poniedziałek, 11 lipca 2011

Śliwka wędzona, polska

nalewka_zmudzka

Pogodowa huśtawka za oknem, wczesny marzec późnym czerwcem, tudzież późny październik wczesnym lipcem skłania mnie ostatnio w stronę alkoholi mocniej rozgrzewających. Dokładniej zaś w stronę nalewek, rocznik 2010, przygotowanych przez moją lepszą połowę. Truskawka, czarny bez, jagoda, malina, aronia trochę tego w zakamarkach różnych się przechowuje. A wszystko uczciwie na spirytusie czystym, polskim, z naszych, rodzimych owoców przygotowywane i doskonale doskonałe. Jednak nie o nich dziś będzie, a o nalewce żmudzkiej, której rocznik 2010 mojej lepszej połowie udał się tak nadzwyczajnie, że notki degustacyjnej o nim nie zrobić, zbrodnią by było. Zatem oto i notka jest.


Przechodząc do szczegółów technicznych. Nalewka żmudzka, czyli: spirytus, trochę wody, po łyżce ruty, cukru i soku z cytryny. A wszystko to nic nie warte, jeśli ostatniej ingrediencji nie dodamy, znaczy się śliwek wędzonych. Ale nie tych słodkich, dżemowych wydmuszek zwanych kalifornijskimi, tylko polskich, pachnących drzewem, dymem i smołą, smakujących owocem słodkim i wytrawnym. Z pozoru twardych, ale się w ustach rozpływających. Dobra, starczy, macie pojęcie o jakie śliwki chodzi. Całość woltażem na poziomie uczciwego single malta prosto z beczki, czyli 69,09%. Wzrok: ciemnozłota, gęsta z drobinkami naturalnymi. Filtrować dokładniej można, ale czy trzeba? Nos: zaczyna się od śliwek, dymu i torfu. Dalej morska, słona bryza. W tle słabe nuty apteczne. Słowem, jak dobry single malt, co to w beczce spędził lat naście. Odór alkoholu zaś, pomimo woltażu wręcz zabójczego, dobrze w tło wkomponowany, wódczanego / spirytusowego pazura pozbawiony. Tylko nos lekko szczypie, dając znać, że cienkuszem nalewka żmudzka nie jest. Usta: słodkie na początku, wytrawne w trakcie. Słodycz owocowa, śliwka jakże by inaczej, lekko kwaskowata (śliwka, cytryna). Wytrawność dymna, smolista, “drzewienna”. I znów, choć na zdrowy rozsądek alkohol powinie kubki smakowe spopielić, to gęstość smaku do tego nie dopuszcza. Niejeden single malt uczyć by się mógł. Finisz: bardzo długi, dymny, śliwkowy.

Podsumowując. Bezstronną powyższa degustacja z przyczyn oczywistych być, nie będzie. Ale patrząc w przekroju nalewki żmudzkiej roczników paru, to właśnie rocznik 2010 tak ponad przeciętną się wybijającym znajduję. Sącząc ją leniwie delektuję się przemianą soczystej śliwki, w wędzoną i złożonym dymnym posmakiem. A nuty smoliste, torfowe, “drzewienne” i słonej bryzy dotknięcie nieodmiennie przywołują skojarzenia ze szkockimi single maltami na Islay destylowanymi i starzonymi. Znaczy się wytwórczyni perfekcję osiągnęła.

Jest też jeszcze jeden powód, dlaczego notka niniejsza powstała i o nim teraz słów parę. Otóż, mojej lepszej połowy, nalewka żmudzka rocznik 2010 jest dla mnie kolejnym przykładem na prawdziwość powiedzenia - “cudze chwalicie, swego nie znacie”. Co prawda pozostał jej może literek niecały, zatem o godło “Teraz Polska” tym razem ubiegać się nie będziemy, ale do zwrócenia uwagi na polskie, śliwki wędzone chciałbym was zachęcić. Pojawiają się listopadową porą i raczej na rynkach, ryneczkach, halach targowych ich szukać należy. A jak już znajdziecie, to popróbujcie, te najlepsze wybierzcie (zbyt twarde, zbyt kwaśne to grzechy główne, których wystrzegać się należy) i zróbcie uczciwą* nalewkę żmudzką. Przepis znajdziecie tutaj.

* Producenci “prawdziwych” nalewek według etykiet opartych na staropolskich przepisach, a w praktyce na bezimiennej wódzie i sztucznych aromatach niestety wypaczają słowa “nalewka" znaczenie. I pewnie dlatego naród na potęgę woli spożywać białą, zmrożoną. Bo jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać. Ech, szkoda słów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz