sobota, 14 maja 2011

Piemont: Gdzie wino jest bogiem

 barbaresco_enoteca

Wszedłem do kościoła i poprosiłem o butelkę przedniego barbaresco. Cena, którą zaśpiewał chór, była znakiem że do zbawienia jeszcze trochę mi brakuje.

Byłem w Piemoncie dni sześć, pominąłem masę miejsc zapewne ciekawych, zobaczyłem parę miasteczek zaledwie, ale opinię o tej ziemi sobie wyrobiłem. Solidną, jakże by inaczej. Bo do Piemontu jechałem w celu jednym, podstawowym – najsłynniejszy winny region Italii zrozumieć. Tylko tyle i aż tyle.

Tym samym mogłem zignorować bezkresne hektary równin winoroślą nieprzyozdobione, nie interesowały mnie specjalnie zabytki i przybytki kultury. Chciałem zanurzyć się w winnice, winorośle i wino, wina dokładniej, których sława zasłużenie, czy nie, światowa jest. I tak podróż planowałem zastanawiając się jak w sto czterdzieści i cztery godziny bogactwo to winne ogarnąć, kiedy los się do mnie uśmiechnął, szeroko. Otóż zbiegiem okoliczności niezamierzonym, festiwalu win piemonckich Vinum 2011 dwa dni ostatnie na początek mojego pobytu przypaść miały. Okoliczność tą wykorzystałem by “immersione totale” winne przeżyć. Ale nie od tego wydarzenia cykl wspomnień piemonckich zacznę. Na początek bowiem chciałbym garścią migawek, impresji się podzielić. Przybliżą wam one jak Piemont w oczach winomaniaka wygląda i tło dla wpisów kolejnych właściwe zbudują. Zatem zaczynajmy.


drogowskazy

Impresja pierwsza – drogowskazy. To, że w ziemi obiecanej winomaniaków się znalazłem odczułem wkrótce po opuszczeniu autostrady Piacenza-Turyn zjazdem na wschód od Asti. Niewzbudzające dotąd emocji drogowskazy stały się nagle kalką indeksów winnych katalogów. Asti na prawo, Alba na lewo, po drodze Barbaresco, a dalej Neive, La Morra, Serralunga, Monforte i Barolo w wielkim finale. A wszystkie te miejsca winem smakujące tuż obok siebie, o dziesięć, piętnaście minut leniwej jazdy oddalone. Poczułem się jak dziecko w wielkim sklepie z czekoladkami. Mniam.

wzgorza-wokol-barolo

Impresja druga – ziemia. Czytać, że winnice piemonckie niewielkimi spłachetkami są, niczym patchwork zdobiącymi tutejsze wzgórza to jedno. Zobaczyć co to oznacza, to drugie. Na mnie, przybyszu przyzwyczajonym do realiów toskańskich, lombardzkich, czy friulijskich zrobiło to spore wrażenie. Tamtejsze winnice bowiem w porównaniu z tutejszymi są niczym innym jak obszarnictwa i marnotrawstwa świadectwem. W winnym piemonckim półksiężycu między Asti, a Dogliani nie marnuje się ani metr kwadratowy ziemi pod winorośl zdatnej. Natomiast winnicę, której wzrokiem na raz ogarnąć się nie zdoła można już latyfundium nazwać.

Impresja trzecia – kantyny. Wielkość winnic przekłada się bezpośrednio na ilość producentów, a ta potrafi przytłoczyć. Na szczęście dla winomaniaka, nie trzeba chodzić od winnicy do winnicy aby win różnych spróbować, wystarczy znaleźć się w miejscu gdzie kantyny / siedziby winnic zgromadzonymi są. O miejscach tych za chwilę, o piemonckich piwniczkach winnych teraz, bo same w sobie są interesującym zwiedzania tematem. Prezentują bowiem wszystkie możliwe style od ludycznego, tradycyjnego do ekskluzywnych butików, których szybciej byśmy się w Mediolanie, niż na włoskiej prowincji spodziewali. Podobnie jest z podejściem do przygodnego winomaniaka, który w ich próg zawita. Może nas przyjęcie godne króla spotkać, samo zainteresowanie winami gospodarzy wynagradzające, możemy też jak dojna krowa potraktowanymi zostać. Reguły przy tym nie ma, co gdzie nas spotka. Dlatego nie omijajcie tych bardziej ekskluzywnych, pozytywne zaskoczenie zawsze jest możliwe.

barolo-znad-winnicy

Impresja czwarta – Barolo. Miasteczko, które dało imię królowi win, winu królów. Położone pośród ciągnącego się po horyzont morza winorośli powinno być obowiązkowym przystankiem numer jeden dla każdego winomaniaka chcącego naturę win piemonckich zgłębić. Ta spokojna, idylliczna osada to w skrócie muzeum wina, enoteka regionalna Barolo i cztery ulice na krzyż z kilkunastoma kantynami. Słowem, wystarczający materiał na solidne dwa, trzy dni intensywnej eksploracji. Przy czym szukając kwatery, najlepiej szukajcie jej w samym centrum Barolo. Po całym dniu winnych doznań docenia się, że łóżko jest tuż za rogiem.

Impresja piąta – wielkie żarcie. Włosi kochają jeść, czemu się nie dziwię, bo mi nawet najprostsze potrawy w Italii smakują wybornie. Kiedy po ponad tygodniu spożywania kuchni frankońskiej i bawarskiej dotarliśmy do Barolo, pierwsza bagietka z parmeńskim prosciutto i lokalnym owczym serem wywołała ekstazę, porównywalną ze spożyciem najwykwintniejszej z potraw. A to było dopiero początek. Kontynuacja w postaci czterech, niezapomnianych kolacji w knajpkach Slow Food była na tyle interesująca, że poświęcę jej osobną notkę.

alpy-nad-winorosla

Impresja szósta – pejzaże i zabytki. Trawestując dwuznaczną krotochwilę ułożoną lata temu, kiedyśmy ze znajomym kreatywność w godzinach wczesnoporannych ćwiczyli: “W Piemoncie za rogiem spotkasz się z Bogiem”. Pejzaże piemonckie zachwycają swoją rozmaitością, wkurzają zaś nieprzewidywalnością. Mając szczęście można trafić w miejsca zapierające dech w piersiach , drogami których istnienia się nie podejrzewało. Mając pecha od wizualnej orgii będzie nas dzielił jeden zakręt drogi. A zabytki? Turyn i to by było na tyle. Te sześć dni przekonało mnie, że Piemont jest dla żołądka, Toskania dla duszy.

Impresja siódma – Barbaresco. Imiennik królowej win, drugi obowiązkowy punkt postoju dla każdego winomaniaka. Ja bawiłem w nim zaledwie trzy godziny, gdyż Vinum 2011 zmieniło moje plany, jednak miejsce to ma potencjał aby spędzić w nim intensywnie dwa, trzy dni. Bo przecież gdzie indziej przy jednej głównej ulicy i dwóch pobocznych znajdziecie przeszło trzydzieści kantyn. O enotece regionalnej Barbaresco, mieszczącej się w zabytkowym kościele nie wspominając. To jasno pokazuje stosunek mieszkańców do wina i pozwala przeżyć transcedentalne doznania, takie jak otwierające tą notkę. 

Impresja ósma – wino. Jest każde i dla każdego, są wina tradycyjne, modernistyczne i alternatywne, są smaki nacjonalistyczne i internacjonalne. Słowem winny raj, czyściec i piekło w jednym, miejsce które zrobi wrażenie na każdym. No chyba, że jest zagubionym turystą szukającym półsłodkich win czerwonych na stoisku z barolo i barbaresco. I proszę nie pytajcie mnie o czym mówię. A do wina wracając, to podobnie jak w kulinariów przypadku na osobną notkę zasługuje. A nawet parę, bo samych tylko winnych orgii festiwalu Vinum 2011 w jednej zmieścić się nie da.

I to by było tyle na początek wspomnień piemonckich. Ciąg dalszy nastąpi niechybnie.

4 komentarze:

winka pisze...

Pozazdrościć takiej wycieczki ;)

Anonimowy pisze...

Z wielką przyjemnością czytałam opowieści o Piemoncie. Nie wiedziałam, że są podobni szaleńcy jak ja zakochani w winach z tego regionu ( ja uwielbiam Gavi ). Planuję wyprawę winną w ten region i dlatego każda życiowa, praktyczna informacja jest dla mnie BEZCENNA.

Photo Solo Jam pisze...

@Anonimowy

Najpierw się czepiać będę - gdzie podpis? Proszę, bo kasować będę bez litości.

Zaś co do winnej wyprawy, to ciężko mi wyobrazić sobie lepsze miejsce docelowe. Tam wino jest wszystkim i poza winem nic nie ma. Dlatego jest to miejsce dla winomaniaka wjatkowe. No jest jeszcze kuchnia, ale to jakby nie patrzeć z winem para nierozłączna.

wojtek pisze...

Piękne.Jadę w październiku - winnice Barollo , Barbaresco ,La Morra, winnice Canelli ... można wymieniać i wymieniać.Oczywiście obowiązkowo targi trufli.Co do map - Enogea.it - aplikacje na iPhona (le cartine) Jancisa Robinsona .Pozdrawiam

Prześlij komentarz