środa, 27 czerwca 2012

Toskania: Zapiski z podróży

Za oknem stopni trzydzieści i siedem, odczuwalne pewnie czterdzieści i pięć bo godzina siedemnasta już prawie, a słońce od rana bezlitośnie wypraża okolicę. Okiennice zamknięte na głucho, rolety dociągnięte do ziemi, jedyna nadzieja w kamiennej posadzce. Oddawany przez nią chłód chłodzi w takie dni jakoś bardziej i tłumaczy, dlaczego drewniana podłoga w Toskanii dobrym pomysłem być nie może.

Wracając do kwestii słońca. Oglądałem kiedyś film pod tytułem “Sunshine”, film obrazami związany z gorącem i potęgą Słońca tak, że już bardziej nie można. Toskański koniec czerwca roku 2012 nieodmiennie przywołuje u mnie te obrazy. Już rano, kiedy temperatura to zaledwie dwadzieścia sześć stopni psychika wyczuwa gorejącą, buzującą kulę oślepiającego blasku tuż nad horyzontem. Wręcz słyszy się przyszłe skwierczenie okolicy, roślin, dachów, chodników, ludzi, którzy przez przypadek akurat wyszli na otwartą przestrzeń. Około południa nie trzeba sobie już niczego wyobrażać, powyższe dzieje się tu teraz. Tak jak w Polsce przy minus trzydziestu paru miewałem kłopoty z dogrzaniem samochodu, tak tutaj przy plus trzydziestu paru mam kłopot z jego schłodzeniem. Ech, życie jest nieustannym ciągiem klisz, czasem w negatywie.

Żeby nie było, że cierpię przeokrutnie, przejdę do wieczora. Około dwudziestej nadal stopni jest trzydzieści parę, nuklearna kula plazmy chyli się ku zachodowi i robi się tak jakoś pięknie. Niby rano prawie trzydzieści, w południe ponad trzydzieści, wieczorem trzydzieści, lecz różnica jest nie do opisania. Okiennice się odsłaniają, rolety idą w górę, za oknem można podziwiać malownicze toskańskie światło. Ale kto by tam podziwiał za oknem, czas wyjść na ulicę, zasiąść w knajpce, odgonić komary i dać się uwieść.

Uwieść smakom, aromatom, klimatowi. Może i wokół panuje kryzys, może i kolejki po benzynę są jak nigdy, ale są rzeczy niezmienne. Są wina smakujące tylko winem, a smakujące lepiej niż każde inne. Są potrawy proste niesłychanie, a zapadające w pamięć i powracające podczas długich, polskich listopadowych wieczorów. Jest wieczór, most, ławeczka, wino w szklance i jej ciemne, błyszczące oczy. Życie jest ciągiem klisz, czasem w pozytywie.

P.S.

Z win wypitych:

  • Marchese Antinori Chianti Riserva 2007, eleganckie, gładkie, pełne w aromacie, bukiecie i ustach. Tylko dobrze przewietrzyć wypada, żeby wanilia z dębiny należne miejsce w szeregu zajęła, drugoplanowane ma się rozumieć. Bo na brak owoców leśnych i garbników narzekać nie sposób.
  • Guado al Tasso Vermentino 2011, eleganckie, kwaskowate i pierne, zalotne w aromacie, bukiecie, pełne w ustach. Ze schłodzenia, bytnością w kubełku z lodem spowodowanego, bardzo ładnie się rozwija, temperatury nabierając. Guado al Tasso, to także stajnia Antinoriego.
  • Grati Mondo Canaiolo 2009, wino, wino i jeszcze raz wino. Siła prostoty, szorstkość i naturalność. W śródziemnomorskim słońcu czasem najprostsze wina, smakują najlepiej.

Z miejsc odwiedzonych:

  • Locanda Vigna Ilaria – wspominane w kontekście Piemontu przewodniki Slow Food nadal nas nie zawiodły. Zarezerwowany nocleg przy okazji dwudziestoczterogodzinnej wycieczki do miasta Lucca, okazał się miejscem nie tylko klimatycznym, ale i bardzo apetycznym. Czterodaniowe Slow Fish menu było kulinarnym majstersztykiem. Poczułem się prawie jak w Nomie. Okay, może trochę przesadziłem, jednak zacnie było.
  • Strada del Vino Chianti Ruffina – widoki piękne, venditę direttę znaleźć nie sposób, choć jak się jest odpowiednio wytrwałym to się da. Ale to już historia na inną notkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz