czwartek, 23 czerwca 2011

Wino: Sangiovese na salonach

piwniczka_1

Umawiałem się z Andrzejem na degustację czas już jakiś, a w zasadzie umawiałem się, że się umówię. Bo samo dookreślenie niedookreślonego terminu spotkania zajęło moment, tylko nastąpić musiało. I stało się tak, że ostatni weekend spędziłem w Poznaniu biorąc udział w degustacji pod roboczym tytułem „Wielkie wina z małej piwniczki”. Degustacji, podczas której wzięliśmy na tapetę wina ze szczepu sangiovese.

Degustujących było nas łącznie osób dziewięć, a win degustowanych sześć. Pięć z piwniczki Andrzeja i jedno przez Stanisława przemycone, o czym za chwilę. Dzięki piwniczki obszerności udało się przy tym znaleźć wina reprezentujące wszystkie główne sangiovese nurty: codzienne rosso di montepulciano i chianti colli senesi, odświętne vino nobile di montepulciano i brunello di montalcino, a także sangiovese nietoskańskie, lecz emilio-romańskie.

Wszystkie zaś wina powyższe były nie z półek supermarketowych zdjęte, lecz w mniejszych i większych kantynach bezpośrednio przez Andrzeja kupione w Italii, po głębokim wcześniej w oczy spojrzeniu winiarzom je produkującym. Wyjątkiem, choć nie supermarketowym bynajmniej, było tu chianti od Mielżyńskiego, co je Stanisław przyniósł. I namieszało to chianti, oj namieszało, ale po kolei.


piwniczka_2

Degustacja miała być profesjonalna, zatem każdy uczestnik dostał kartę oceny win, wraz z instrukcją. Karta odpowiadała wzorcowi z książki „Making Sens of Wine Tasting” Alana Younga. Wzorzec ten wykorzystuję także oceniając wina na blogu, a jego przykład zobaczycie klikając tutaj (karta) i tutaj (instrukcja). Choć pomysł z tak formalnym podejściem dość ryzykownym był, to okazało się że nie taki diabeł straszny jak go malują. Słowem, daliśmy radę.

A że nie samym winem człowiek żyje, to w tle degustacji rozgrywała się typowa włoska kolacja, przygotowana przez gospodarzy. Kolacja, która swobodnie mogłaby iść w zawody z niedawno opisywanymi ucztami slowfoodowymi. I tylko żałować mi zostaje, że dla zachowania kubków smakowych integralności przy przystawkach ograniczać się musiałem. Szczęśliwie do dań głównych degustacji część konkursową zakończyliśmy i tutaj pofolgować sobie już mogłem. Kończąc dygresję -Danusiu, Andrzeju, oprawa kulinarna, neon „Ristorante”, flaga Italii i inne imponderabilia klimat stworzyły pierwszorzędny.

O zasadach było, o oprawie także, lista płac i sponsorzy wymienieni, można do win przejść. Degustację rozpoczęliśmy od wina, które pojawiło się jako ostatnie, czyli Castello di Fonterutoli Chianti Classico, rocznik 2006. Czytając etykietę: alkoholu 14%, kupaż sangiovese (90%) ze sporą domieszką cabernet sauvignon (10%). Uzupełniając informacjami ze strony producenta: starzone wedle szczepów w małych beczkach (225l) z dębu francuskiego (70% nowych): 16 miesięcy (sangiovese) i 18 miesięcy (cabernet sauvignon). Wzrok: błyszczące, klarowne, o intensywnym ciemnoczerwonym kolorze z fioletowymi refleksami. Wydaje się, że cabernet zrobił swoje kolor intensyfikując i zagęszczając. Nos: wspomniałem, że było pierwsze? Ponieważ lineup degustacji ustalonym był, zanim się to wino pojawiło, karafki wszystkie już zajęte, jakoś tak wypadło. A że delikatne sugestie fundatora wina (górna półka tego producenta, niech dłużej odetchnie, itp. itd.) w ferworze przedstartowym zignorowaliśmy, to dostaliśmy, co dostaliśmy. Czyli waniliowym bukietem po nozdrzach tak mocno, że aromat robił za słabo wyczuwalne tło. Wanilia była na tyle intensywna, że wręcz obstawiałem herezję producenta i starzenie tego chianti w beczkach z dębu amerykańskiego. Fundator wina skłaniał się ku dębowi slawońskiemu natomiast. Spotkaliśmy się „w połowie drogi”, czyli pod Paryżem. Wracając zaś do aromatu i bukietu, to dopiero dwie godziny później, kiedy pod koniec części konkursowej degustacji do Castello di Fonterutoli powróciłem mogłem rzetelnie nos ocenić. Aromat typowym, owocowym (śliwka, wiśnia, truskawka) się okazał. Bukiet zaś wyraźnym był, ale dobrze z aromatem współgrającym: wanilia, dębina, powidoki stajni po napełnieniu kieliszka, szybko się rozwiewające. Temat nosa kończąc, Chianti Classico Castello di Fonterutoli oddechu parogodzinnego wymaga bezwzględnie, inaczej bowiem dostaniecie waniliowego potworka. Usta: tutaj od samego początku było dobrze i bardzo dobrze. Pełne, złożone wino, odpowiednio kwaskowate i owocowe, zdominowane przez garbniki winogron w sposób, którego od chianti się oczekuje. Co ciekawe dębina tak w bukiecie intensywna, w ustach nie dominowała, stanowiła natomiast przyjemne dopełnienie całości. Kwartami: pierwsza to szybko rosnąca do poziomu wysokiego kwaskowatość i budzące się garbniki winogron. W drugiej kwaskowatość słabnie do poziomu średniego i tak utrzymuje się do końca, pojawiają się garbniki dębiny i owoc (średnie). Trzecia jak druga, w czwartej całość zaczyna słabnąć, ale jest wyczuwalna jeszcze długo po. W dotyku wino szorstkie, w posmaku wytrawne i lekko owocowe, z bardzo długim finiszem.

Podsumowując wino numer jeden. Nie każde chianti classico jest zwykłe. W tym przypadku producent riservą wina swojego nie nazwał, zapewne ze względów formalnych (kupaż z cabernetem), ale swoje w beczkach spędziło. A że dębina w roczniku 2006 dla Castello di Fonterutoli Chianti Classico silnie aktywną się okazała, to dłuższy oddech jest dla tego wina koniecznością (zdekantowanie do karafki zalecane). Oceniając zaś całość, to po wanilii rozproszeniu na plus jak najbardziej, ekstraklasowa bym powiedział. I co ważne cabernet sangiovese nie zagłuszył, lecz wzmocnił, choć nie da się ukryć, że profil smakowy całości umiędzynarodowił. Słowem wino godne polecenia, oczywiście jeśli prawie dwieście złotych u Mielżyńskiego jesteście wydać gotowi.

Klasa pierwszego wina trochę sprawy skomplikowała, gdyż jak już kiedyś wspominałem (tutaj) zasadą degustacji jest rozpoczynanie od win pośledniejszych (przynajmniej wedle etykiety) i kończenie na najlepszych. Ale co się stało, to się stało i trzeba było podnieść rzuconą przez los rękawicę. Jako wino numer dwa pojawiło się Rosso di Montepulciano, rocznik 2007, od V. Innocenti. Czyli winiarza, który ma w swojej ofercie między innymi bardzo pozytywnie oceniane przeze mnie wcześniej AceroneVino Nobile di Montepulciano. Z pozostałych wina szczegółów technicznych to: alkoholu 14%, 6 miesięcy w beczkach starzone, kupaż sangiovese z canaiolo nero. Wzrok: błyszczące i klarowne, w kolorze czerwone, lekko przygaszone ceglastymi refleksami. Nos: prosty, przyjemny aromat owocowy (wiśnia głównie). Bukiet wyczuwalny (stajnia), akceptowalny ponieważ palety zapachowej nie zdominował, tylko urozmaicił. Usta: lekkie, średnio kwaskowate i owocowe z dobrze zaznaczonymi garbnikami winogron uzupełnionymi przez drugoplanowe garbniki dębu. Kwartami: w pierwszej kwaskowatość do poziomu średniego, niskie garbniki winogron. Druga utrzymuje kwaskowatość, nasilają się garbniki winogron i dębu (średnie), pojawia się słaby owoc. Trzecia podobnie, w czwartej dość szybkie wygaszenie całości. W posmaku wino wytrawne, bardziej kwaskowate niż owocowe, finisz średnio długi.

Podsumowując wino numer dwa. Prostota i lekkość z zachowaniem charakteru typowego dla szczepu sangiovese. Jak na wino w zasadzie stołowe, w cenie zapomnianej obecnie, ale niższej niż wyższej zdecydowanie, ma Rosso di Montepulciano od V. Innocenti wszystko co powinno, a nawet trochę więcej. Zatem także wino polecenia godne.

Kolejnym winem było Chianti Colli Senesi z Azienda Casale. Drugie chianti i po raz drugi bardzo dobry rocznik 2006, alkoholu umiarkowane 13%, czyste sangiovese (odmiana prugnolo gentile – większe grona, grubsza skórka). Starzone przez 4 miesiące w kadziach (2500l) z dębu slawońskiego. Wzrok: nieprzejrzyste (gęste od drobnych cząsteczek zawiesiny) lekko błyszczące nie zmatowiałe, czyli zdrowe, tylko słabo klarowane. Styl „bio” znaczy się, choćby przez przypadek. Kolor średnio intensywny, ceglastoczerwony. Nos: aromat typowy, owocowy (wiśnia, truskawka). Bukiet wyraźny, złożony (dym, czekolada). Całość składa się na klasyczną, toskańską paletę zapachów, podkreślam toskańską, nie międzynarodową. Usta: przepraszam, czy to nadal to samo wino? Silnie kwaskowate, z bardzo słabymi garbnikami i owocem. Kwartami: pierwsza to kwaskowatość (silna). W drugiej dołączają garbniki winogron i owoc (słabe). Trzecia to już tylko słabe garbniki winogron i powolny zanik. Czwartej brak. Posmak kwaskowaty, cytrynowy, finisz bardzo krótki.

Podsumowując wino numer trzy. Zapach Chianti Colli Senesi z Azienda Casale zapowiadał rzeczy wielkie, niestety w ustach to wino całkowicie się rozpadło. I wyszedł stołowy cienkusz, którego chianti nazwać nie można i polecić się nie da.

Następne w kolejce Vino Nobile di Montepulciano, choć także z Azienda Casale, z racji przynależności do nobliwego win gatunku dawało nadzieję na coś więcej niż poprzednik. Choć tutaj na przeszkodzie mógł stanąć rocznik (1995). Tak jest, wyciągnęliśmy z piwniczki Andrzeja prawdziwego matuzalema, znajdującego się, dla wina tego gatunku, na granicy daty sensowności spożycia. Z pozostałych szczegółów technicznych warto odnotować umiarkowany alkohol (13,5%), kupaż sangiovese (znów prugnolo gentile – 90%) z mamolo i canaiolo nero (łącznie 10%) i starzenie w kadziach z dębu francuskiego przez 25 miesięcy. Wzrok: błyszczące i klarowne, o intensywnym, dojrzałym, ceglasto-czerwonym kolorze. Wodnistości brak, barwa równomierna, jest dobrze. Nos: aromat złożony, typowy owocowo-ziołowy (wiśnia, truskawka, herbata). Bukiet wyraźny (drewno, powidoki stajni). Całość z klasą i klasyczna choć pokryta lekką patyną. Usta: dobrze zbudowane, ale lekkie, są echem dawnej świetności. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nadal wino żywe, z wyczuwalną kwaskowatością, garbnikami winogron. Jednak owoc już nie ten, garbniki dębu też słabują. Choć może winu nobliwemu pasuje właśnie taki styl z lekka miniony, eteryczny. Kwartami: w pierwszej średnia kwaskowatość i goryczka. Druga wprowadza garbniki winogron (średnie), owoc (niski plus) i garbniki dębu (niskie), osłabiając goryczkę. Trzecia jest zbudowana na garbnikach winogron i słabym owocu. W czwartej całość zanika. Posmak wina bardzo delikatny, zbyt delikatny, choć finisz długi.

Podsumowując wino numer cztery. Vino Nobile di Montepulciano, Azienda Casale, rocznik 1995 - nietuzinkowe, eteryczne, otworzone tuż przed zgaśnięciem. Może trafiliśmy na ostatni błysk? Warto czasem takiego wynalazku spróbować, by zobaczyć że wina dobre, interesujące to nie tylko wina mocarne, gęste, barokowe. Tylko nie można się spóźnić.

Jako wino przedostatnie na stół trafiło Brunello di Montalcino Campo di Marzo od Il Valentiano. Stuprocentowe sangiovese (odmiana brunello tym razem), alkoholu 14%, rocznik 2005. Czyli jak na brunello młodzieniaszek, w tym przypadku to 1995 byłby rocznikiem idealnym. Wzrok: błyszczące i klarowne, a kolor jak należało się spodziewać młodzieżowy, intensywnie czerwony z fioletowymi refleksami. Nos: rozczarowująco nieskomplikowany jak na wino z gatunku elitarnych. Aromat typowy, owocowy (wiśnia). Bukiet wyczuwalny, z gatunku aptecznych. Poprawnie. Usta: powtórka z Chianti Colli Senesi, tylko trochę wyrazistsza jeśli chodzi o garbniki. Kwartami: od pierwszej do trzeciej kwaskowatość (od średniej plus do niskiej). Owoc podobnie, z tym że aż do czwartej. Garbniki we wszystkich kwartach wyczuwalne średnio słabo. Finisz wina krótki, ale da się zauważyć, zanim zniknie.

Podsumowując wino numer pięć. Nazwa brunello zobowiązuje, przynajmniej w teorii. W praktyce jak widać różnie bywa, niestety. Dlatego ocena Brunello di Montalcino Campo di Marzo od Il Valentiano zawiera się w dwóch słowach - nie polecam.

Toskania za nami, zostało wino ostatnie – sangiovese z regionu Emilia-Romania. Panie i panowie przed wami Pietramora Sangiovese di Romagna Superiore Riserva z Fattoria Zerbina. Dłuższej nazwy chyba wymyślić nie sposób. Patrząc od strony szczegółów technicznych, rocznik zacny 2006, sangiovese 100%, alkoholu niebezpiecznie dużo (15%). Poczułem się jak w Kalifornii, co najmniej. Acha, starzone w beczkach z dębu francuskiego (w tym 30% nowych). Jak długo starzone producent nie podaje, ale że i superiore, i riserva to raczej dłużej (lata) niż krócej (miesiące). Wzrok: to wino jest brylantowym i klarownym zaprzeczeniem tezy jakoby czyste sangiovese nie było w stanie dać koloru intensywnego, gęstego i ciemnego jednocześnie. W tym przypadku ciemnoczerwona smolistość aż bije po oczach, a żaden merlot czy cabernet do tego gron swoich nie przyłożył. Przynajmniej podług producenta i etykiety, a dopóki nie udowodnione zostanie inaczej, to im wierzę. Nos: po raz kolejny typowy, owocowy aromat (wiśnia). Bukiet natomiast złożony, ciekawy (drewno i czekolada, a w tle wanilia i apteka). Odory alkoholowe czają się na progu percepcji, dlatego podając warto trzymać się dolnych granic temperatury pokojowej (18-19 stopni Celsjusza). Usta: pełne, dobrze zbudowane. Kwaskowatość i owoc średnie, wystarczające. Pierwsze skrzypce grają zaś garbniki winogron, w tle garbniki dębu. Kwartami: pierwsza średnio kwaskowata. W drugiej kwaskowatość znika, pojawiają się garbniki winogron (średnie plus), owoc (średni) i garbniki dębu (średnie minus). W trzeciej i czwartej podobnie. Wygaszanie całości zaczyna się dopiero po czwartej kwarcie. W dotyku piaszczyste, posmak gęsty, wytrawny. Finisz długi, wręcz bardzo długi.

Podsumowując wino numer sześć. Wzrokowo urzeka, zapachowo trochę rozczarowuje prostotą aromatu, bo bukiet ma więcej niż interesujący, w ustach lekko ciąży woltażem. Wino Pietramora z Fattoria Zerbina jest bowiem przykładem siłowego wypracowywania doskonałości. Jedni ten styl docenią, inni co najwyżej zaakceptują. Ale dobre wrażenie raczej na pewno to wino zrobi, dlatego polecam.

Zbierając razem wina powyższe po raz kolejny widać, według mnie, że szczep sangiovese, jako baza dla win ciekawych, potencjał ma i niejedno oblicze zaprezentować potrafi. A że nie każdy winiarz wie jak to wykorzystać, to inna sprawa. Techniczne oceny wszystkich win, wraz z punktacją i diagramami tradycyjnie znajdziecie tutaj, także do pobrania jako pdf. Jako ciekawostkę dodam, że w wyborze najlepszej trójki (Fonterutoli, Pietramora, Vino Nobile di Montepulciano) z win powyższych wszyscy uczestnicy byli prawie że jednogłośni.

piwniczka_3

Na powyższym mógłbym zakończyć, ale że dwa wina deserowe jeszcze tego wieczoru wystąpiły, już po za konkursem, to o nich słów parę. Pierwsze było Vin Santo del Chianti Classico z Castelli del Grevepesa, rocznik 1998. Choć z chianti w nazwie, to jest ono kupażem gron szczepów trebbiano toscano i malvasia del chianti. Starzone przez 36 miesięcy w beczułkach dębowych słowiańskich, alkoholu ma sporo (17%) ale to przy winie deserowym nie dziwi. Producent zaleca jego podawanie w temperaturze stopni 12 jako aperitif lub stopni 18 jako deser. I choć nos Vin Santo del Chianti Classico jest tylko niewiele lepszy od standardowego vin santo, to w ustach jest to zupełnie inne wino. Mamy tu zatem słodycz przełamaną orzeźwiającą, cytrusową kwaskowatością i nuty korzenne. Prawdziwą małmazję na sterydach, w której aż szkoda maczać cantuccini. Do tych wystarczy pierwsze z brzegu vin santo.

Drugie natomiast pojawiło się umbryjskie Sagrantino di Montefalco Passito od Antonelliego, rocznik 2005. Wytwarzane w 100% z gron szczepu sagrantino, metodą passito, czyli z gron podsuszanych uprzednio, jest starzone w dużych beczkach dębowych (1000l) przez 15 miesięcy. Proces produkcyjny kończy zaś trzymiesięczny pobyt w kadziach cementowych, podczas którego wino to jest klarowane. Kolorystycznie i wzrokowo intensywne, ciemnoczerwone, gęste ale klarowne. W ustach natomiast schizofreniczne bym powiedział, bo z jednej strony słodki, gęsty likier owocowy, a z drugiej wyraźne, suche garbniki winogron. Ciekawe, wręcz bardzo ciekawe.

Całość podsumowując. Zabawa była przednia, wina rozmaite, jedzenie doskonałe. A dnia następnego z rana powidoki z wszystkich win powyższych złożyły mi się na posmak wina idealnego. I o to chodzi.

1 komentarz:

Prezesowa pisze...

Italianissima jest z Was dumna!

Prześlij komentarz