sobota, 31 grudnia 2011

Wino: Siarczysta gorączka Sylwestra

monte_saline

Co roku jest ta jedna noc w roku, kiedy wino i bąbelki pasują najbardziej. I co roku jest okazja do napisania notki o winie i bąbelkach. Choć w tym roku, będzie także co nie co dla niebąbelkowych czytelników. Ale o tym pod koniec. Zacznę zaś od, niespodzianka, wina i bąbelków. Dokładniej zaś, sugestii jak do win z bąbelkami podejść, by miłe wspomnienia zachować. Bo zdradliwa to materia jest.

Na początek zajmę się końcem, czyli porankiem po, kiedy to nos i kubki smakowe zamknięte są na głucho, a w głowie nadal wybrzmiewają fajerwerki, tylko jakby głośniej niż nocą. Zatem aromat nas nie obchodzi, smak nas nie obchodzi, ale wzrok z chęcią byśmy na czymś pięknym zawiesili. Może na frapującym swym kolorem Bardolino Chiaretto Spumante? Ot choćby takim od producenta Monte Saline, wytwarzanego metodą szampańską. Ostatnio była okazja, by właśnie taką butelkę znad Gardy przywiezioną otworzyć. Co prawda butelkowaną w roku 2009, zatem już nieco leciwą, ale radę dała. Aromat i smak można pominąć, czyste i delikatne, wszystko. Za to kolor poezja, między apetycznym różem, a równie apetycznym łososiem bałtyckim. Wraz ze sznurami delikatnych bąbelków tworzyło to w kieliszku widowisko do zapamiętania, na dłużej.

sobota, 24 grudnia 2011

Bez Alkoholu: Wino, czy sok?

carl_jung_merlot

Wigilia i przedostatnia notka w roku 2011*. A ponieważ Wigilia zawsze u nas bezalkoholowa**, zatem będzie dziś o winie bezalkoholowym. Dostałem je od dystrybutora prawie dwa miesiące temu, oceniłem niedługo później, ale widać temat swoje musiał odleżeć. Dziś czas nadrobić tą zaległość.

wtorek, 13 grudnia 2011

Słowenia: Artyści i potwory

blazic

Była Chorwacja, była Rumunia, czas na Słowenię. Na zaproszenie organizatora, Tratoria – DOM PRzyjaciół Wina, uczestniczyłem pod koniec listopada w przekrojowej degustacji, win słoweńskich właśnie. Było win sto kilkanaście od dwudziestu pięciu producentów, spróbowałem win prawie osiemdziesiąt od producentów dwudziestu. I o własnych siłach do busa na Gdańsk dotarłem, zatem umiar zachowany został. A wrażenia?

Zacznę od ogólnych. Terytorialnie Słowenia to tereny wyżynne, tereny górskie, tereny nadmorskie i wręcz morskie, bo jak inaczej nazwać winnicę z trzech stron otoczoną wodami Adriatyku. Szczepowo zaś, mamy szczepy międzynarodowe, regionalne i autochtoniczne. Międzynarodówka w białych to głównie: chardonnay, robione na świeżo, tudzież po francusku, sauvignon blanc w stylu piernym, nowozelandzkim, rieslingi mineralne, owocowe i te z pól naftowych, a także muskaty nie tylko słodkie, ale i wytrawne. Natomiast w czerwonych internacjonałach przeważają merlot i cabernet sauvignon w wersjach świeżych, soczystych lub zdębiałych, waniliowych.

Przechodząc do szczepów regionalnych, najbardziej rozpoznawalny zapewne to malwazja w Słowenii malvaziją zwana. Oprócz tego z białych rebula, zbratana z ribollą giallą włoską blisko. Z czerwonych zaś teran i refošk, oba z włoskim refosco powinowate. Jednak słowom jednego z winiarzy zawierzając teran to dandysowate włoskie refosco*, zaś refošk to słoweński, charakterny, jedyny. Autochtonów natomiast namierzyłem wyłącznie białych, pinelę i zelena z zielonością kojarzącego się prawidłowo. Zatem do wyboru i koloru. Terytorialnie kraj skromny, ofertą szczepów wielki. Czy również różnorodnością aromatów i smaków?

I tak, i nie. Wśród win prezentowanych, różnorodność i wierność winogronu była cechą dominującą u win świeżych, niebeczkowanych. Tu dygresja krótka. Najbardziej ze szczepów wszystkich aromat rebuli mi w pamięci utkwił, farbki plakatowe z lat młodzieńczych przypominający. Zaś brak różnorodności i wierności winogronu był cechą dominującą wśród win beczkowanych, niestety. Choć winiarze, jeden przez drugiego, zapewniali w rozmowach, że beczki używane po wielokroć, że dębina ma uzupełniać nie dominować, że robić chcą wina słoweńskie nie internacjonalne, to rzeczywistość skrzeczała. W przypadków większości znakomitej. Może dlatego, że nie odetchnęły, że z butelek nie karafek serwowane były. Nieważne, nie mój problem brutalnie mówiąc. Spośród win beczkowanych, osiem na dziesięć waniliowymi potworami było. Smutne acz prawdziwe. Zatem uogólniając, jeśli wino słoweńskie to raczej ze stali, niż z dębu.

Uwag ogólnych wystarczy, czas skupić się na producentach. Zacznę od trójki, która mi w pamięci zapadła najmocniej, czyli arystokraty, technokraty i artysty ludowego. Następnie zaś w streszczeniu pozostałych omówię.

wtorek, 6 grudnia 2011

Winne Wtorki: Licząc na cud

amalaya_wino

Dziś będzie winno-wtorkowo, przynajmniej na początku. Tematem malbec, w dowolnym wydaniu. Jest pretekst, by malbeka z Argentyny otworzyć, bodajże rok w chłodziarce leżakującego. A jak już z malbekiem wspomnianym się uporam, to napiszę o urządzeniu, na zdjęciu powyższym widocznym, aeratorem zwanym*.

Zacznijmy od wina. Amalaya, Argentyna, produkowana przez rodzinę Hess, której hasło to “Terroir Wines Crafted On 4 Continents”, czyli w wolnym tłumaczeniu “Regionalne Wina z 4 Kontynentów”. Rocznik 2009, alkoholu 14%, sporo. Kupaż szczepów: malbec (75%), syrah (10%), cabernet sauvignon (10%) i tannat (5%). Wzrok: klarowne i błyszczące, o równomiernym, rubinowym kolorze. Nos: marketowa truskawka, zioła, medycyna. Na deser alkohol, tnący nos niczym przecinak. Usta: kwaskowate z goryczką, truskawkowe. Kwartami: pierwsza kwaskowata i gorzka (średnie plus), druga już garbnikowa, dąb niski minus, winogrono niskie i owocowa, średnia truskawka. W trzeciej podobnie, na przełomie trzeciej i czwartej zjazd do bazy. Finisz zatem krótki, posmak pieprzowy (alkoholowy?), w dotyku gąbczaste.

Podsumowując. Według kontretykiety amalaya oznacza “licząc na cud”. Tym razem cud się nie zdarzył. Wino marketowe, szkoda kasy i kubków smakowych. Dzień, dwa po otwarciu robi się bardziej strawne, ale wtedy jest już za późno. W końcu to wino klasy “tu i teraz do obiadu”, a nie za dzień, dwa może trzy. Punktacja z wykresami – tutaj. Wino sprawiło zawód, przejdę do aeratora, wyżej wspomnianego, może tu będzie lepiej?

piątek, 2 grudnia 2011

Rumunia: Vagabontu nonstop

rumunia

Wbrew pozorom nie będzie to notka turystyczna, ale notka o winach, winach rumuńskich dokładniej. Jednak zacznę od, reminiscencji krótkiej, swojego pobytu w Rumunii. Po prostu mnie na wspomnienia naszło, kiedy karton z flaszkami sześcioma, od firmy Tohani Polska otrzymany, otworzyłem.

Rumunię odwiedziłem lat temu sześć prawie, kiedy my już byliśmy w Unii, a oni jeszcze nie. Wybraliśmy się wtedy z moją lepszą połową nad Morze Czarne i z powrotem przez Transylwanię. Urzekły nas czarnomorskie plaże, transylwańska zieleń i monumentalne Karpaty. Zaskoczyła “fantazja” kierowców, z czasem przyprawiająca o tik nerwowy przed każdym zakrętem. Rumunię zapamiętałem jako kraj na dorobku, mający sporo turyście do zaoferowania i turyście przyjazny, z wyjątkiem kierowców rzecz jasna. I tylko z napiciem się wina kłopot był. Nie, że win rumuńskich w sklepach nie było, były. Niestety stały sobie na półkach w temperaturze stopni czterdziestu, gdyż do zewnętrznych trzydziestu swoje dokładały lodówki, którym ledwo udawało się piwo w temperaturze pokojowej utrzymać. Dopiero w Transylwanii warunki stały się bardziej sprzyjające i flaszkę, czy dwie obaliliśmy. Nawet chyba jakąś butelkę do domu przywieźliśmy, ale wspomnień te wina nie pozostawiły.

Zatem o ile słowo Rumunia wspomnienia konkretne i miłe u mnie budzi, o tyle wina rumuńskie w pustkę trafiają. A przynajmniej trafiały czas jakiś temu. Gdyż jak na wstępie wspomniałem, otrzymanych flaszek sześć właśnie z Rumunii pochodzi. Teraz już o winach tych będzie.