wtorek, 12 kwietnia 2011

Wino: Równowaga i jej brak

wino-kalifornijskie

Producenci z Nowego Świata (sprawdzić czy nie Warszawa) są zazwyczaj piętnowani za wina zbyt oczywiste, zbyt owocowe, zbyt dębowe, wina otwierające się zaraz po odkorkowaniu i napastujące biednego europejskiego winomaniaka swoją typową dla zadufanej w sobie imperialistycznej Ameryki aromatyczno-smakową przesadą. A my tu w Europie lubimy przecież wina, które łatwo nie zdradzają swoich tajemnic, wina, które wymagają dekantacji, oddechu, odpowiedniego profilu kieliszków i właściwego ciśnienia atmosferycznego aby w trzeciej nucie dolnej błysnąć tym jakże fascynującym swoją ulotnością powidokiem owocu. I nie widzę w tym zasadniczo nic złego, serio. Powiem więcej nawet sam się w to bawię, co nieraz na blogu widać. Li tylko szare, bure i zimne okoliczności przyrody jakoś mnie inaczej ostatnio nastroiły. Dlatego zamarzył mi się owocowy, ale tak naprawdę głęboko owocowy Merlot, przywołujący wspomnienia słonecznej Kalifornii, którą widziałem co prawda wyłącznie na taśmie filmowej, ale wspomnienia można mieć, no nie?

Wyboru starałem się dokonać rozsądnie, stawiając na wino, które według producenta, dla uniknięcia dominacji aromatów dębiny w 30% rocznika dojrzewa w nowych beczkach, w pozostałych zaś 70% w beczkach wykorzystywanych po raz drugi, bądź trzeci. Bo przez etap “wielbienia beczki” szczęśliwie przeszedłem już czas jakiś temu i nawet się po drodze nauczyłem, że “aromat beczki” i “aromat dębiny” to rzeczy zupełnie od siebie różne. Ale to inna historia, zresztą już tu opowiedziana.

Przechodząc do szczegółów technicznych. Czerwone wino kalifornijskie Waterstone Merlot, ze słynnej Napa Valley. Rocznik 2006, alkoholu jak to u Kalifornijczyków w zwyczaju sporo, bo procent 14 i pół. Starzone w beczkach z dębu francuskiego przez 18 miesięcy. Wzrok: jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Wino ma błysk, kolor lokuje się między średnio a ciemnoczerwonym z pomarańczowymi refleksami. Jest przy tym równomierny, intensywny, od brzegu do brzegu języka. Nos: jest wyraźny owocowy aromat (wiśnia, czarna porzeczka). Jest i bukiet (wanilia, dym), ale też drewno, świeże drewno. To ostatnie szybko przechodzi z pozycji tła do pozycji dominującej. Tak dominującej, że wygląda to prawie jakby ktoś potraktował tą butelkę potrójną porcją chipsów dębowych ze wspominanego przepisu dotyczącego kiepskich win. A szkoda, bo reszta jest solidna i obiecująca, niestety ginie w trzeszczeniu słojów dębu francuskiego. Usta: dąb, dębina i trociny, ale francuskie świeże i soczyste. Kwartami. W pierwszej mamy średnią kwasowość, która utrzymuje się do samego końca, a w okolicach połowy startują garbniki winogron i dębu. W drugiej dołącza owoc (porzeczka, wiśnia), dobrze komponując się z kwasowością i garbnikami winogron. Dąb wszakże rozkręca się na całego i posmak świeżego drewna zgarnia większość puli smakowej. Trzecia przypomina drugą, w czwartej rozpoczyna się powolny finisz, kończący się nutą drewniano-owocową. W dotyku jak łatwo się domyślić wino to przypomina dębową deskę posmarowaną wiśniową konfiturą. Szczegóły oceny z punktacją – tutaj.

Podsumowując. Jak wspomniałem plan był jasny i nadzieje wobec tej butelki miałem spore. Liczyłem na dojrzałego, ale nie przejrzałego merlota, który zaprezentuje owocową głębię połączoną z waniliowo-dymną elegancją. A co dostałem? Cios prosto w kubki smakowe eleganckim kołkiem z francuskiej dębiny. I żeby nie było, dębina była tematem przewodnim nie tylko zaraz po otwarciu, nie tylko pół godziny później, ale także przeszło dwanaście godzin później. Słowem zintegrowała się z winem na dobre. Szkoda.

Pozostaje jeszcze pytanie dlaczego? Możliwości są trzy. Pierwsza – trafiłem na partię, którą przez błąd operatora napełniono wyłącznie ze świeżych beczek. Druga – wszystkie te nowe i stare beczki to pic, a ze stalowych zbiorników wystają swojskie dębowe sztachety. Trzecia – na skutek spisku francuskich producentów wina do Waterstone przysłano beczki z ekstremalnie aktywnej dębiny. Wybierajcie.

Jak podawać?
W temperaturze bliskiej 18ºC, dla zamaskowania powidoków alkoholu, w kieliszkach do czerwonego wina. Z uwagi na dębowość wcześniejsze przelanie do karafki i odstawienie tak na dwie godziny w zasadzie obowiązkowe. Cudu nie będzie, ale pojawią się inne zapachy niż drewno.

Kiedy i do czego podawać?
Nie da się ukryć, dominacja dębu sprowadza to potencjalnie ciekawe wino do poziomu wina stołowego do obiadu w tygodniu. Wytrawność (garbniki) nie jest bardzo silna, owocu jest sporo zatem jakaś mięsna pasta (ragu), lazania czy zrazy powinny pasować. Warto jednak wybrać potrawę na tyle aromatyczną, by mogła konkurować z eleganckim francuskim dębowym kołkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz