niedziela, 27 lutego 2011

Wino: Piemoncka mgła

winonebbiolo

Dwa najbardziej znane włoskie regiony winiarskie to Toskania i Piemont. Co ciekawe jeżeli chodzi sztandarowe wina i szczepy winogron ciężko o dwa bardziej odmienne regiony. Toskania, ze swoim chianti to wręcz wina dla ludu. Sangiovese jest najbardziej popularnym szczepem włoskim, a moda na ekskluzywne chianti to kwestia zaledwie ostatnich dwudziestu lat. Piemont chce natomiast kojarzyć się z winami arystokratycznymi. Czyż o sławnym barolo nie mówi się - “król win i wino królów”. A szczep nebbiolo, z którego barolo jest produkowane nie mieści się nawet w pierwszej dwudziestce najpopularniejszych szczepów włoskich.

Nazwą szczep nebbiolo nawiązuje podobno do piemonckich mgieł (z jęz. włoskiego - nebbia). W ich otulinie ze szczepu nebbiolo powstają trzy rodzaje win. Pierwsze dwa to barolo i barbaresco, których produkcja obwarowana jest licznymi wymogami. Pozostałe to wina nazwą własną i szczepu oznaczane, których proces wytwarzania bardziej przez winiarza niż normę regulowanym jest.

Z tych win ekstraklasowe barolo już na swoim blogu oceniałem – tutaj. Na aspirujące do ekstraklasy barbaresco czas przyjdzie wkrótce. Dziś zaś będzie o mglistym Mirinè, do trzeciej kategorii się zaliczającym.

Przechodząc do szczegółów technicznych. Czerwone wino włoskie, piemonckie Mirinè z winnicy Paolo Manzone. Rocznik 2005, czyli ocierające się o wiek dojrzały, w 100% z gron nebbiolo stworzone. DOC, alkoholu procent 13,5. Ceny nie pomnę, ale w okolicach euro dziesięciu była. Wzrok: skórki winogron szczepu nebbiolo nadmiernie obdarzonymi w pigment nie są, dlatego nie należy oczekiwać tu kolorów smolistych, ciemnych. To stwierdziwszy do koloru i wyglądu Mirinè ciężko mieć zastrzeżenia. Ceglastoczerwone, z wyraźnymi pomarańczowymi i miedzianymi refleksami sygnalizującymi wchodzenie w wiek dojrzały, wino to kolor ma intensywny i równomierny, minimalnie może na obrzeżach słabnący. Aby było błyszczące i klarowne wymaga dekantacji, gdyż osadów winnych w sobie naprawdę sporo nosi. Nos: w aromacie typowy dla nebbiolo, przyprawowo-owocowy (anyż, wiśnia, jeżyna). Bukiet także wyczuwalny (dym, skóra) choć słabszy niż by się chciało. Widać te olbrzymie beczki dębowe, w których Mirinè dojrzewało pierwszej młodości już nie były. Usta: garbniki winogron w nadmiarze wręcz, przyjemna kwaskowatość i trochę owocu (wiśnia). Brakuje mi tutaj dopełnienia obrazu przez garbniki dębowe, co domniemania odnośnie niemrawości wykorzystanych beczek zdaje się potwierdzać. W dotyku tak wytrawne, że aż szorstkie. Pierwsza kwarta: zaczyna się kwaskowatością, której natężenie zmienia się od niskiego do średniego także przez pozostałe kwarty. Pod koniec eksplodują garbniki winogron. Druga i trzecia kwarta: bardzo wysokie stężenie garbników winogron, wręcz paraliżujące wargi i dziąsła. Pojawia sie i zanika owoc. Czwarta kwarta: wygaszanie garbników winogron i kwaskowatości. Finisz: długi, wytrawny. Rozwinięcie oceny wraz z punktacją – tutaj.

Podsumowując. Wiele osób chianti uważa za wina bardzo wytrawne, świadczyć to może ni mniej ni więcej o fakcie, że nigdy nie próbowali win piemonckich mglistych. Pięcioletnie Mirinè garbników winogron ma tyle, że wystarczyłoby na małą baryłkę chianti. Pierwsze wrażenie, paraliżujące usta jest doprawdy niezapomniane. Tym bardziej, że słodkawo-korzenny aromat, otulony dymną mgiełką wędzenia sugeruje wino raczej dżemowe, mocno owocowe, zaokrąglone. Nic bardziej mylnego. Ale w tym szaleństwie jest metoda i jako akompaniament do solidnego posiłku, albo wieczorny katharsis to nebbiolo sprawdzi się całkiem dobrze. I sprawdzi się już teraz, bo choć podobno nebbiolo najlepiej pić po osiągnięciu przez nie pełnoletniości to w tym przypadku w ustach owocu jest zbyt mało, aby dalej je w piwniczce przetrzymywać.

Jak podawać?

W temperaturze pokojowej (18-19ºC), w kieliszkach do czerwonego wina. Przed podaniem pamiętajmy o dwóch sprawach. Koniecznie należy Mirinè zdekantować, czyli delikatnie otworzyć butelkę, która odstała w spokoju przynajmniej parę godzin i przelać jej zawartość do karafki, kończąc przelewanie kiedy osad dotrze do szyjki butelki. Stracimy może pół kieliszka wina, ale zyskamy klarowność i blask. Po drugie pięć lat w butelce to już chwila jest. Dlatego dajmy mu godzinkę, albo dwie w karafce na rozprostowanie aromatu i bukietu, odpłaci nam zacnie.

Kiedy i do czego podawać?

Esencja wytrawności, ale z zacnym przyprawowo-owocowym zapachem. Dlatego nadaje się do solidnego (czyt. mięsnego) posiłku. Ale nie musi być to danie nadmiernie aromatyczne. Steki z zacnej wołowiny argentyńskiej powinny być strzałem w dziesiątkę.

W części drugiej przyjrzę się barbaresco. I postaram odpowiedzieć na pytanie, czy dwukrotnie wyższa cena przekłada się na dwukrotnie intensywniejsze wrażenia?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz