wtorek, 24 kwietnia 2012

Wino: Boskość sklasyfikowana

bacchusX3

Legendarna wręcz już na moim blogu Romantische Strasse po raz kolejny*. Było wino czerwone, było wino lodowe, nawet rieslingi się jakieś zdarzyły, tamże zakupione, choć nie z tamże pochodzące. Dziś zaś sprawa poważna, poważniejsza niż zwykle, otóż bóg wina w boskości własnej, w trójcy butelek ucieleśniony. A że sprawy duchowe, sprawami duchowymi, ale w germańskich ostępach porządek musi być to i sklasyfikowany należycie.

Zatem będzie dziś, od najpośledniejszego poczynając, o kabinettcie, spätlese i auslese. Czyli z germańskiego na nasze przekładając, o przyzwoitym białym, białym z późnego zbioru i białym z winogron wyselekcjonowanych, co już je pleśń szlachetna** dopadła. Zanim jednak szczegóły techniczne, smakowe i tym podobne nastąpią obowiązkowa dygresja odnośnie czasu i miejsca win dzisiejszych pozyskania.

Zdarzyło się to w kwietnia, roku ubiegłego dwa tysiące jedenastego dniach ostatnich, naszych na Drodze Romantycznej pierwszych. Po splądrowaniu piwniczek w Lauda-Königshafen jechaliśmy niespiesznie na południe win ciekawych, niemieckich prócz zabytków wypatrując. I tak w miejscowości Röttingen, z dwóch ulic poprzecznych i jednej podłużnej się składającej, natrafiliśmy na piwniczkę niejakiego Udo Engelhardta. Bardziej opisowo zaś rzecz ujmując, na bar winny w części parterowej domu umieszczony, po przejściu przez podwórko dostępny. Podwórko, które od drogi głównej minut parę się znajdowało, w gąszczu ślepych odgałęzień jednego z dwóch duktów poprzecznych ukryte. A przynajmniej tak to pamiętam, choć rzeczywistość zapewne znacznie prostsza była i jest. Nieważne, do Udo Engelhardta wracając. Sezon to nie był jeszcze, zatem hacjenda cicha, pusta i ciemna stała. Ale przecież winomaniaka rzeczy takie nie powstrzymają. Kiedy więc po furtki otwarciu stado owczarków niemieckich zagryźć nas nie próbowało, przed siebie śmiało ruszyliśmy. I nagle gospodyni się znalazła, klucze się znalazły, karta win w języku lengłydż znalazła się także. Szczepów było parę, ale oddając boskości co boskie, bacchus kabinetowy wrażenie zrobił największe. Zatem do bagażnika trafił.

Kilometrów dalej parę raczej niż paręnaście małżonka zwróciła uwagę mą na kierunkowskaz biały, cętkowany, kierunkowskazowy zdecydowanie. Kierunkowskaz, który w środku niczego ku winnicy prowadził. Zatem ręczny, swąd palonej gumy, wzorowa amortyzacja wstrząsów przez japońskie zawieszenie i na szutrowej drodze, parkingu niech będzie, już żeśmy ślad swój kreślili. Chwilę później silnik zamilkł, urwał w pół taktu, cisza zapadła, ptaki cholerne ją wypełniły. Drzwi otwarły się miękko, trawą buchnęło do wewnątrz***, nagrzaną skałą, wysiedliśmy. I dawajże szukać tej winnicy. A tam blok postpegeerowski jako żywo, kierunkowskaz zaś kierunkowskazowo niezmiennie nań wskazuje. Podeszliśmy nieśmiało, do bauera juniora w ogródku w języku lengłydż zagailiśmy, wskazał na bauera seniora co się pojawił na schodkach ku balkonowi parterowemu prowadzących. W spodniach drelichowych luźnych i podkoszulku przewiewnym, białym, atrybuty wieku opinającym. Bauer senior wskazał co by za nim podążać. Ciasny przedpokój nastąpił, strome schody w dół i niska piwnica na końcu. Niepozorna, przykurzona, lecz zawartością należyte wrażenie robiąca. Bauer senior wyłącznie szprechał, my zaś lengłydżowaliśmy, ale kiedy o wina chodzi wspólny język zawsze znaleźć można. Szczególnie jeśli gospodarz szczodrze winem raczy. Koniec końców znów nas bacchus skusił, choć nie tylko ale to na inną notkę opowieść być może. Tym razem ze spółdzielni GWF, w której gospodarz partycypował. I w wersjach szlachetniejszych, w kontraście do miejsca.

Wątek krajoznawczy kończąc, z piwnicy bez uszczerbku wyszliśmy, choć z portfelem chudszym nieco. Ale to nie ceny, tym razem rozsądne za tym stały, tylko wolumen jeśli już. Dygresji wystarczy, do win szczegółów technicznych przechodząc. Sztuk trzy ich dzisiaj będzie:

  1. Röttinger Feuerstein Bacchus Kabinett / rocznik 2009 / alkoholu 11,5% / A.P.Nr. 3821-022-10 / cena 5,5 euro z uwagi na flaszki kształt pękaty, regionalny,
  2. Tauberzeller Hasennestte Bacchus Franken Spätlese / rocznik 2009 / alkoholu 13% / A.P.Nr. 4000-251-10 / cena 6,5 euro,
  3. Franken Riemenschneider Bacchus Auslese / rocznik 2008 / alkoholu 8,5% / A. P. Nr. 4000-469-09 / cena 8,6 euro za flaszkę małą - 0,375 litra.

Degustować powyższe, zacząłem niejako od końca, gdyż od najsłodszego i najintensywniejszego, czyli auslese. Degustować, nie oceniać z uwagi na okoliczności przyrody świąteczne, które pastwieniu się nad sobą i winami w sztywnych ramach procedur nie sprzyjały. Wracając do auslese, co na pierwszy ogień poszło. W wyglądzie złote, intensywne, gęste i błyszczące. Cud, miód dosłownie. Nos intensywny podobnież, owocowy i aksamitny, gruszka w miodzie, mniam. Usta, słodkie, pełne, wyważone. Granicę między obfitością a nadmiarem testujące, ale bez granicy tej przekraczania. Znów gruszka, znów miód, małmazja ucieleśniona. Długość i posmak, długi i trwały, trwały i długi, gasnący kwadransami zamiast minut.

Po orgii auslese, jakąś godzinkę później spätlese do kieliszków trafiło. Jednym zdaniem, w kontekście auslese wręcz wytrawnym się wydało. W szczegóły zaś wchodząc. Wygląd równie złoty, równie intensywny i błyszczący. Mniej natomiast gęsty, oleisty, raczej krystaliczny. Nos intensywny niezgorzej, ale tym razem to melon nie gruszka, choć tak samo miodowy. Usta, jak wspomniałem w kontekście wręcz wytrawne, pieprzowe z melona nutą w tle. Dzień później wytrawnymi nazwać ich nie sposób było, ale pierność pozostała. Ciekawa, zręcznie w kontraście do owocu się znajdująca. Na długość niekrótkie, choć tu kontekst przytłoczył je nieco.

Dzień później, kilometrów trzysta dalej, kabinett na stole się pojawił. Choć dla stylu degustacji podtrzymania przez spätlese resztówkę poprzedzony został. W wyglądzie wypadł blado, w kontekście rzecz jasna. Prawie przezroczysty, acz błyszczący, klarowny. Solidny standard i tyle. Nos zapamiętany na długo zostanie. Agresywny choć prawidłowy, aromatem na gruszce zbudowany, bukietem na szopie, słomie i pieprzu. Przewentylowanie do dnia następnego nieźle mu zrobiło. Usta zaś gruszka, melon, pierność, kwasowość nawet się pojawiła. Na długość przyzwoicie, choć znów w cieniu kontekstu.

Podsumowując. Bacchus to książce pewnej**** zawierzając owoc trójcy szczepów: rieslinga, silvanera i muller-thurgaua. Winogrono twarde, co to nawet na ziemi Brytów plon wydać potrafi. Ale też winogrono grzechu chciwości niewybaczające, winogrono które gdzieś w okolicach auslese swoje apogeum osiąga, dalej zaś już jest we wszystkich kategoriach przesadzone. Tyle przynajmniej teoria mówi, którą próbka powyższa niereprezentatywna potwierdza. Bacchus auslese to małmazja, smaku i aromatu pełnia, chwila zadumy przeradzająca się w zadumy kwadranse, jeśli nie godziny. W tym kontekście bacchus spätlese miejsce swoje znajduje, jeśli oprócz małmazji, także nuty pikantności poszukujemy. Zaś bacchus kabinett skutecznie z chmur na ziemię sprowadzić potrafi, szorstkością swoją epatując. Suma summarum wszystkie trzy wina powyższe wspominam dobrze, choć pierwsze dwa lepiej znacząco. Jednak czyż boskość idealna byłaby interesująca?

* Którą to opiszę kiedyś, niedługo, nie teraz, w jednym kawałku widocznie, albo w notek wstępniakach niepostrzeżenie.
** Cudny oksymoron.
*** Zatem myśli wasze w złym kierunku podążały.
**** Oz Clarke “Grapes & Wines”

rs1

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz