wtorek, 19 kwietnia 2011

Bywa się...

makro_kuchnia

… w stolicy rzecz jasna*. A dokładniej byłem w mieście stołecznym Warszawie w sobotę na “Warsztatach kulinarnych dla blogerów” organizowanych przez Makro w ich Centrum Rozwoju Firm. Dlatego też zdjęcie otwierające dzisiejszą notkę skupia się na kuchennych narzędziach służących do duszenia, siekania i ogólnie upewniania się, że przygotowywane danie o własnych siłach z talerza nie ucieknie.

Warsztaty rozpoczęło przygotowywanie pasztetu z drobiowych wątróbek “tylko nie nazywajcie go foie gras” i był to dla mnie bodajże najciekawszy punkt spotkania. Dlaczego? Otóż w końcu dowiedziałem się jak przygotować pasztet, a nawet pâté, nie poświęcając na to większej części dnia jak dotąd robiłem, kiedy raz w roku przed Wielkanocą na taką kuchenną ekwilibrystykę mnie nachodziło. Tutaj zmieściliśmy się w godzinie z minutami może pięcioma, od wejścia do kuchennej sali ćwiczeniowo-wykładowej do umieszczenia pâté w chłodziarce. Imponujące i fascynujące jednocześnie. Teraz pozostaje tylko powtórzyć ten wyczyn solo, bez wsparcia kuchennej załogi Makro. Może być trudno?


Część druga warsztatów pozostawiła nas w świecie pasztetów, ale doszły sery i wina oczywiście. Znaczy się po krótkiej prezentacji jak czytać etykiety win (nic nowego dla mnie, ale nie przysnąłem, zatem na plus) przeszliśmy do apetycznie prezentujących się stołów i równie zachęcającej baterii siedmiu winnych flaszek. Z tychże między kęsem foie gras, a gorgonzoli w oko wpadły mi trzy.

wina_makro

Niemiecki Riesling Prüm Blue, z przykuwającym uwagę świeżym i cytrusowym nosem oraz mineralnym ustami przełamanymi kwaskowatością. Izraelski Shiraz Barkan Classic, wyjątkowo jak na ten szczep winogron nienachalny i elegancki i co ważne nie atakujący dębowymi sztachetami. A na koniec francuskie Sauternes Sablettes, który dał mi okazję po raz pierwszy zetknąć się z tym gatunkiem wina. Nie była to jednak miłość od pierwszego wejrzenia, gdyż początkowo nad kieliszkiem unosił się jak to określiła jedna z blogerek kulinarnych “zapach starej szafy”. Ale dwadzieścia minut później przy “jednogodzinnym” pâté owoce uderzyły z całą siłą w nozdrza, co wraz ze słodkością smaku przełamaną skutecznie kwaskowatością dało właściwy, mogący sprostać oczekiwaniom efekt.

Końcowa część warsztatów potoczyła się standardowo, czyli zdjęcia, bufet, rozmowy i pytania niekoniecznie związane z tematem przewodnim. Ja upewniłem się u źródła, że z polskiej wołowiny przyzwoitego steku choćbym nie wiem co robił, to nie przyrządzę. Zresztą dowiedziałem się, że argentyńska wołowina także na steki najlepsza nie jest, gdyż palmę pierwszeństwa w wołowinach stekowych (poza astronomicznie drogą wołowinę z Kobe) dzierżą beefy amerykańskie. Jeszcze w Polsce niezbyt dostępne, ale być może światełko w tunelu jest.

Podsumowując. Fajnie było, od strony kulinarnej dla mnie bardzo ciekawie. Od strony winnej smacznie, znaczy się imprezę uważam za udaną. No i teraz już nie mogę nieznajomością blogów kulinarnych się zasłaniać, tłumacząc że te to moja lepsza połowa czyta, w końcu takie spotkania zobowiązują. A że przy okazji znajomych warszawiaków udało się odwiedzić to tym bardziej się cieszę, że okazja taka się nadarzyła.

Za zaproszenie na warsztaty dziękuję firmie MAKRO Cash and Carry Polska S.A. Za pomoc w gotowaniu i wyczerpujące odpowiadanie na pytania (z przyniesieniem tacy amerykańskich steków włącznie) załodze Centrum Rozwoju Firm.

*Dla czytelników zaskoczonych wagą, którą przykładam do wizyty w stolicy mała podpowiedź. Dojazd superszybkim pociągiem klasy Inter City z moich północnych rubieży Rzeczypospolitej zajmuje sześć i pół godziny, z postojem w kilkunastu “metropoliach“ po drodze i pięciominutową przerwą techniczną. Biorąc pod uwagę, że Mediolan, lub Edynburg jestem w stanie osiągnąć za niewiele drożej w godziny trzy, od razu wyczuwalny jest ciężar gatunkowy takiej podróży, co też czułem się zobowiązany z kronikarskiego obowiązku podkreślić.

11 komentarzy:

Białe nad czerwonym pisze...

Aż szkoda, że nie mogłem uczestniczyć w tych warsztatach. Może następnym razem się uda.

Photo Solo Jam pisze...

Ano szkoda, bo liczyłem na poznanie "w realu", znaczy się "w makro" winnych blogerów przynajmniej warszawskich.

Grace pisze...

Fajnie, że mogliśmy się spotkać i pogotować razem! Cieszę się, że warsztaty zaliczasz do udanych! Życzę owocnej podróży do Włoch!

Białe nad czerwonym pisze...

Zobaczyłem na blogu Grace fotkę http://4.bp.blogspot.com/-iy7s_5TNIIQ/Ta2FUIw8ZHI/AAAAAAAAAV0/BX4BQDXA22U/s1600/Obraz+139.jpg
Tyle pań wokół, że musiałeś się w Makro poczuć jak pączek w maśle. Tym bardziej żałuję.

Grace pisze...

No tak, pozwoliłam sobie wstawić fotkę :) Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko!
A ja w imieniu swoim i myślę, że innych blogerek też, mam nadzieję, że następnym razem panów będzie więcej :)

Photo Solo Jam pisze...

@Białe nad czerwonym
Bardzo trafne stwierdzenie, wpisuje się w klimat warsztatów kulinarnych.

@Grace
Ależ skądże, w końcu w cenę "bywania się" papparazzi są wliczeni :)

hania-kasia pisze...

A mnie to ostatnie wino o bukiecie starej szafy bardzo pozytywnie zaskoczyło swoim smakiem. W zasadzie nie pijam tego typu win, ale niewykluczone, że się nimi zainteresuję po degustacji w Makro, bo mi smakowało. Pozdrawiam!

Photo Solo Jam pisze...

@hania-kasia
Pełna zgoda co do pozytywnego zaskoczenia. Ale koniecznie trzeba temu winu dać czas po odkorkowaniu butelki (pół godziny, godzinę) na pozbycie się zapachu "starej szafy". Bo inaczej przegapimy owoce i inne niuanse, których przegapić szkoda.

Rozwijając trochę temat, są wina między innymi to, które oddechu wymagają. Zazwyczaj zabutelkowane czas już jakiś temu. Ale nie można z tej "winnej resuscytacji" uczynić reguły. Bo z doświadczenia wiem, że wiele win młodszych to co najlepsze pokazuje tuż po otwarciu, a później jest już słabiej, żeby nie powiedzieć gorzej.

aga-aa pisze...

ja też tam była i wino piłam :)

zemfiroczka pisze...

Witam warsztatowy rodzynku ;) Świetne zdjęcia, naprawdę.
A odnosząc się do win - to ostatnie słodkie likierowe to nie dla mnie (choć likiery akurat lubię). Pierwsze miejsce dostał czerwony wytrawny merlot.

pozdr

Photo Solo Jam pisze...

@zemfiroczka

Dziękuję. Dla mnie natomiast ten merlot zbyt "zdębiały" był tuż po otworzeniu. Zdecydowanie oddechu ze dwie godziny dobrze by mu zrobiły.

A przy okazji, w Piemoncie dziś 26 stopni Celsjusza było i niebo błękitne, choć przez cały dzień burza w powietrzu wisi, zobaczymy czy spadnie.

Prześlij komentarz