niedziela, 5 czerwca 2011

Vinum 2011: Siorbanie, przeżuwanie i spluwanie

vinum_moscato

Dwa dni, cztery sesje tematyczne, trzydzieści trzy wina, siedemdziesiąt euro w kieszeni mniej – tak można by najkrócej podsumować degustacje win piemonckich na Vinum 2011. Czy było warto? Uważam, że tak, gdyż szczegółów tudzież ciekawostek, których nie znajdzie się w przewodnikach sporo było.

Zatem zapraszam do lektury.


vinum_barbery

W sobotę degustacja była jedna, win ze szczepu barbera. Wstęp kosztował dziesięć euro, całość trwała około godziny, wina podano trzy.  Wnioski? Barbera “zwykła” z Monferrato, w beczce niestarzona z rocznika 2010 okazała się młodym, kompotowym cienkuszem z intensywnym purpurowym kolorem. Barbery “superiore”, w beczce starzone, czyli rocznik 2007 z Alby i 2008 z Asti były natomiast winami godnymi uwagi. Mocno owocowe, z dębiną wyczuwalną, uzupełniającą profil smakowy, nie dominującą, o intensywnym ciemnoczerwonym kolorze, z purpurowymi refleksami. Prowadzący optował za barberą z jego rodzinnego regionu, czyli Asti. Mnie natomiast urzekła barbera z Alby, gdzie oprócz owocowości wyraźne były także nuty czekoladowe, mniam.

I to by było wszystko o tej degustacji, gdyby nie pojawił się temat smaku lokalnego, w tym przypadku piemonckiego, stawianego w kontrze do smaku międzynarodowego. Pierwsza barbera, według piszącego te słowa będąca tanim cienkuszem, według prowadzącego prezentowała młody, zadziorny, typowo piemoncki styl wina stołowego. Znaczy się była winem lekkim, ale szorstkim w nosie (lekkie odory pofermentacyjne) i ostrym w ustach. Natomiast drugiej barberze, preferowanej przeze mnie z uwagi na interesującą czekoladową słodycz, oberwało się od prowadzącego za styl zbyt okrągły, zbyt międzynarodowy właśnie.

asti_docg 

Porównując z sobotą, niedzielne degustacje cechował znacznie większy rozmach, choć i cena każdej była od ceny degustacji sobotniej dwukrotnie wyższa. Na rozpoczęcie, w porze przedobiadowej, czyli o 11:30 na stół wjechały muskaty, brachetta i passita z Asti.

Osiem win z apelacji Moscato d’Asti pokazało jak znacznie potrafią różnić się wina z tego regionu (mapka apelacji na zdjęciu powyżej, samo miasteczko Asti leży kilkanaście kilometrów od północnych rubieży regionu). Produkowane w części wschodniej, niżej położonej, cieplejszej są z reguły silnie owocowe, wręcz perfumowane z niską kwaskowatością. Natomiast muskaty z części zachodniej, chłodniejszej, wyżej położonej są wyraźnie kwaskowate i bardziej kwiatowe, niż owocowe. A wszystko to przez zaledwie kilkadziesiąt metrów różnicy poziomów i jeden, dwa stopnie różnicy w temperaturze.

Drugą interesującą informację, było stwierdzenie prowadzącego, że winogrona najdojrzalsze wcale nie są winogronami najbardziej aromatycznymi. Otóż powyżej pewnego stężenia cukru, aromatyczność winogron zaczyna spadać. Tym samym okazuje się, że wino bardzo aromatyczne niekoniecznie musi być winem morderczo słodkim, jak pijąc pewnego muskata mógłbym pomyśleć.

vinum_brachetto

Po muskatach przyszedł czas na czerwone bąbelkujące, czyli brachetta (nazwa pochodzi od szczepu winorośli). Dwa pierwsze (od lewej na zdjęciu) spisały się nieźle, jak na musujące czerwone wina, choć aromat przypominający wodę różaną (łańcucki Rosolis się kłania) nie każdemu przypadnie do gustu. Ostatnie było natomiast wodnistym cienkuszem, co zdziwiło nawet prowadzącego, czego nie omieszkał głośno wyrazić.

Oprócz trzech aktualnych brachetto, na stole pojawiło się też czwarte – niemusujące. Pokazane zostało eksperymentalnie, jako ciekawostka, w nawiązaniu do omawianych później win typu passito. Było to brachetto wiekowe (pierwsza połowa ubiegłej dekady) z Convento dei Cappuccini. Wzrokowo nienajciekawsze (mnóstwo wirujących w kieliszkach fusów), kolorystycznie wyblakłe, ale bez brunatnych blizn po utlenieniu. Profil smakowy przypadł mi do gustu, gdyż przypominał kompot z suszonych owoców. Niestety miejscowi mojego entuzjazmu podzielić nie chcieli.

vinum_passito 

Wina typu passito, czyli wytwarzane z podsuszanych winogron, były dwa. Jedno dojrzałe już bardzo, drugie na początku swojego życia. A że były z apelacji Asti to do ich produkcji wykorzystano winogrona muskata, nie zaś erbaluce z którym piemonckie passito jest kojarzone jakby z rozdzielnika.

Zestawienia dwóch win ze skrajnych krańców dojrzewania było ciekawym doświadczeniem. W młodym (Passi Scrapona) dominowały nuty trawiaste, było jasne w kolorze, pełne wigoru, z lekka nieokrzesane. Natomiast matuzalema (Borgo Sambui) zdradzał już kolor (ciemnozłoty), a pełny, barokowy wręcz profil smakowy zdominowały nuty czekolady.

vinum_dolcetto_ruche 

Druga degustacja sobotnia dotyczyła piemonckich apelacji DOCG, czyli Dolcetto Diano d’Alba i Ruché di Castagnole Monferrato. Podczas niej wrócił też temat smaku lokalnego, w kontrze do smaku międzynarodowego. Prezentowane dolcetta były winami produkowanymi w sposób tradycyjny, czyli z ograniczeniem czasu kontaktu skórek z winogronami do niezbędnego minimum, tak by skórki oddały kolor, ale nie “skaziły” soku garbnikami. I oczywiście z wyeliminowaniem jakiejkolwiek beczki po drodze. Otrzymane tą drogą wina, według mnie, niewiele różniły się od wspominanej na początku, młodej i cienkuszowatej barbery. Jedynie kwasowość była tu wyraźniej zaakcentowana. Ale jak się przekonałem, miejscowi mlaskali nad nimi z zachwytem. Zgadzało się to zresztą z obserwacjami poczynionymi przeze mnie dzień wcześniej na stoiskach winiarzy. Tam też producenci dolcetto, proszeni przeze mnie o wybranie najlepszego wina tego gatunku z ich oferty, kierowali się zawsze właśnie ku tym kwaskowatym, młodym cienkuszom. A przecież dolcetto prezentuje się tak pięknie, kiedy trochę się nad nim popracuje. Ale takie stwierdzenie w Piemoncie uznawane jest przez wielu za modernistyczną herezję.

Temat wyższości smaku lokalnego jeszcze silniej został zaakcentowany podczas drugiej części degustacji, poświęconej winom z apelacji Ruché di Castagnole Monferrato. Wina te są kupażem historycznego szczepu ruché (od 90% wzwyż) i szczepu barbera, lub brachetto (do 10%). Prezenterem podczas tej części był ojciec odnowiciel tego historycznego szczepu w Piemoncie (niestety nazwisko umknęło mi bezpowrotnie), fanatyk smaku lokalnego. Zresztą jak sam stwierdził: można żyć po piemoncku, albo nie żyć wcale.* Ciekawe.

Przechodząc zaś do win, to z czterech: dwa były cienkuszami bez wyrazu, jedno wzbogacone winogronami szczepu brachetto prezentowało oryginalny, lekko różany aromat i broniło się swoją innością, a jedno przeszło przez beczkę, ale niewiele mu to pomogło. Do tego prowadzący przejechał się po nim niemiłosiernie, właśnie za garbniki dębiny, które zaburzyły właściwy charakter. Słowem wzorcowe ruché to wino lekkie, ostre w ustach (kwasowość, goryczka), bez wyraźnych garbników. Kwintesencja smaku typowo lokalnego znaczy się.

vinum_bb_03

Po lokalnej egzotyce nadszedł czas wielkiego finału - ostatniej degustacji festiwalu Vinum 2011. Intrygował już sam tytuł: “Barolo i Barbaresco – konfrontacja roczników ciepłych i chłodnych”. A pojawienie się tajemniczych butelek bez etykiet tylko wzmogło ciekawość uczestników. Ale że notka ta już dość długa jest, to o gwiazdach Piemontu w następnym wpisie o Vinum 2011 opowiem. 

* Przyznaję, przejaskrawiłem dla klarowności przekazu. Bliższe oryginałowi byłoby: “Mieszkając w Piemoncie, nawet nie wiecie jak jesteście szczęśliwi mogąc żyć w tradycyjny sposób, nieśpiesznie uprawiając winorośl, produkując wino, wykopując trufle. Ostatni kryzys finansowy pokazuje ile wart jest międzynarodowy styl życia – nic. Podobnie jak smak międzynarodowy wina. Dlatego, tylko trzymając się korzeni, możemy tworzyć wina wartościowe”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz