środa, 18 maja 2011

Piemont: Wyżerka o ósmej

piemont-o-zachodzie

Być w Italii i nie pobiesiadować w typowo włoskim stylu, to się nie godzi. Ale żeby pobiesiadować trzeba przyswoić sobie parę reguł, które nieprzygotowanego turystę mogą zaskoczyć. Reguła pierwsza dotyczy godzin spożywania posiłków. Otóż chcąc zjeść obiad należy się zjawić w restauracji najlepiej tuż po południu. Pamiętać też warto, że pora obiadowa kończy się około piętnastej. Natomiast kolacja podawana jest od godziny dwudziestej. Wcześniej nie mamy w tradycyjnych knajpkach czego szukać. Albo zastaniemy zamknięte na głucho drzwi, albo usłyszymy żeby przyjść za pół godziny. Przekonałem się o tym razu pewnego w Modenie. Głodny jak wilk dopadłem restauracji o godzinie dziewiętnastej, drzwi były otwarte, wnętrze promieniowało gościnnością w tamten chłodny grudniowy wieczór. Wszedłem, już prawie usiadłem, kiedy pojawił się kelner wyraźnie zdumiony moim zachowaniem. Po czym w krótkich żołnierskich słowach wyjaśnił mi, że otwarte nie znaczy gotowe i żebym wrócił nie wcześniej niż za trzy kwadranse. Oczywiście restauracje nastawione na turystów tych godzin nie przestrzegają, ale pamiętajmy - chcemy pobiesiadować, a nie zjeść mielonego z frytkami.

Reguła druga określa ważność posiłków w trakcie dnia. Typowo włoskie śniadanie w formie cappuccino i rogalika, za posiłek w ogóle trudno uznać. Obiad to czas na przegryzienie czegoś lekkiego, nie więcej niż dwudaniowej kombinacji, ewentualnie serii przystawek. Z wyjątkiem niedzieli, kiedy obiad awansuje i staje się także okazją do biesiadowania, w towarzystwie rodziny najczęściej. Natomiast czasem biesiad codziennych jest kolacja, która jeśli trwa poniżej godzin dwóch powinna zostać uznana za nieudaną, tudzież dietetyczną. A jak znaleźć miejsce na taką kolację? Dodam miejsce za rozsądne pieniądze. Cóż, warto w książkę Osterie d’Italia zainwestować, co za chwilę na przykładach czterech udowodnię, ale wcześniej o książce samej słów parę.


Przewodnik Osterie d’Italia 2011 Slow Food Editore znalazł się w naszej biblioteczce, dzięki podpowiedzi znajomych Wrocławiaków, którzy pierwsi knajpki w nim opisane testowali i dzięki uprzejmości znajomych Gdańszczan, którzy w Mediolanie bawiąc dla nas go nabyli. Wydany pod szyldem slowfoodowego ślimaka i w języku włoskim pisany, jest nieprzebraną skarbnicą wiedzy, o tym gdzie w Italii zjeść w sposób tradycyjny i nie zadłużyć się na dwa pokolenia do przodu. Wątek trochę wyprzedzając stwierdzam, że dwadzieścia euro na zakup tej książki przeznaczone zwróciło się nam po wielokroć.

Przejdźmy zatem do przykładów tezę potwierdzających. Jako pierwszą do biesiadowania w Piemoncie wybraliśmy knajpkę Cascina Schiavenza (tel. +39 0173 613 115), znajdującą się w miasteczku Serralunga d’Alba. Stolik zarezerwowałem jeszcze z Polski poprzez e-mail. I tu uwaga ważna. Nawet odwiedzając tradycyjne włoskie knajpki poza sezonem rezerwować stolik należy. Bez rezerwacji mogą was bowiem mimo wolnych miejsc z kwitkiem odprawić, bo kuchnia na dodatkowe osoby przygotowaną nie będzie.

Po dotarciu na miejsce, z właściwym poślizgiem minut piętnastu, dopracowaliśmy się jeszcze spóźnienia minut kolejnych dziesięciu. Powodem był urzekający zachód słońca nad Piemontem, uwieczniony zresztą na fotce tą notkę otwierającej. Sama knajpka położona zaś po stronie wschodniej oferowała miejsca tylko wewnątrz. Na siedzenie na zewnątrz po prostu zbyt chłodno było, jakieś plus dwanaście zaledwie. Wnętrze z bielonymi ścianami okazało się proste acz przyjemne, zastawa i szkło lśniły, obrus tak jak należy śnieżnobiałym był. Obsługiwały zaś gości dwie córki właścicieli knajpki i winnicy do niej przylegającej. Tyle tytułem wstępu, przejdźmy do wielkiego żarcia, bo już czas najwyższy.

Karta win była, karty potraw nie stwierdziliśmy. Początkowe zaskoczenie wyjaśniło się, kiedy menu zostało nam wyrecytowane, w zakresie przystawek na początek. My jednak zdecydowaliśmy się podejść do zagadnienia hurtowo i poprosiliśmy “menu degustazione”. Przy czym jedno na dwójkę, bo poprzedni posiłek jedliśmy później niż było to planowana i obawialiśmy się że dwóm zestawom nie podołamy. Zresztą słusznie jak się okazało. Przystawki były trzy: papryka faszerowana tuńczykiem / vitello tonato z tatarem / naleśniki ze szparagami. Pierwsze dania dwa dostaliśmy: miejscowy makaron zwany tajarin z sosem ragù / ravioli z mięsem i szałwią. Drugie dania również dwa się pojawiły: wołowina w sosie z wina barolo / kurczak faraona. Całość zaś mocny zestaw deserów dopełnił: panna cotta / tiramisu z orzechami / lody waniliowe z barolo chinato / bonet (mus czekoladowy) z amaretto. Biesiadowaliśmy tak sobie bez pośpiechu godziny dwie ponad, a wszystko pysznym było, z wyjątkiem wołowiny. Według mnie to przypadłość większości włoskich knajpek, że mięsa do dań drugich są pieczone, lub smażone przesadnie. I zamiast soczystego kawałka otrzymuje się sztukę mięsa podeszwie bliską. Cóż nie ma kuchni doskonałych. Przechodząc zaś do rachunku w czterdziestu i jeden euro w ten wieczór z dwoma kieliszkami wina się zmieściliśmy, a z knajpki wyjść łatwo nie było.

Jako drugą wybraliśmy knajpkę Trattoria nelle Vigne (tel. +39 0173 468 503) znajdującą się w miejscowości Diano d’Alba. Przynajmniej tak nam się zdawało, że do Diano d’Alba jedziemy. Kiedy już tam dotarliśmy, to w miejscu gdzie według GPSa powinna się restauracja znajdować, znaleźliśmy drogowskaz. I tak od drogowskazu do drogowskazu z głównej drogi na boczną, krętą i wąską w górę się pnącą zjechaliśmy. Parę kilometrów dalej pośród obłędnych Piemontu panoram sama knajpka się ukazała, równie ciekawa. Wzniesiona w nowoczesnym stylu, ale z dwuspadowym dachem, wyróżnia się olbrzymią szklaną ścianą umożliwiającą podziwianie panoramy okolicy. W środku zaś pośród nowoczesnych portretów kobiecych na ścianach (a’la Warhol) i obsługi ubranej alternatywnie (glany, t-shirty) można się poczuć prawie jak na wzgórzach L.A.

Przechodząc zaś do biesiady. Tym razem recytacji menu nie było, zestaw pełen dla każdego domyślnie założonym był, z wyborem przy pierwszym i drugim daniu, a także deserze. I nie tylko nas to dotyczyło, ale wszystkich gości. Taki styl. Przystawki cztery: anchois w sosie orzechowym / smażone ziemniaczki z przeźroczystymi wręcz plasterkami słoniny / kurczak z serem i ziołami / oraz vitello tonato oczywiście. Pierwsze dania wybraliśmy dwa różne: ravioli z masłem i rozmarynem / tajarin z ragù z salsiccią (czyli ichnią kiełbasą, przypominającą naszą białą kiełbasę). Przy drugim postawiliśmy zaś na wołowinę w sosie z wina dolcetto. Całość zakończył deser, który z premedytacją wzięliśmy najlżejszy z możliwych, czyli panna cottę ze świeżymi truskawkami. Podobnie jak w knajpce pierwszej wszystko z wyjątkiem dania drugiego było przewyborne. Coś z tym zabijaniem sztuk mięsa na śmierć ci Włosi mają, trudno się mówi. Rachunek zaś wyższy był bo pięćdziesiąt osiem euro wyniósł, według mnie w stosunku do skali i jakości biesiady nadal bardzo przyjazny.

Po dwóch strzałach w dziesiątkę, jednym od drugiego lepszym wybór miejsca na biesiadę numer trzy łatwym nie był. Bo czyż mogliśmy liczyć na coś więcej i lepiej jeszcze niż do tej pory? Jak pokazało życie, ależ owszem tak. Lecz faktów nie wyprzedzając nazbyt od nazwy i lokalizacji knajpki kolejnej zacznę. Miejscowość Castagnito, knajpka Ostu di Djun (+39 0173 213600). Droga ku niej z Alby w górę się pięła wartko, zatem znów na widoki obłędne liczyliśmy. Jednak widoków nie było. Była za to nad wyraz przyjemna izba ze stropem na solidnych drewnianych belkach. A obsługiwało dwóch dżentelmenów, ubranych w stylu hultajsko-zbójeckim.

Brak menu i pytania co byśmy zjeść chcieli nas już nie zaskoczył. Natomiast półtoralitrowa flaszka solidnego wina Roero Riserva, w beczce dębowej z umiarem dopracowywanego, ależ i owszem. Szybki przegląd sali uświadomił nam, że w Ostu di Djun butelki mniejsze od półtoralitrowych po prostu nie występują. Co więcej, butelki z czasem między stołami krążyć zaczęły, gdyż nikt tu nie liczy ile i czego wypijesz, posiłek bez lejącego się do woli muskata, wina i grappy po prostu w tej oberży klimacie się nie mieści. Dobrym trunkom towarzyszyły równie wyborne potrawy. Przystawki cztery: mini pączki z plastrami wędzonej szynki / groszek jeszcze w zielonych łupinach zamknięty / marynowane mięso na styl carpaccio krojone / papryczki faszerowane. Pierwsze różne dwa wybraliśmy: makaron domowy, wytwarzany przez mamę jednego z panów obsługujących, z sosem twarożkowym / ravioli z sosem serowym. Podobnie przy daniach drugich wybory nasze różnymi były: przepiórki dwie pieczone / wątróbka cielęca w plastrach cieniutkich na krwisto wysmażana. I tutaj nadmienić w obowiązku się czuję, że oba te dania serię niezbyt udanych dań drugich przerwały z klasą wielką, wrażenia równie niezapomniane, co pozostałe potrawy pozostawiając. Deser zaś przyniósł: zabajone na muskacie, zamiast marsali robione w towarzystwie truskawek podane / zabójczo słodkie salame. I flaszkę muskata wraz z wyrżniętymi nożem zbójeckim kawałkami bloku orzechowego. Wieczór pomijając obowiązkowe espresso, zakończyła grappa di moscato. Oczywiście pojawiła się w postaci półtoralitrowej, w połowie pełnej butelki. Powstrzymałem się na dwóch kieliszkach, choć wyborna była. Na tyle wyborna, że flaszeczkę do domu przywiozłem i jeszcze na blogu swoje pięć minut mieć będzie. A rachunek za tą orgię kulinarną ile wyniósł? Sześćdziesiąt euro zaledwie.

Szalony rollercoaster slowfoodowy osiągnął swój finał w restauracji Cantina dei Cacciatori (+39 0173 90815), położonej w szczerym polu praktycznie, parę kilometrów od Monteu Roero w lokalizacji zwanej Villa Superiore. Po tym jak klimaty domowe były, widoki dech w piersiach zapierające były, zbójnicka oberża była, uznaliśmy że czas na knajpkę slowfoodowym ślimakiem odznaczoną, chlubiącą się ikonkami wina i sera, wybór tychże przedni oznaczającymi.

Jak się przy drzwiach okazało, które zresztą dopiero dzwonek domofonu otwierał, Michelin też Cantinę dei Cacciatori zauważył. Zatem nie zdziwiła nas w środku atmosfera bardziej formalna od miejsc poprzednich, która jednak zwyczajem włoskim z czasem standardowy poziom luzu osiągnęła. Tym razem karty menu wybór tradycyjnym sposobem umożliwiały, ale my wiernie tropem “menu degustazione” podążaliśmy. I tak przystawki trzy były: placuszki z kwiatami cukinii / cieniutkie plastry wołowiny surowej w sosie serowym / kotleciki rybne w sosie warzywnym. Pierwsze w menu podmieniliśmy, pragnąc risotto spróbować. Tym razem na wersję z cukinią i masłem, na winie robioną padło. Natomiast podczas drugiego z niezłymi bitkami wołowymi w sosie własnym się  spotkaliśmy. Deser w notatkach zaginął, zdaje się że zabajone znów nasze podniebienia raczyło. Wino zaś w butelce dla odmiany 0,375 tym razem na stole się pojawiło, ale było to barbaresco zacne z 2005 roku. I to ono w znacznej mierze do rachunku na prawie siedemdziesiąt euro się przyczyniło. Jednak powtarzając do znudzenia, warto było.

Oprócz biesiady w Cantina dei Cacciatori poznałem historię wielkości i upadku drużyny piłkarskiej Grande Torino. Drużyny, w której ojciec kuchmistrzyni występował, a która w swoich czasach równych sobie w Italii, a i zapewne na świecie nie miała. Niestety los karty rozdał okrutnie i lata wielkości do dziś tylko wspomnieniem pozostają. Ech, niektóre biesiady kończą się filozoficznym sensu i przewrotności życia rozważaniem.

slow food

Podsumowując wpis sążnisty. Cztery knajpki, cztery różne style. Najpełniej oberża zbójecka nam do gustu przypadła o włos knajpkę na szczycie Piemontu wyprzedzając. Stylowe wnętrza slowfoodowego ślimaka i rodzinne klimaty winnicy miejsce trzecie między sobą dzielą. Jednak wszystkie cztery za warte odwiedzenia uważam, jeśli tylko w tamtych rejonach będziecie. Takiego klimatu, takich widoków, jedzenia i historii się nie zapomina szybko. Ja zaś idę coś przekąsić, bo od samych opisów głodny się zrobiłem.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Witam, bardzo dziękujemy za radę z książką polecam innym, naprawdę warto. Wypróbowanie restauracji nie ujętej w książce okazało się porażką - nie polecamy ristorante w Roddi Il Vigneto. Widoki zjawiskowe, jedzenie przygotowane do zdjęć... ale już bez smaku. Wydawało nam się, że kucharz nie próbuje swoich dań. Zbyt wyrafinowane i plastikowe, ale pięknie podane. Jednakże podniebienia nie oszukasz opakowaniem... Przed tą "pomyłką" pierwszego dnia oczarowała nas Trattoria nelle Vigne i był to super niedzielny obiad, ciepło wspaniały widok i pyszne jedzonko (identyczne jak opisane). Następnego dnia - Verduno - Castello di Verduno. Piemonckim zwyczajem dostaliśmy kartę win, a jedzonko po wyrecytowaniu przez miłą Panią trafiło na nasz stół. Warte polecenia, niby domowa atmosfera, ale jedzonko więcej niż domowe, ciekawe zestawienia i kombinacje smaków. Kolejnego dnia St. Maria i to miejsce według nas jest najbardziej godne polecenia (warto mieć rezerwację) Ristorante L'Osteria Del Vignaiolo - profesjonalnie i pysznie, oj pysznie :). Zdecydowaliśmy się na menu degustazione, chyba tylko nie polecałabym ichniejszego "tatara" nic mu nie można zarzucić, ale nie powalał. Może też lipcowe temperatury zachęcają do bardziej lekkiego jedzonka. Kolejne 2 miejsca to Osteria La Torre w Cherasco i La Cantinetta w Barlo. Obydwa miejsca "oblepione" informacjami o posiadaniu słynnych gwiazdek, aczkolwiek nas nie zaskoczyły. Dobre jedzonko, ale czegoś im brakowało, jednakże są to nasze subiektywne odczucia. W naszym tygodniowym "rankingu" wygrała St. Maria.

Małgorzata

Photo Solo Jam pisze...

@Małgorzata

Dziękuję za obszerny komentarz. Odnośnie miejsc "oblepionych" gwiazdkami i ślimakami, to też mam odczucie, że ciężko w nich o zaskoczenie. Są solidne, eleganckie, jedzenie jest bardzo dobre ale brak im odrobiny szaleństwa. Czyli tego, co może knajpkę zapisać w pamięci na dłużej.

Prześlij komentarz