środa, 27 lipca 2011

Truskawkowe pole

truskawki

Mógłbym zacząć recenzję “Nowych Kronik Wina” Marka Bieńczyka od początku, ale nie zacznę. Zacznę od strony 289. Strony, od której zmieniłem nastawienie z “dobrze, ale co z tego?” na “kontynuuj maestro”. Dlaczego? Wszystko przez paralelę, którą w kronice rozpoczynającej się właśnie na stronie 289, znalazłem. Paralelę zawierającą i polskie truskawki, i hiszpańskie truskawy. Paralelę tłumaczącą w punkt dlaczego kontekst jest równie ważny co treść. Paralelę odrzucającą kłamstwo obiektywności, a przyklaskującą prawdzie subiektywności. Będącą tym samym swoistym manifestem autora, tłumaczącym skąd przychodzi, gdzie jest i dokąd zmierza. Rzecz jasna w moim, i tylko w moim być może rozumieniu. Ale w końcu ja tą książkę czytałem, ja ją dla siebie miałem odnaleźć. Co też na stronie 289 zrobiłem.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Wino: Lampa Aladyna

waterstoneSyrah

Wyprawy w nieznane bywają kształcące, jakby ktoś potrzebował, ale lubię po nich wrócić do domu, znaczy się do szczepów winnych znanych mi dobrze i lubianych przeze mnie bardzo. Są takie trzy i zbiegiem okoliczności wszystkie trzy zaczynają się na literę “s”. S jak sangiovese, s jak syrah (shiraz) i s jak sauvignon blanc. Próbował niegdyś dołączyć cabernet sauvignon, ale próżny trud, kiedy nazwa zaczyna się na c. Jest za to nadzieja dla pinot noir, od czasu kiedy odkryłem iż nasi germańscy sąsiedzi zwą go spätburgunderem.

Żarty, żartami teraz będzie poważniej, znacznie poważniej. Otóż do listy szczepów lubianych uwagi nie przywiązywałem za bardzo, aż do lektury “Nowych Kronik Wina” Marka Bieńczyka. Ale po ich lekturze już wiem skąd u mnie podświadoma pogarda dla merlota i chardonnay*, po prostu jestem prawdziwym winomaniakiem. Kwestię, że prawdziwy winomaniak to burgunda, bordeaux** i chablis*** hołubi pozwolę sobie pominąć. Mój blog, mój wycinek świata.

wtorek, 19 lipca 2011

Winne wtorki: Upadek sklepu z winem

beaujolais

W zeszłym roku poświęciłem notkę zjawisku zwanemu beaujolais nouveau, czyli młodemu cienkuszowi z południowej Burgundii. Rozpatrywałem to wtedy w kategoriach warto wydać parę złociszy, czy nie warto? Da się wypić, czy się nie da? Jak się okazuje pominąłem w tamtej notce temat najważniejszy - wpływu marketingowej ekstrawagancji zwanej beaujolais nouveau na postrzeganie całego regionu Beaujolais. I to wpływu, nie na nas, zwykłych winopijców, lecz wpływu na ludzi wino sprzedających. Dziś, korzystając z okazji, że w ramach Winnych Wtorków oceniamy wina z Beaujolais, to poważne przeoczenie naprawię.

czwartek, 14 lipca 2011

Grappa: Czas komety

grappa_muskat

Włączam radio, wchodzę do Internetu, wszędzie mówią o frankokalipsie nadciągającej na grzbietach czterech świnek pędzących ku prosciuttificio*. Dobrze, że telewizora czas już jakiś nie posiadam, bo stereo i w kolorze mógłbym tego widoku nie przeżyć. Ale żarty na bok, dziś będzie poważnie, gdyż w obliczu globalnej degrengolady poczułem potrzebę opowiedzenia pewnej historii. Historii o impakcie (trudne i z błędem słowo) niestety nie globalnym, zaledwie lokalnym. Ale jest w niej i mrożący krew w żyłach początek, romantyczne wręcz zauroczenie, pełna tajemnic noc, a także filozoficzne zakończenie w cieniu tragedii, kiedy rodzi się nadzieja. Zaciekawieni?

poniedziałek, 11 lipca 2011

Śliwka wędzona, polska

nalewka_zmudzka

Pogodowa huśtawka za oknem, wczesny marzec późnym czerwcem, tudzież późny październik wczesnym lipcem skłania mnie ostatnio w stronę alkoholi mocniej rozgrzewających. Dokładniej zaś w stronę nalewek, rocznik 2010, przygotowanych przez moją lepszą połowę. Truskawka, czarny bez, jagoda, malina, aronia trochę tego w zakamarkach różnych się przechowuje. A wszystko uczciwie na spirytusie czystym, polskim, z naszych, rodzimych owoców przygotowywane i doskonale doskonałe. Jednak nie o nich dziś będzie, a o nalewce żmudzkiej, której rocznik 2010 mojej lepszej połowie udał się tak nadzwyczajnie, że notki degustacyjnej o nim nie zrobić, zbrodnią by było. Zatem oto i notka jest.

wtorek, 5 lipca 2011

Winne wtorki: Zielono mi

gruner-veltliner

Tytułem wstępu – “Winne wtorki” zmieniły formułę, to się przyłączam.

Temat na ten wtorek: wino ze szczepu Grüner Veltliner, do złotych sześćdziesięciu. Nie słyszeliście o takowym wcześniej? Cóż, okazuje się, że to najpopularniejszy, wręcz flagowy szczep austriacki. Przytaczając “Leksykon Daumonta: Wina” Christiny Fischer wina z tego szczepu są wytrawne, lekko pieprzowe o pikantnym posmaku i powinno się je pić w przeciągu dwóch, trzech lat po zabutelkowaniu. Znaczy zapowiada się ciekawie, tylko najpierw trzeba tego zielonego Weltlusia mieć.

Poszukiwania zacząłem od własnych zapasów, gdyż mi się kołatało w głowie, że próbując wina oferowane przez Becksteiner Winzer eG takowe też się tam przewinęło. Widać jednak niemiecki Grüner Veltliner wrażenia na mnie nie zrobił, bo go w piwniczce nie znalazłem. Trzeba się zatem było udać do sklepu. Poszedłem do osiedlowej Almy. Wiem, wiem, pisałem kiedyś że drogo, ale bardziej cesarsko-królewskich delikatesów na Pomorzu nie ma. Chciałem też przy okazji przetestować wirtualnego doradcę na stoisku z alkoholami. Za bardzo nie przetestowałem, bo trzy kliknięcia uświadomiły mi, że Grüner Veltlinera w Almie nie dostanę. Choć przynajmniej nie zmarnowałem godziny na regałów przetrząsaniu.

Wybór numer dwa – Makro Cash and Carry, pamiętałem że na winach regał zatytułowany “Austria” widziałem. I nie zawiodłem się, jak zwykle zresztą, był i regał, i Weltuś. Jeden jedyny co prawda, z napisem “prestige” na etykiecie co z automatu czyni mnie podejrzliwym, ale w rozsądnej cenie i z białoczerwoną pieczęcią austriackiej kontroli państwowej. Zatem uległem, z półki zdjąłem i do kasy poszedłem. A teraz chwila prawdy nastąpi.