Dziś będzie krótko i na temat. Próbując grapp, whiskaczy i innych zagranicznych wynalazków nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dobra polska księżycówka jest w stanie kręcić wokół nich kółka pod względem aromatu i smaku. Dlatego ciężko mi się pogodzić z faktem, że w Italii, Szkocji czy na Bałkanach można bezproblemowo nabyć "miejscowy bimber", a u nas nie.
Prowadzi to do zdominowania rynku polskich alkoholi tradycyjnych przez podróbki w stylu "Śliwowicy Łąckiej" i sklepowych "domowych nalewek". Bo nie da się ukryć, że ta pierwsza oprócz woltażu i jak się trafi przyzwoitego aromatu nic więcej do zaoferowania nie ma. Natomiast te drugie, to chyba nawet w pobliżu prawdziwej nalewki nie stały, gdyż zazwyczaj przypominają kiepską wódkę wzbogaconą aromatem identycznym z naturalnym.
A przecież zalegalizowane bimbrownictwo mogłoby przekształcić urokliwe tereny. Podlasia w miejsce kultowe dla wielbicieli mocnych trunków z całej Europy. Co więcej zapewne okazałoby się to złotą żyłą dla Skarbu Państwa. Legalni bimbrownicy odprowadzali by podatki nie tylko z tytułu akcyzy, ale i dochodów związanych z działalnością turystyczną. No i zdobycie dobrej księżycówki nie wymagałoby już osobistej znajomości komendanta, wójta i plebana, tudzież znajomości kogoś, kto te osoby zna. Ech, rozmarzyłem się.
P.S.
Na zdjęciu opakowanie zastępcze, zgodnie z najlepszymi tradycjami rodem z PRL.
1 komentarze:
Zgadzam się całym sercem! Mój ojciec jak przywiozłem mu kiedyś Whisky, to stwierdził, że u nich na wsi lepszy bimber pędzili - znaczy potencjał jest, tylko to zalegalizować.
Prześlij komentarz
Uwaga! Komentarze anonimowe, obraźliwe i przynudzające będą kasowane.