niedziela, 25 marca 2012

Miejscówki siedzące, miejscówki stojące

rowery

Jest lista restauracji pięćdziesięciu na świecie najlepszych*. Jest miasto Kopenhaga, stołeczne i wietrzne. Jest restauracja Noma na miasta tego brzegu drugim, w okolicy niepozornej i budynku również. Zaczynamy.

Miejsce pierwsze listy wspomnianej dzierżąc, restauracja Noma uwagę koleżanki przyciągnęła. Był listopad roku dwa tysiące i jedenastego, znaczy się czas najwyższy rezerwacji roku następnego terminów lutowych. Zebrała nas osób naście, staff roomu rezerwację zrobiła, poszło. Plan ostateczny się wykrystalizował, piątek Noma – coś dla żołądka, sobota Traviata – coś dla ducha.


Grudzień i styczeń przeminęły, lutego trzy tygodnie też, czas było ruszać. Budzik miał 3:30 zadzwonić, oczy 3:15 otworzyłem, budzik zabiłem. Wstać mieliśmy 3:30, wstaliśmy 4:02. Autobus na lotnisko 4:22 mieliśmy, autobusem tymże pojechaliśmy. Następnie tanie linie do lotniska Malmö, autobus do centrum Malmö, pociąg do centrum Kopenhagi. Ten ostatni przez most nad Sundem sławetny. Przy stu kilkudziesięciu kilometrach na godzinę, jazdę dolnym mostu poziomem, całość sprowadza się do migających filarów i średnio wielkiego błękitu wokół. Koniec, końców porą przedpołudniową do hostelu Generator**, tuż przy centrum zawitaliśmy.

Było południe, do wieczora szmat czasu, wiało niemiłosiernie, zatem poszukaliśmy baru. Stanęło na Palæ Bar (Ny adelgade 5). Weszliśmy jako pierwsi goście, dobrze bo stolików wkrótce zabrakło, piwo zamówiliśmy i po kanapki na zaplecze pójść trzeba było.

kanapka-z-tatarem

Kanapki jak na zdjęciu powyżej, smakowite i przeróżne. Na koniec po stopce akvavitu, dla rachunku złagodzenia i dzień za rozpoczęty uznać można było. Dzień, który szybko zleciał do wieczora, kiedy to pod niepozornymi drzwiami restauracji Noma stanęliśmy. Powitano nas po królewsku, cały personel w pas się kłaniał, poprowadzono do staff roomu. A że w nim, a nie na sali głównej jeść mieliśmy, to cała kuchnia osobna na nasze potrzeby pracowała. Przez co po wyjściu do łącznika między kuchnią, a staff roomem biegłość kucharzy obserwować przez szklaną ścianę mogliśmy. Przechodząc zaś do meritum, czyli jedzenia.

piwo

Narrację notki zmienię, gdyż więcej obrazy niż słowa przemawiać będą. Tak też tą kolację zapamiętałem, bardziej serią ujęć, niż barokowych opisów. Zacznę od napitków. Wybrałem piwo, zakładając że do skandynawskich potraw prostoty pasuje, jednocześnie neutralnym smakowo będąc. Względem wina przynajmniej. Po fakcie słuszność wyboru podtrzymuję. A piwo samo też ciekawe było, gdyż zamiast wody na soku z brzóz robione. Różnicy w smaku wyłapać się nie dało, ale pomysł na restaurację widać. Zwyczajną niezwyczajność, tudzież odwrotnie.

przystawka-01

Przystawka pierwsza stała w wazonach, przed nami. Podpowiadam, gałęzie brązowe jadalnymi były, zielone nie za bardzo.

przystawka-02

Trzymając sie tematów roślinnych, chrobotek reniferowy na stole się pojawił. Mniam. A że światło przytłumione było, przystawki jedna za drugą pędziły, zatem czasem aparat z ostrością się mijał.

przystawka-03

Zielenina, zieleniną, a gdzie mięso? Pierwsze zjedliśmy w postaci prażynek ze skórki świńskiej z czarną porzeczką.

przystawka-04

Przerywnik ziołowy dla odmiany.

przystawka-05

Ciasteczka serowe.

przystawka-06

I szyneczka.

przystawka-07

Wracamy do warzyw. Tak wyglądają marchewki po godzinach pięciu na grillu. Podane na popiele, maczane w wyśmienitym zielonym sosie. Sos ten zmiksowanym szczawiem okazał się być, przy bliższej inspekcji.

przystawka-08

Zdrowe co nieco dla mięsożerców, czyli skóra z kurczaka z groszkiem i ryżem. Prawie danie obiadowe.

przystawka-09

Rybka nabita w pączek, z piklowanym ogórkiem. Dobre to było. Zaś oprócz powyższych przystawek, wspomnieć o marchewkach w jadalnej ziemi wypada i wędzonych jajkach przepiórczych. Ziemia jak czarnoziem wyglądająca i podobnie wilgotna, sprytną mieszanką mąki, karmelu itd. była. Natomiast uwędzone jajka płynne żółtko zachowały. Mniam po raz kolejny.

chleb

Po przystawkach trzynastu pojawił się akcent rodzimy, chleb ze smalcem.

danie-01

I do dań głównych przeszliśmy, zaczynając od kalmara odpowiednio zamrożonego i rozmrożonego.

danie-02

Poprzez czipsy z przegrzebków przechodząc.

danie-03

Kalafior długo gotowany, bardzo długo.

danie-04

Oczywistą pieczoną cebulę, z nieoczywistym sosem agrestowym.

danie-05

Seler na sosie truflowym. Trufle także skandynawskie, z wyspy Olandia pochodzą.

danie-06

Piklowane warzywa pod italiańskie makaroni się podszywające. Ze szpikiem kostnym tu i ówdzie do smaku.

danie-07

Na znanej i lubianej wieprzowinie kończąc, z buraczkami i jabłkami.

trunki

Po daniach ośmiu, przed deserem, wycieczkę po kuchni i okolicach mieliśmy. Tutaj dwa elementy zaakcentować warto. Pierwszy, wino duńskie, białe z 2,9 hektarów tegoż mało winu przyjaznego półwyspu robione. Spróbować chciałem, ale cena mnie powaliła. Na miejscu złotych trzysta pięćdziesiąt ponad, na wynos dwieście pięćdziesiąt prawie. Okazało się, że moja ciekawość ma swoje granice.

ziola

Drugi zaś, to psychodeliczny iście widok powyższy. Nie jest to plantacja konopi bynajmniej, ale ziół innych, legalnych i jadalnych, które na obrazkach wcześniejszych w obfitości występowały. Podobno ultrafioletowe światło pozytywnie wpływa na nie. Czy już wspominałem o niezwyczajnej zwyczajności, dopracowanej do perfekcji?

deser-01

Wracając do jedzenia, desery dwa. Pierwszy lodowy, gorzkawy, kontrowersyjny.

deser-02

Drugi orzechowy, śmietankowy z jagodami. Mniam.

czekoladki

A przy okolicach rachunku, który w dowolnej walucie wrażenie robił, coś na osłodę. Czipsy słone w czekoladzie smakowały. Podsumowując zaś godziny cztery w restauracji Noma spędzone. Potraw było dużo, potrawy pojawiały się szybko, potrawy zaskakiwały na początku, były przewidywalne pod koniec. Choć przy deserach znów zaskoczenie. Efekt oszołomienia i urzeczenia osiągnięty został. Dlatego według mnie raz warto Nomę odwiedzić, przeżyć kulinarny spektakl i wyjść kontentym. Więcej niż raz to przesada.

ryba-wedzona-z-jajkiem

A dnia następnego w porze lunchu bar śledziowy nawiedziliśmy, zaś wieczorem czas strawy duchowej nadszedł. Piękna opera w pięknej i nowoczesnej operze to była. Tak piękna, że trzy godziny dzielnie na najwyższym balkonie stałem i się wzruszałem. Stałem zaś, nie siedziałem bo kupując bilety przez stronę w języku duńskim, nieznanym, nie doczytałem że miejscówki stojące kupuję. Ech, życie.

* i jak każda lista rzeczy najlepszych subiektywną, pomijającą i niesprawiedliwą jest. Bo przecież fanatyczny wielbiciel pizzy ułoży sobie listę zgoła odmienną. O fanatycznym wielbicielu schabowych nie wspominając. Ale jak już lista jest, to czemu nie skorzystać?
** droga restauracja, tanie linie i tani nocleg, zatem bilans wychodzi na zero. Poważniej zaś, to hostel Generator nadzwyczaj zacnym jest i bardzo dobrze położonym. Choć ascetycznym niewątpliwie.

3 komentarze:

Wojciech Bońkowski pisze...

Pięknie ugotowane, pięknie opowiedziane i pięknie pokazane. Tylko duńskiego wina żal bo na pewno było równie zwyczajnie niezwyczajne co pieczona cebula.

Białe nad czerwonym pisze...

Ostatnio nieco rzadziej piszesz, ale jak już napiszesz, to pierwsza klasa! Za wyborne zdjęcia Noma powinna Ci w rewanżu podesłać wino:)

Photo Solo Jam pisze...

@ Wojciech Bońkowski

Dziękuję.

@ Białe nad czerwonym

Również dziekuję. Odnośnie wina w rewanżu, ech niemożliwe. Model biznesowy Nomy zakłada bycie tak sławnym, że to inni pracują u nich za darmo, praktykują znaczy się, lub płacą by o nich napisać, ogrzać się w cieple ich sławy znaczy się.

Prześlij komentarz