wtorek, 6 grudnia 2011

Winne Wtorki: Licząc na cud

amalaya_wino

Dziś będzie winno-wtorkowo, przynajmniej na początku. Tematem malbec, w dowolnym wydaniu. Jest pretekst, by malbeka z Argentyny otworzyć, bodajże rok w chłodziarce leżakującego. A jak już z malbekiem wspomnianym się uporam, to napiszę o urządzeniu, na zdjęciu powyższym widocznym, aeratorem zwanym*.

Zacznijmy od wina. Amalaya, Argentyna, produkowana przez rodzinę Hess, której hasło to “Terroir Wines Crafted On 4 Continents”, czyli w wolnym tłumaczeniu “Regionalne Wina z 4 Kontynentów”. Rocznik 2009, alkoholu 14%, sporo. Kupaż szczepów: malbec (75%), syrah (10%), cabernet sauvignon (10%) i tannat (5%). Wzrok: klarowne i błyszczące, o równomiernym, rubinowym kolorze. Nos: marketowa truskawka, zioła, medycyna. Na deser alkohol, tnący nos niczym przecinak. Usta: kwaskowate z goryczką, truskawkowe. Kwartami: pierwsza kwaskowata i gorzka (średnie plus), druga już garbnikowa, dąb niski minus, winogrono niskie i owocowa, średnia truskawka. W trzeciej podobnie, na przełomie trzeciej i czwartej zjazd do bazy. Finisz zatem krótki, posmak pieprzowy (alkoholowy?), w dotyku gąbczaste.

Podsumowując. Według kontretykiety amalaya oznacza “licząc na cud”. Tym razem cud się nie zdarzył. Wino marketowe, szkoda kasy i kubków smakowych. Dzień, dwa po otwarciu robi się bardziej strawne, ale wtedy jest już za późno. W końcu to wino klasy “tu i teraz do obiadu”, a nie za dzień, dwa może trzy. Punktacja z wykresami – tutaj. Wino sprawiło zawód, przejdę do aeratora, wyżej wspomnianego, może tu będzie lepiej?


aerator_vinturi

Na wstępie wyjaśniam, o co właściwie chodzi. Otóż pewien kapitalista cierpiał na chroniczny brak czasu. Tym samym nie mógł wina należycie zdekantować, nie mógł winu dać solidnie odetchnąć. Dygresja, wręcz czuję jego ból, kiedy musiał te niewywietrzone należycie z wanilii i innych pochodnych dębiny wina, pić jedno po drugim. Ale, że był obywatelem Stanów Zjednoczonych Ameryki, zatem wziął sprawy w swoje ręce. I w trudzie, znoju, wypijając niejedno wino, pracował. Skazany na sukces był i sukces osiągnął. Przynajmniej w mniemaniu swoim. Opakował rzecz gustownie, opatentował zapewne i sprzedaje. A ja dostałem ją w prezencie, od rodziny, nie od producenta wyjaśniam. Zatem czas zobaczyć jak teoria sprawdza sie w praktyce?

Według ulotki wystarczy wino przez aerator przelać, jak na zdjęciu powyżej, a następnie cieszyć się pełnią palety zapachowej i smakowej. Bez karafek, bez otwierania na dwie godziny przed, bez dekantowania nad żarówką. Tak też zrobiłem, najpierw z Amalayą, ocenioną powyżej. Szczegóły i wnioski? Proszę bardzo.

Amalayę otworzyłem tuż przed, celowo. Przygotowałem dwa kieliszki, jeden napełniłem z butelki wprost, drugi natomiast przy użyciu aeratora. Wprost z butelki wino przypominało kiepską nalewkę truskawkową, alkohol blokował nozdrza, a smak miał problem z dotarciem do trzeciej kwarty. Natomiast wino przelane przez aerator rozbudowało się w zapachu, do truskawki dołączyły zioła i nuty medyczne, alkohol zaś zszedł na drugi plan. Także smak ożył i wytrwał aż do przełomu kwart trzeciej i czwartej. Zatem różnicę da się zauważyć, pierwszy plus jest.

W notki ciągach dalszych, które nastąpią wraz z kolejnymi winami przelanymi przez aerator, eksperyment będę kontynuował. Interesujące, z mojego punktu widzenia, będzie jak na aerator reagują różne dębowe i waniliowe potwory. Przeleje sie, wypije się, zobaczy się i napisze się. Jak powiedziałem, ciąg dalszy nastąpi, niechybnie.

barolo

(8 stycznia 2012r.) Kolejne wina zdają się potwierdzać skuteczność areatora. Przykładowo zacne Barolo La Foia z 2001 roku. Z uwagi na szczególne okoliczności przyrody, pierwszy kieliszek piłem już trzy kwadranse po odkorkowaniu, ostatni prawie pięć godzin później. Wnioski? Napowietrzenie aeratorem na tyle dobrze otworzyło aromat i bukiet przy pierwszym kieliszku, że różnica z ostatnim była praktycznie pomijalna. Zatem już od samego początku mogłem się delektować wielowarstwowością aromatu (owoc i kwiaty), bukietu (atrament i smoła) i smaku (zgrabne, długie garbniki).


Inny przykład. Australijski cabernet sauvignon z 2004. Trzasnęła zakrętka, wino zafurkotało w aeratorze i do kieliszka. Aromat był, bukiet były, poszczególne warstwy zapachowe i smakowe dało się rozróżnić bez problemu. Dnia następnego, już bez aeratora, było podobnie. Co mógłbym powtórzyć w odniesieniu do jeszcze win kilku(nastu). Zatem według mnie aerator ma sens. Ostatnie pytanie, na razie bez odpowiedzi, to jak aerator poradzi sobie z waniliowym potworkiem? Jak trafię na takowego, notkę tą o wrażenia uzupełnię.

A na inne malbeki, być może bardziej udane, zapraszam do pozostałych Winnych Wtorkowiczów. Linki poniżej.

ww Malbec u pozostałych:

WINniczek
Uncle Matt in Travel
Sstarwines (1)
Sstarwines (2)
Czerwone czy Białe?
Winne Przygody
Białe nad Czerwonym

* czyli napowietrzaczem, mówiąc krótko.

1 komentarz:

Białe nad czerwonym pisze...

W domu takiego napowietrzacza nie mam, ale sporo razy korzystałem i z reguły byłem zadowolony. To tak trochę wyprzedzając Twoje kolejne eksperymenty.
Pzdr

Prześlij komentarz