środa, 14 września 2011

Kostucha i podatki

z-licytacji

Kupowanie wina w Polsce potrafi być frustrującym doświadczeniem. Żeby daleko nie szukać przykładów, dwa na rozgrzewkę. Zacznijmy od ostatniego Winnego Wtorku, rieslinga i wina kupionego przez Jongleura za złotych sześćdziesiąt i trzy. Cóż w kraju pochodzenia riesling ten kosztuje euro sześć, czy siedem. Znaczy się kosztuje mniej niż połowę ceny polskiej. Idźmy dalej. Grouponowe przygody Enomena są równie ciekawe. Trafiło mu się wino wycenione na złotych osiemdziesiąt i sześć w Polsce, a na całe cztery euro i centów trzydzieści dziewięć w Mediolanie. Ale zapłacił przecież mniej, bo zniżka grouponowa była, powiecie. Zgadza się, tylko że już po zniżce, narzutu było procent prawie osiemdziesiąt.

A gdyby tak zamiast narzutu procent stu, czy osiemdziesięciu było rabatu procent sześćdziesiąt weźmy na to? Czyż to by pięknym nie było? Być może, ale na pewno niemożliwym – odrzekłbym jeszcze niedawno. Wręcz gotów byłbym się założyć, że wina w Polsce, taniej niż dajmy na to w Italii kupić, na pewno mi się nie zdarzy. W życiu całym – doprecyzowując. Dobrze, że założyć się okazji nie miałem. Bo niespodzianki się zdarzają i dziś o takiej będzie.


Zaczęło się od emaila od znajomej, kartki zeskanowane trzy w załączniku zawierającego. W treści zaś lakoniczną informację, że dnia tego i tego, w miejscu tym i tym, odbędzie się [TADAM] win włoskich licytacja komornicza [/TADAM]. Zainteresowałem się, w końcu nigdy na licytacji, chociażby komorniczej być mi się nie zdarzyło. Listę win przejrzałem, Internet pomógł, choć nie całkiem. Mimo to zainteresowałem się bardziej. Że w dzień roboczy licytacja, o godzinie przedpołudniowej rozpocząć się miała, urlop wziąłem. I wraz z moją lepszą połową w dniu wyznaczonym, takoż i godzinie, w biurze komornika się stawiliśmy.

Jeśli sobie przestrzenie Sotheby’s, czy innych Christie’s teraz wyobraziliście, to nie. Tu było widać, że się pracuje, a nie fortuny przodków na błyskotki zamienia. Choć, jak już się całą licytującą piątką, czy siódemką rozsiedliśmy, to każdy jakiś kawałek sztuki wręcz na wyciągnięcie ręki miał. Ale przecież nie dla sztuki, tylko dla alkoholu się spotkaliśmy. No nie? Zatem do alkoholu przechodząc.

Wstęp był rozczarowujący, gdyż okazało się, że tylko część win z listy do magazynu komornika trafiła. Reszta niestety została u dłużnika. Jak stali bywalcy, zdaje się, wspominali - lepiej sobie takie fanty odpuścić. Butelka może zostać wypita czy stłuczona, a szkodliwość społeczna czynu niezmiennie znikomą będzie. I tą resztę ostatecznie żeśmy w licytacji odpuścili, wszyscy solidarnie. Skupiliśmy się zaś na flaszkach w magazynie czekających.

Odnośnie nich pytanie innej natury, mnie przed licytacja trapiło. Otóż zastanawiałem się, czy jeśli pozycja flaszek sto dwanaście dajmy na to liczy, to czy wszystkie licytować trzeba? Początkowo komornik tak właśnie zarządził, ale znów stali bywalcy, zdaje sie, żart wytłumaczyli. Przy okazji uwagę zwracając na potencjalny stan wątrób naszych po zakupu takiego konsumpcji. Komornik, ludzki człowiek, z argumentacją się zgodził i na zakupach kartonami stanęło. Licytacja mogła się rozpocząć.

Po ostrym starcie, znaczy się starciu o półtorakilogramowy słoik sałatki futti di mare*, przeszliśmy do olejków, oliw rozmaitych. Później jeszcze likier do ciast był, co się likierem do kieliszka, już po zakupie okazał. Wszystko w cenie złotych pięciu dotychczas, z wyjątkiem sałatki, licytowanej zawzięcie, rzecz jasna. A później zaczęły się wina.

Wybór, koniec końców, może oszałamiający nie był, ale ceny a jakże. Bo czyż można narzekać kiedy wina trzecia część swojej ceny włoskiej kosztują? Konkretniej zaś. Chianti 2009 – poniżej dychy, chianti superiore – złotych jedenaście z groszami. Supertoskan – złotych dwadzieścia. Białe, w beczce starzone, znad jeziora Garda – złotych dwadzieścia z groszami. A prosecco superiore – całe piętnaście złotych. Choć to ostatnie przyznam sie dobrze ukrytym było, gdyż na liście widniało jako “wino czerwone CANELLO”. I koniec, końców tak na dobicie rachunku, podobnie jak pozostali je kupiłem. Cóż mogę powiedzieć, przy odbiorze zadowolenie z zakupu jeszcze wzrosło.

A kiedy pisząc tą notkę, sączę sobie aukcyjne Cerretello leniwie, dociera do mnie że coś jest na rzeczy z tą Kostuchą i podatkami. Choć nad podatkami, może da się jeszcze popracować.

*oprócz win parę drobiazgów innych także się trafiło

1 komentarz:

Prześlij komentarz