

Dostałem przesyłkę z winami do oceny. O winach będzie wkrótce, o przesyłce dzisiaj. Paczkę odebrałem czwartkowym wieczorem z portierni, po informacji od portiera. Kurier firmy DPD nie czuł się bowiem w obowiązku przedzwonić do mnie i poinformować, że takową paczkę mi zostawia. Ale do tego jestem przyzwyczajony, wielu jego kolegów robi podobnie jeśli przesyłka nie wymaga uiszczenia opłaty przez odbiorcę.

sobota, 14 maja 2011

Piemont: Gdzie wino jest bogiem

 barbaresco_enoteca

Wszedłem do kościoła i poprosiłem o butelkę przedniego barbaresco. Cena, którą zaśpiewał chór, była znakiem że do zbawienia jeszcze trochę mi brakuje.

Byłem w Piemoncie dni sześć, pominąłem masę miejsc zapewne ciekawych, zobaczyłem parę miasteczek zaledwie, ale opinię o tej ziemi sobie wyrobiłem. Solidną, jakże by inaczej. Bo do Piemontu jechałem w celu jednym, podstawowym – najsłynniejszy winny region Italii zrozumieć. Tylko tyle i aż tyle.

Tym samym mogłem zignorować bezkresne hektary równin winoroślą nieprzyozdobione, nie interesowały mnie specjalnie zabytki i przybytki kultury. Chciałem zanurzyć się w winnice, winorośle i wino, wina dokładniej, których sława zasłużenie, czy nie, światowa jest. I tak podróż planowałem zastanawiając się jak w sto czterdzieści i cztery godziny bogactwo to winne ogarnąć, kiedy los się do mnie uśmiechnął, szeroko. Otóż zbiegiem okoliczności niezamierzonym, festiwalu win piemonckich Vinum 2011 dwa dni ostatnie na początek mojego pobytu przypaść miały. Okoliczność tą wykorzystałem by “immersione totale” winne przeżyć. Ale nie od tego wydarzenia cykl wspomnień piemonckich zacznę. Na początek bowiem chciałbym garścią migawek, impresji się podzielić. Przybliżą wam one jak Piemont w oczach winomaniaka wygląda i tło dla wpisów kolejnych właściwe zbudują. Zatem zaczynajmy.

poniedziałek, 9 maja 2011

Wino: Pauza przed burzą

wino-portugalskie

Wywczasował się człowiek solidnie, czas wracać do tu i teraz. Posegregować zdjęcia, zobaczyć co się na kamerę nagrało, przemyśleć co na blogu umieścić warto, a co nie. Dlatego dziś jeszcze o różnych tam romantycznych drogach niemieckich i piemonckich win festiwalach wspominać nie będę, ale żeby blog do żywych przywrócić wino jakieś warto by opisać.

W notatkach jeszcze przedurlopowych znalazłem wino Pausa, portugalskie, z nazwą dobrze okres ciszy ostatni na blogu podsumowującą. Zatem nie przedłużając, przechodzę do meritum, znaczy się do pauzy przed burzą.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Wino: Barbara, nie barbarzyńca

wino włoskie

Piemoncie nadchodzę chciałoby się wykrzyknąć, ale najpierw jeszcze Bawaria po drodze będzie. Jednak przed wyjazdem chciałbym zakończyć przygotowanie kondycyjne do mekki włoskiego winiarstwa odwiedzin, wyczerpując listę win piemonckich, które do oceny zostały. Zatem przedstawiam dziś wino ze szczepu barbera, którego w żadnym przypadku z winem barbaresco (ze szczepu nebbiolo żeby było prościej) mylić nie należy.

Barbery bowiem tradycyjnie bywały winami o rachitycznym, wodnistym kolorze owocu i wysokiej, szorstkiej kwaskowatości. Dodajmy do tego fakty, że winogrona barbera garbników winu praktycznie nie oddają i bliżej nam do win białych i kiepskich niż czerwonych i dobrych. Ale piemonccy winiarze w miejscu nie stoją i od czasu do czasu któryś za wyburzanie starych, zakurzonych, nadgryzionych przez korniki i pokrytych pleśnią bynajmniej nieszlachetną zbiorników sie zabiera. A wtedy tradycyjne wina potrafią wystąpić w nowych odsłonach, odkrywających nieznane ich atuty. Tak i zdarzyło się w przypadku barber, które w wersji modernistycznej znacznie apetyczniejszym kąskiem, niż ich przodkowie są. Zobaczmy zatem, do której grupy należy wino dzisiejsze.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Bywa się...

makro_kuchnia

… w stolicy rzecz jasna*. A dokładniej byłem w mieście stołecznym Warszawie w sobotę na “Warsztatach kulinarnych dla blogerów” organizowanych przez Makro w ich Centrum Rozwoju Firm. Dlatego też zdjęcie otwierające dzisiejszą notkę skupia się na kuchennych narzędziach służących do duszenia, siekania i ogólnie upewniania się, że przygotowywane danie o własnych siłach z talerza nie ucieknie.

Warsztaty rozpoczęło przygotowywanie pasztetu z drobiowych wątróbek “tylko nie nazywajcie go foie gras” i był to dla mnie bodajże najciekawszy punkt spotkania. Dlaczego? Otóż w końcu dowiedziałem się jak przygotować pasztet, a nawet pâté, nie poświęcając na to większej części dnia jak dotąd robiłem, kiedy raz w roku przed Wielkanocą na taką kuchenną ekwilibrystykę mnie nachodziło. Tutaj zmieściliśmy się w godzinie z minutami może pięcioma, od wejścia do kuchennej sali ćwiczeniowo-wykładowej do umieszczenia pâté w chłodziarce. Imponujące i fascynujące jednocześnie. Teraz pozostaje tylko powtórzyć ten wyczyn solo, bez wsparcia kuchennej załogi Makro. Może być trudno?

wtorek, 12 kwietnia 2011

Wino: Równowaga i jej brak

wino-kalifornijskie

Producenci z Nowego Świata (sprawdzić czy nie Warszawa) są zazwyczaj piętnowani za wina zbyt oczywiste, zbyt owocowe, zbyt dębowe, wina otwierające się zaraz po odkorkowaniu i napastujące biednego europejskiego winomaniaka swoją typową dla zadufanej w sobie imperialistycznej Ameryki aromatyczno-smakową przesadą. A my tu w Europie lubimy przecież wina, które łatwo nie zdradzają swoich tajemnic, wina, które wymagają dekantacji, oddechu, odpowiedniego profilu kieliszków i właściwego ciśnienia atmosferycznego aby w trzeciej nucie dolnej błysnąć tym jakże fascynującym swoją ulotnością powidokiem owocu. I nie widzę w tym zasadniczo nic złego, serio. Powiem więcej nawet sam się w to bawię, co nieraz na blogu widać. Li tylko szare, bure i zimne okoliczności przyrody jakoś mnie inaczej ostatnio nastroiły. Dlatego zamarzył mi się owocowy, ale tak naprawdę głęboko owocowy Merlot, przywołujący wspomnienia słonecznej Kalifornii, którą widziałem co prawda wyłącznie na taśmie filmowej, ale wspomnienia można mieć, no nie?

Wyboru starałem się dokonać rozsądnie, stawiając na wino, które według producenta, dla uniknięcia dominacji aromatów dębiny w 30% rocznika dojrzewa w nowych beczkach, w pozostałych zaś 70% w beczkach wykorzystywanych po raz drugi, bądź trzeci. Bo przez etap “wielbienia beczki” szczęśliwie przeszedłem już czas jakiś temu i nawet się po drodze nauczyłem, że “aromat beczki” i “aromat dębiny” to rzeczy zupełnie od siebie różne. Ale to inna historia, zresztą już tu opowiedziana.

piątek, 8 kwietnia 2011

Kiedy wino jest dobre?

rozlane-wino

Na tak postawione pytanie można odpowiedzieć na trzy sposoby. Pierwszy, najprostszy sprowadza się do stwierdzenia - kiedy mi smakuje. Takie podejście ma jednak poważną wadę. Daje fory winom efekciarskim, często jednostronnym, które są bardzo indywidualne w odbiorze. Słowem, co dla jednego lekiem, dla innego trucizną.

Drugi sposób to założenie, że wino dobre to wino bez poważnych wad. Tu już jest trochę trudniej, bo trzeba taką listę winnych grzechów głównych znać i być w stanie je w winie dostrzec. Ale że wersja podstawowa listy długa nie jest, to nawet początkujący winomaniak powinien sobie poradzić.

środa, 6 kwietnia 2011

Wino: Winogrono, które ryknęło

wino roero arneis

Barolo, Barbaresco, Alba, Asti – słowem piemoncka ziemia obiecana winomaniaków. Za niecały miesiąc nazwy te nie będą już dla mnie tylko punktami na mapie i akapitami w książkach o winie. Jednak zanim to nastąpi przyglądam się winom piemonckim w domowym zaciszu. Było bardzo dobre barolo, dobre nebbiolo, barbaresco pozostawiające pewien niedosyt, choć technicznie doskonałe, lekkie dolcetto i oczywiście zabójczo słodki muskat. Do kompletu zatem brakuje przedstawiciela win białych wytrawnych i barbery. Pierwszą lukę uzupełni dzisiejszy wpis, natomiast barbera pojawi się niebawem.

Przedstawicielem piemonckich białych wyrokiem losu stało się wino ze szczepu roero arneis, apelacji Roero. Za tą jakże oryginalnie brzmiącą nazwą kryje się odmiana winogron, która do późnych lat siedemdziesiątych służyła głównie do ochrony cennych gron nebbiolo przed ptakami i pszczołami.* Obecnie zaś jest uznawana za szczep posiadający największy potencjał z piemonckich białych. Region produkcji zaś od roku 2005 może poszczycić się oznaczeniem DOCG. Tyle teorii, zobaczmy jak wygląda praktyka.

piątek, 1 kwietnia 2011

Bimber: Legalize it

bimber-ksiezycowa

Dziś będzie krótko i na temat. Próbując grapp, whiskaczy i innych zagranicznych wynalazków nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dobra polska księżycówka jest w stanie kręcić wokół nich kółka pod względem aromatu i smaku. Dlatego ciężko mi się pogodzić z faktem, że w Italii, Szkocji czy na Bałkanach można bezproblemowo nabyć "miejscowy bimber", a u nas nie.

środa, 30 marca 2011

Wino: Dobre chianti to jest to

wino chianti rufina 

Przy okazji podwójnej, gdyż pierwszej i ostatniej na tym blogu, oceny chianti z dyskontów wspominałem o zbliżającym się zestawieniu paru “prawdziwych” chianti z Lamole i Rufiny. Patrząc z perspektywy dotychczasowych doświadczeń uważam takie grupowe zestawienia za szczególnie ciekawe, pozwalające na obiektywne wychwycenie różnic pomiędzy ocenianymi winami.

W dzisiejszym zestawieniu wystąpią trzy wina chianti z regionu Lamole, które już na blogu opisywałem i jeden debiutant z regionu Rufina. Te cztery wina reprezentują pełen przekrój jakościowy i cenowy chianti, od prostego, niestarzonego w beczkach Olinto za parę euro, do “ekskluzywnego”, spędzającego w beczkach półtora roku chianti typu riserva. Jakoś tak się złożyło, że chianti z Lamole reprezentują rocznik 2007 podobno niezły, natomiast chianti z Rufiny jest z rocznika 2006, podobno wybitnego. Warto ten szczegół wziąć pod uwagę zapoznając się z wynikami, do których teraz przejdę.

środa, 23 marca 2011

Lamole: Toskania jakiej nie znacie


Kontynuując wątek włoskich rejonów z ciekawymi winami, dzisiaj region Lamole, czyli właściwie wąska i kręta droga górska (no może pagórkowa) w samym sercu Toskanii. Historię znalezienia się na tej drodze już swego czasu opisywałem – tutaj. Natomiast teraz całość informacji dotyczących Lamole na moim blogu rozrzuconych postaram się zgrabnie podsumować.

Zacznę od samego miejsca. Jeżeli Toskania kojarzy wam się z turystami, zabytkami, jeszcze większą ilością turystów i kosmicznymi cenami macie poniekąd rację. Dokładniej zaś macie ją tak długo jak ograniczymy swoje postrzeganie Toskanii do Florencji, Pizy czy Sieny. Przekładając to na realia Polskie, to tak jakbyście Kaszuby postrzegali przez pryzmat Trójmiasta. A przecież w Toskanii, podobnie jak na Kaszubach wystarczy oddalić się od centrów turystycznych aby odnaleźć ciszę, spokój i sielskie klimaty prowincji. No ale będąc na wycieczce zorganizowanej, mając dzień na zabytki i muzea Florencji, pół dnia na Sienę i dwie godziny na Krzywą Wieżę w Pizie raczej nie dane wam będzie tego dostrzec.

Dlatego warto przyjechać do Toskanii na dłużej (przynajmniej tydzień) i wybrać na bazę wypadową miejsce takie jak region Lamole. Znajduje się on o rzut kamieniem od Florencji i pół godziny rowerami od Greve in Chianti, gdzie znajdziemy Le Cantine, będącą nieoficjalnym centrum mikrokosmosu Chianti Classico. I olbrzymią  pokusą trzeba dodać, bo wystarczy wykupić kartę za kilkanaście euro i uzyskujemy dostęp do nieprzebranej ilości win. Przynajmniej tak twierdzą wszyscy którzy tam byli, znaczy się nie ja, bo wstyd się przyznać do Le Cantine jakoś jeszcze nie trafiłem. A wszystko przez to, że ostatnia z listy winnic umówionych zamiast blisko była nadspodziewanie daleko, ale o tym za chwilę.

sobota, 19 marca 2011

Friulia-Wenecja Julijska: Kraina win nieodkrytych


Ostatnie przygody z winami tanimi i niedobrymi przypomniały mi o krainie, gdzie win tanich i dobrych znajdziemy w nadmiarze. Friulia-Wenecja Julijska, bo o niej mowa, to kraina kamieni, kamiennych rzek na kamiennych równinach i skalistych wzgórz. Słowem region mało turystyczny, chyba że lubimy kamienie i wino ma się rozumieć. Bo to ostatnie w tym ignorowanym przez turystów rejonie Włoch potrafi być przednie w smaku i przyjazne w cenie jednocześnie. No i jest jeszcze prosciutto z San Daniele. Znacząco odmienne od prosciutto z Parmy, jest według mnie lepsze bo bardziej soczyste. Ale to kwestia gustu.

Wracają do win. W tej notce pokrótce przedstawię siedem friulijskich winnic, których wina za godne polecenia uważam. Jeżeli wypadną na trasie waszych podróży odwiedźcie je, naprawdę warto.

wtorek, 15 marca 2011

Wino: Australijski Włoch

wino_australijskie

Po traumach dyskontowych czas powrócić do normalnego programu i win bardziej przewidywalnych. Tym razem zaspokoję swoje italofilskie zapędy oceniając wino, które choć australijskim jest, to przez połączenie dwóch szczepów włoskich stworzone zostało. Bo przecież Dolcetto to owocowy, kwaskowaty, orzeźwiający szczep z Piemontu. Natomiast Lagrein to intensywny w zapachu i kolorze szczep z Górnej Adygi, który zwrócił moją uwagę podczas pewnej degustacji. Wtedy co prawda wino go reprezentujące wadliwym się okazało, ale potencjał mimo wad dostrzegalnym był. Tym samym kiedy dostrzegłem w Makro za złotych pięćdziesiąt bez grosza jednego wino z dobrze mi znanego regionu australijskiego Langhorne Creek pochodzące, będące kupażem obu szczepów powyższych, długo się nad kupnem nie zastanawiałem.

środa, 9 marca 2011

Wino: Dyskontowe szaleństwo

chianti-z-dyskontow

[Aktualizacja - październik 2012] Od poniższej traumy trochę się w polskich dyskontowych realiach pozmieniało, niekiedy na lepsze nawet. Lidl zaryzykował i przysyła mi regularnie wina do oceny. A że wina i pacierza nie odmawiam, to te wina oceniam. Czasem jest zabawnie, czasem jest zaskakująco, czasem smutno i wracają upiory przeszłości. W każdym razie ofertę Lidla, z pominięciem półki najniższej, poznałem chcąc nie chcąc całkiem dobrze. Wszystko zaś znajdziecie w tych notkach. Z innych marketów, także odnośnie oferty Makro parę notek popełniłem

Stwierdzić, że tytułowy przypadek dopadł i mnie byłoby nadużyciem. Ale, że ostatnio w dyskusjach różnych Lidl i Biedronka co rusz są przedstawiane jako źródło przyzwoitych win, postanowiłem przekonać się co w trawie piszczy.

Aby porównanie obu dyskontów było miarodajne, zdecydowałem się na kupno w obu wina tego samego rodzaju, w cenie do 15 złotych. W końcu Lidl i Biedronka to tanie produkty, przynajmniej w teorii. Po przejrzeniu oferty obu dyskontów wybór mój padł na dwa wina typu chianti, oba klasyfikowane jako DOCG, z rocznika 2009. Biedronkowe chianti kosztowało złotych 13,99, natomiast lidlowe było o złotówkę droższe. Ale nadal o grosz poniżej założonego budżetu.

Potrzebne mi było także wino bazowe, do którego oba dyskontowe chianti mógłbym odnieść. Wybór padł na czerwone wino stołowe Dolce Via, które nabyłem czas jakiś temu w Makro w cenie złotych 35 za pięć litrów. Kiepskie, ale przydatne mi było do eksperymentów różnych (chipsy dębowe, kwas winowy i te sprawy).

Chianti z moich włoskich zapasów w cenie zbliżonej do Lidla i Biedronki też bym znalazł, ale stwierdziłem że zbyt wysoko zawiesi to poprzeczkę. Jednak porównanie paru win Chianti Classico i Chianti Rufina planuję w przyszłości niezbyt dalekiej, wtedy też będziecie mogli zestawić ich wyniki z winami dyskontowymi. Jeżeli będzie co zestawiać oczywiście.

Nie uprzedzajmy jednak faktów, czas butelki odkorkować i stawić czoła winom z dyskontów.

czwartek, 3 marca 2011

Wino: Nebbiolo i barbarzyńcy

 barbaresco

Dziś na blogu ostatni gatunek mglistych piemonckich, czyli barbaresco. Pomimo iście barbarzyńskiej nazwy jest to wino łagodniejsze niż barolo. Trzymając się monarchistycznej terminologii z poprzedniej notki można powiedzieć, że jeśli barolo jest królem win, to barbaresco uznaje się za królową.

Druga kwestia, która może być myląca przy barbaresco to piemonckie wina ze szczepu barbera. Otóż nie znajdziemy tu innego pokrewieństwa niż nazwa. Natomiast możemy odnaleźć sporo przeciwieństw. Winogrona barbera są słabo garbnikowe, kwaskowate i mają ciemny, rubinowy kolor. Natomiast wino barbaresco jest wytwarzane w 100% z gron nebbiolo, które są silnie garbnikowe, umiarkowanie kwaskowate i nie grzeszą nadmierną ilością pigmentu, a kolorystycznie wpadają w ceglastą czerwień.

Wystarczy tych zawiłości, czas na ocenę dzisiejszej bohaterki, domniemanej królowej win.