czwartek, 14 lipca 2011

Grappa: Czas komety

grappa_muskat

Włączam radio, wchodzę do Internetu, wszędzie mówią o frankokalipsie nadciągającej na grzbietach czterech świnek pędzących ku prosciuttificio*. Dobrze, że telewizora czas już jakiś nie posiadam, bo stereo i w kolorze mógłbym tego widoku nie przeżyć. Ale żarty na bok, dziś będzie poważnie, gdyż w obliczu globalnej degrengolady poczułem potrzebę opowiedzenia pewnej historii. Historii o impakcie (trudne i z błędem słowo) niestety nie globalnym, zaledwie lokalnym. Ale jest w niej i mrożący krew w żyłach początek, romantyczne wręcz zauroczenie, pełna tajemnic noc, a także filozoficzne zakończenie w cieniu tragedii, kiedy rodzi się nadzieja. Zaciekawieni?


Dwa miesiące temu już prawie, kiedy nad Piemontem zapadł zmrok [tutaj zdaje się powinno też być o powolnym otulaniu domostw, wkradaniu się do przedsionków i straszeniu kotów, ale nie będzie] siedziałem ze wzrokiem wbitym w pobojowisko. Przede mną walały się kości, kosteczki, chrząstki, chrząsteczki. Obok cienka warstwa czerwonej krwi plamiła biel, porcelanową bym rzekł, powierzchni. Dokonało się, pomyślałem. Lecz wtedy spoza ciepłej sfery światła, rozedrganej oczywiście, wprost z półmroku zmierzchu pojawił się On – kelner. Co gorsza nie był sam, miał ze sobą deser. Ostatkiem sił zdołałem wyszeptać: “vorrei digestivo” i to mnie uratowało.

[Czas na przerywnik romantyczny.] Rozedrgane, wspomniane wcześniej światło, wzbudzało pełne ciepła refleksy w półtoralitrowej butelce grappy. Całej mojej, półtoralitrowej butelce grappy. W knajpce podana w objętości tożsamej była najlepszą jaką kiedykolwiek piłem, z trudem do kieliszków dwóch ograniczyć się zdołałem. Nabyta zaś za euro dwadzieścia i pięć była przeliczeniowo najtańszą, jaką kiedykolwiek kupiłem. Jak to mówią Wyspiarze - “love was in the air”, czy jakoś tak.

[Koniec przerywnika, zapada noc. Tak oto później będzie ją wspominał nieobecny świadek zdarzenia.]
Reporter [spokojnie]: I wtedy to się stało?
On: Zostawiłem ją w samochodzie, w bagażniku, samą i to stało się wtedy. [Przebitka na oblicze zbolałe numer cztery]
Reporter [napastliwie]: Ale co pan myślał?
On: Nic nie myślałem, nażarty byłem, a wtedy to się stało. [Zbolenie się wykrzywia bardziej.]
Reporter [dociekliwie]: Widział pan to?
On: Nie widziałem, nie słyszałem, poczułem. [Zbolenie się zamyśla, cokolwiek to znaczy.]
Reporter [wiedząco]: To był moment?
On: Jaki moment panie? [Zbolenie znika, pojawia się zniecierpliwienie, też na "z" zresztą.] Litr z zakorkowanego w moment nie wycieknie. Całą noc [pip,pip i pip, emocje znaczy się] ciec musiało. Dobrze, że choć szklaneczka, na łez otarcie została. Ale panie ile ja się na tapicerki czyszczenie wykosztowałem [znów emocje].

[Czas na filozoficzne zakończenie, rodzące nadzieję w cieniu tragedii.] Z pustego to i Salomon nie naleje, natomiast z pełnego nawet jak jest zakorkowane wyciec potrafi. Ale jak poziomo butelka leży, to zawsze trochę zostanie.

[Koniec, kurtyna i oklaski, bądź ich brak]

Szczegóły techniczne i smakowe dla zdeterminowanych. Grappa di Moscato z winogron wybieranych i butelkowanych przez Beccaris Elio w Castigliole d’Asti. Alkoholu procent czterdzieści i dwa. Wzrok: wygląd klarowny, kolor jasnożółty, złotawy. Nos: kandyzowane owoce (morele, pomarańcze, ananasy), aromaty roślinne (trawa) i intensywne kwiatowe (lilie?). Charakterystyczny dla grappy zmywacz do paznokci, tutaj praktycznie niewyczuwalny, dobrze scalony z pozostałą paletą aromatyczną, dopełnia, zaostrza pozostałe aromaty, a nie zastępuje. Alkohol szczypie w nos, odorów wódczanych brak. Usta: od słodkich, syropowych do szczypiących w język wytrawnych. Dobrze wyczuwalny owoc (liczi), metaliczność pod kontrolą (słaba, w tle). Finisz długi, posmak przyjemny, miód i liczi.

Podsumowując. Grappa di Moscato to trunek unikalny jak na grappę. Nieokrzesany co prawda (porównałbym go miejscami do sera pleśniowego, który się albo uwielbia, albo nienawidzi) ale złożony, wieloplanowy i świetnie scalający, tłumiący grapp grzech główny, czyli odór zmywacza do paznokci. Słowem godny polecenia, tylko pamiętajcie że korek przecieka. Gdzie zaś ją kupić? W trzeciej knajpce od góry z notki o piemonckim slowfoodzie.

* czyli fabryce prosciutto. Podobno, kiedy do niej dotrą nie będzie już nic**, a prezydentem niczego zostanie pewien Polak z Podlasia.
** nie żebym to sam wymyślił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz