środa, 27 lipca 2011

Truskawkowe pole

truskawki

Mógłbym zacząć recenzję “Nowych Kronik Wina” Marka Bieńczyka od początku, ale nie zacznę. Zacznę od strony 289. Strony, od której zmieniłem nastawienie z “dobrze, ale co z tego?” na “kontynuuj maestro”. Dlaczego? Wszystko przez paralelę, którą w kronice rozpoczynającej się właśnie na stronie 289, znalazłem. Paralelę zawierającą i polskie truskawki, i hiszpańskie truskawy. Paralelę tłumaczącą w punkt dlaczego kontekst jest równie ważny co treść. Paralelę odrzucającą kłamstwo obiektywności, a przyklaskującą prawdzie subiektywności. Będącą tym samym swoistym manifestem autora, tłumaczącym skąd przychodzi, gdzie jest i dokąd zmierza. Rzecz jasna w moim, i tylko w moim być może rozumieniu. Ale w końcu ja tą książkę czytałem, ja ją dla siebie miałem odnaleźć. Co też na stronie 289 zrobiłem.


nowe_kroniki_wina

O ile kroniką ze strony 289 warto czytanie rozpocząć, to zakończyłbym je kroniką przedostatnią. Kroniką metafizyczną i oniryczną. Kroniką, w której wino nie jest podmiotem, ale partnerem. Więcej nawet, wino jest w niej bramą i wyborem, siłą i przekleństwem. A tłem są mroczności piwnic, opętani alchemicy własnych dusz i pytanie czy wybór jest jeszcze nas, czy już za nas wybrano? Lepszej puenty, całość dywagacji winnych kończącej, znaleźć nie sposób.

A co jest pomiędzy, przed i po? Kilkadziesiąt kronik, z lat bodajże dziesięciu zebranych felietonisty Marka Bieńczyka. Momentami jest śmiesznie, momentami poważnie, czasem niepokojąco, czasem zaś intrygująco. Niektóre kroniki zapamiętałem, inne zapominałem już podczas czytania. Nie zmienia to faktu, że całość na plus oceniam, a ewentualne mielizny to bardziej kwestia gustów rozbieżności niż potknięć autora. Bo “Nowe Kroniki Wina” z racji swojej formy, nie są spójnym tekstem, mającym edukować i bawić. Są albumem “The Best Of Vol. 2”, gdzie pojedyncze teksty łączą się w wątki, ale też potrafią sobie wzajemnie przeczyć. Są spojrzeniem za kulisy winnego świata, migawkami pozytywnego paparazzi. Są albumem smaków rzeczywistych i smaków wyśnionych. Są wielośladowym zapisem jak autora spojrzenie na sferę wina i sfery przyległe ewoluowało. Zapisem procesu burzliwego i niejednorodnego, ale tym samym bliskiego każdemu winomaniakowi. A że przy okazji pojawia się parędziesiąt nazw winnic i win, parędziesiąt imion i nazwisk. Są tam z kronikarskiego obowiązku, rzec by można, ubarwiają opowieść, ale bez nich opowieść też by sobie poradziła. Bo nie o technikalia tu chodzi, a o pasję i wino, w dowolnej kolejności, ale nierozłącznie. Chyba że nie.

Podsumowując. “Nowe Kroniki Wina” Marka Bieńczyka to według mnie książka do smakowania, a nie szybkie czytadło. To książka pokazująca jak wiedzę z czasem przekuwa się w zrozumienie. To wreszcie intrygujący, asynchroniczny pamiętnik pewnego winomana, czy też winofioła rzec powinienem. Pamiętnik, którego lekturę polecam. Nawet mając świadomość tego, że na stronie 291, wiersz ósmy, autor użył zwrotu “zakichane sangiovese”. Ale cóż, błądzić jest rzeczą ludzką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz