piątek, 29 czerwca 2012

Toskania: Zapiski z podróży (II)

Wino i woda, woda i wino. Przy temperaturze w cieniu równej stopniom trzydziestu sześciu, w słońcu odczuwalnej na poziomie stopni czterdziestu paru kolejność ma znaczenie. I ilość. Jeśli lunch, czy kolację zaczniecie od kieliszka wina, kuszącego szronem ścianek, to już właściwie po was. Spragnione wody ciało wyssie zażytą porcję wilgoci do cna wraz z zawartym w niej alkoholem. Po krótkim momencie euforii skręcicie się w bólu, bólu na poziomie komórek.

Może trochę przejaskrawiłem, ale nie bez powodu woda jest nieodłącznym elementem włoskich posiłków. Stranieri wiosną, jesienią czy zimą często tą pozycję ignorują, bez konsekwencji. Natomiast latem ignorować wody przy posiłku nie sposób. Jedna, druga, trzecia, czwarta szklanka. Tak przy piątej można wreszcie sięgnąć po kieliszek wina. I wypić ze smakiem, bez konsekwencji.

Smak wina, smak potraw. Polski czosnek przy włoskim, to jak kapiszon przy Grubej Bercie. Podobnie jest z rukolą, serami, rybami. Wędliny się bronią. Całościowo zaś włoska kuchnia włoska, nie ta turystyczna, jest niekończącą się orgią aromatów i smaków. Wyrazistych, bezlitosnych, upajających. Każdy aromat chce być najlepszy, każdy smak chce wieść prym. W tym kotle wina zrównoważone, gładkie, internacjonalne wypadają co najwyżej blado. Te które zachwycają w długie, polskie zimowe wieczory, tutaj są wyjęte z kontekstu. Zbyt miałkie, zbyt bezosobowe. Ośmielę się stwierdzić, że zrozumienie natury chianti bez zasmakowania Toskanii jest niemożliwe. Wiem, to stwierdzenie z deka górnolotne, lecz ilekroć do Toskanii wracam, raz za razem powraca do mnie ta nierozłączność natury miejsca i natury wina.

Zostawiłem Euro za sobą, Euro nie odpuściło. Azurri prawie odpadli w fazie grupowej, a tu proszę są w finale. O ile ćwierćfinał oglądany był w pubach, tudzież domowym zaciszu, to na półfinał Italia wyległa już na ulice. Pozazdrościć pasma sukcesów, które pozwalają oglądać występy reprezentantów narodu jednym okiem, do poziomu półfinałów. Tak czy inaczej atmosfera miejsca i czasu na toskańskim wybrzeżu w niedzielny finał to będzie coś. Jak wygrają szykuje się fiesta do białego rana. Zatem trzymam kciuki za Azurrich.

Lucca. Wspomniałem, że byłem, warto by jeszcze o wrażeniach. Miłe, spokojne miasteczko, pełne turystów. Klimat analogiczny do Wenecji, tyko kanałów brak, ale i tak jest fajnie, że zacytuję klasyka. Patent z dębami rosnącymi na szczycie jednej z wież niezły, dobrze chronią przed słońcem podczas podziwiania panoramy miasta. Miejscowy przysmak ciastkarski, czyli bucaletto czy jakoś tak, na świeżo smaczny, następnego dnia gumowy zakalec. Zaś po amfiteatrze widać, że miejscowi mają poczucie humoru. Co rusz jakiś turysta go szuka. Jak Luccę odwiedzicie, zrozumiecie dlaczego. Podsumowując, dobra miejscówka na popołudnie, wieczór i poranek. Dłużej szkoda, w Toskanii jest tyle innych, ciekawszych miejsc.

Choćby Via del Chianti Ruffina. No dobra, trochę żartuję tutaj. Jednak jeśli ktoś twierdzi, że Toskania to komercja, turyści, cepelia, powtórzyć, to zapewne nigdy się w tejże Toskanii od utartego szlaku nie oddalił. A jak już kiedyś doświadczyłem i teraz też, warto to zrobić. Może przy Via del Chianti Ruffina winnic wielu nie uświadczycie, przynajmniej nie bezpośrednio, ale klimat tej ścieżynki górskiej jest niepowtarzalny. Zakręty agrafki, wąskie mostki, mijanki z kamiennym murem po prawej i przepaścią po lewej, cztery kilometry w godzinę, człowiek czuje że żyje. Kiedy winnicę znajdziecie, to też ta vendita diretta jakaś niekomercyjna, normalna. Porozmawiają, wina spróbować dadzą, angielskiego w ząb znać nie będą, słowem jak w każdym nieturystycznym Italii regionie. Zaś wina zacne bywają, ale o tym w post scriptum, konwencja notek zobowiązuje.

Turyści kupują butelki, miejscowi kupują wino. Trochę mi znalezienie takich miejsc zajęło, ale się udało. Jakich? Choćby takich, jak sklep z winem w Sieci.* Sześć, czy osiem gąsiorów z winem, jeden dyspenser w stylu wczesnych szaf grających. Przychodzisz z własnymi butelkami pustymi, wychodzisz z własnymi butelkami pełnymi. Ceny, od euro z hakiem za trzy ćwiartki czerwonego toskańskiego, poprzez dwa i trochę za prosecco fermo (upraszczając, bez gazu), podobnie za traminera z Veneto, do czterech z eurocentami za Mister X (czerwone starzone w beczce). Dla stałych klientów, co któraś butelka gratis. Nie żeby poematy o tych winach pisać, ale crash testy związane ze spożywaniem w temperaturze znacznie pokojową przekraczającej przechodzą bez problemów. Aromatyczne są, z zębem są, w konwencję stołu codziennego wpisują się doskonale, zarówno przy lunchu jak i kolacji.

Lampredotto i Freciarossa. Pierwsze smakowite jak zwykle, drugie zadziwiające jak zwykle. Do dwustu km / h wrażenia szybkości się nie odczuwa. Więcej o jednym – tutaj, o drugim – tutaj. Archiwalne, lecz nadal prawdziwe.

Czas na P.S.

Wina warte spróbowania i to spróbowane, choć spróbowania nie warte:

  • Grati, Villa di Vetrici, Chianti Rufina Riserva, 2007. Owoce leśne, nuty warzywne, dym, węgiel drzewny. Garbniki winogron i dębu na właściwym miejscu, w solidnej dawce, jednak bez paraliżowania ust i kubków smakowych. No i cena, 9 euro to zacnie, bardzo zacnie.
  • Il Prato, Nonno Antonio, Vin Santo di Chianti, 2007. Mandarynki, przyprawy korzenne, miód. Do najlepszych cantuccini na świecie pasuje idealnie.
  • Prosecco Fermo i Traminer wprost z gąsiora. Pierwsze przyjemnie orzeźwia i pozytywnie zaskakuje maślną nutą. Drugi dobry jak zwykle, zmienny jak zwykle, w zależności od temperatury.
  • Forci, Colline Luchesi Rosso, 2010. Lekkie, owocowe, schłodzone być może, za sześć euro być może, wiele takich było i wiele takich będzie, po żadnym wspomnienie nie zostaje.

* Sieci [czyt. Sjeszi] to nazwa miejscowości, blisko Pontassieve. Tak dla jasności, jakby ktoś o sklepie internetowym pomyślał. Przy okazji, tą prostą polską nazwę według modły italiańskiej wymówić niełatwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz