sobota, 8 października 2011

Wino: Kwestia owocu

barolo-principiano

Choć wino napojem z owoców powstającym jest, to owoc w winie zgoła skrajne emocje wzbudza. Wyznawcy imć Parkera żądają, by swą intensywnością nawet osobników zakatarzonych uwodził. By temu sprostać, niektórzy winiarze zamieniają swoje winnice w alchemiczne laboratoria. “Prawdziwi” winomaniacy postrzegają zaś owocowość win, niczym znak degeneracji, degrengolady i ideałów defraudacji. Jak znacie jeszcze inne demaskujące i degradujące słowa na literę “d” to możecie je swobodnie do zdania poprzedniego dorzucić. Słowem, sposobem typowym dla przesyconego informacją świata, się po bandzie jedzie. Inaczej nawet pies z kulawą nogą się nie zainteresuje.

Szczęśliwie, istnieją winnice bez stron internetowych, bezczelnie przeczące powiedzeniu: “czego w Internecie nie znajdziemy, to nie istnieje”. Są to często miejsca, gdzie blichtr i sława tego świata mają znaczenie drugorzędne. Tam fizjonomia pana Parkera nie jest treścią nocnych koszmarów. Tam też aktów strzelistych się nie dokonuje, nie odżegnuje się od immanentnej* cechy wina, owocu znaczy się. Tam się po prostu robi swoje, od pokoleń. A jak komuś to nie pasuje, to jego problem. Nieprawdaż?

I dziś właśnie o winie z miejsca takiego będzie.


Przechodząc do szczegółów technicznych. Barolo, rocznik 2003 od Principiano Giuseppe e Francesco. Alkoholu 14,5%, ale usprawiedliwione, gdyż rocznik 2003 ciepłym był, bardzo. Winnica mała (8 hektarów), rodzinna, trzecie pokolenie obecnie. Starzenie w stylu tradycyjnym, czyli dwa lata w dużych kadziach (2500l) ze slawońskiego dębu. Następnie po sześć miesięcy w stalowych zbiornikach i butelkach, kolejno. Jak wspomniałem strony internetowej brak, tłumu Amerykanów wykupujących produkcję na pniu także. Zatem cena przyjazna kieszeni – 16€. Wzrok: krystaliczna wiśniowa czerwień, z ceglastymi refleksami. Kolor równomierny i intensywny. Nic dodać, nic ująć. Nos: aromat dobrze wyczuwalny, złożony. Fiołki, wiśnie i anyż, czyli kwiatowo, owocowo i korzennie. Do tego równie ciekawy bukiet, gdzie dębowa wanilia uzupełnia nuty ziemiste. Odorów i innych alkoholowych przykrości nie stwierdzono. Suma summarum do ideału nebbiolo, w wersji barolo, tylko legendarnej smoły brakuje. Reszta jest i nos cieszy. Usta: może łatwo nie jest, ale niezapomniane wrażenia gwarantuję. Pierwszy plan to długie, przejmujące garbniki winogron, plus kwaskowatość. Jak już się kubki smakowe dostosują, to znajdujemy owoc. Kwartami. Pierwsza kwaskowatością, średnia plus, stoi i mignięciem goryczki, niska. W drugiej rozkręcają się garbniki winogron - wysokie minus, dębiny – średnie, a pod koniec jest i owoc – średni minus. Kwaskowatość powoli słabnie. Trzecia to kolejno względem natężenia garbniki winogron (ś+), dębiny (ś) i kwaskowatość (ś-), na końcu zaś owoc (n+). Czwarta podobnie, tylko o pół tonu słabiej, a później jeszcze kwart parę. Finisz zatem długi, bezsprzecznie. Posmak mineralny, dotyk szorstki. Punktacja, wykresy – tutaj.

Podsumowując. Barolo od Principiano Giuseppe e Francesco konkursu żadnego zapewne nie wygra. Ani nie jest perfumowanym potworem z wtopionymi garbnikami, odkrywającym apelację Barolo dla mas. Nie jest też anarchistą, porażającym swoją szorstką, bezowocową, do głębi mineralną naturą, godnym miejsca obok rybich szkieletów “smażonych” w ciekłym azocie. Jest tylko, choć dla mnie aż, uczciwie zrobionym barolo, za uczciwe pieniądze. W wyglądzie i zapachu wręcz wzorcowym, w smaku wymagającym, nagradzającym cierpliwych. Do finiszu, zbyt mineralnego, bym się mógł przyczepić, lecz włosa na czworo dzielić nie będę. Mówiąc krótko, polecam, bez zastrzeżeń.

Jak podawać?
Przed podaniem bardzo istotne jest danie winu barolo czasu na odetchnięcie, rozprostowanie aromatów, przyczesanie garbników. Otworzenie butelki rano, aby ją podać wieczorem wcale nie będzie przesadą. Jeśli przelejemy wino do karafki, dekantując je przy okazji, będzie idealnie. Podajemy zaś w temperaturze pokojowej, znaczy 19-20 ºC, w pękatych kieliszkach do czerwonego wina. Im bardziej pękata i większa czasza tym lepiej.

Kiedy i do czego podawać?
Zacznę nietypowo. Jeśli wcześniej barolo nie piliście, tudzież wasi goście tego wina gatunku nie znają, rozpocznijcie od kieliszka innego włoskiego wina czerwonego, wytrawnego. Może być dolcetto, gropello, nawet sangiovese. Dlaczego? Otóż warto przytępić nieco kubki smakowe, przed pierwszym kontaktem z wszechogarniającymi garbnikami barolo. Z czasem zaczniecie czerpać z tego przyjemność, jednak początki mogą być trudne. Ostrzegałem, jakby co.

Co do potraw zaś, krwiście, soczyście, mięśnie. Albo medytacyjnie z dobrym prosciutto na melonie, wieczorem. Dla prawdziwych twardzieli zaś sauté. Zobaczycie, że piri-piri są przereklamowane.

*typowej znaczy się. Przepraszam za dziwne słowo, ale czasem po prostu takie sobie wrzucić muszę, bo inaczej się uduszę. Cytując klasyka rzecz jasna. To znaczy nie uduszę się cytując klasyka, tylko… Może tu skończę, wiecie o co chodzi. Tudzież nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz