piątek, 6 lipca 2012

Toskania: Zapiski z podróży (IV)

Sassicaia. Uzasadnienia kupna butelki wina za sto kilkanaście euro, nie znalazłem choć próbowałem. Umówić się na zwiedzanie winnicy nie zdołałem, choć próbowałem.* Zostały enoteki w miasteczku Bolgheri. Pierwsza miała Sasscicaię w menu, ale nie miała otwartej. Druga, trzecia i czwarta wina na kieliszki nie sprzedawały. Wreszcie piąta, w drodze powrotnej napotkana, była tą której szukałem. Tą, gdzie Sasscicaia zarówno w menu jak i w dostępności była. Jedyne jedenaście euro za pięćdziesiątkę.** Przepłukałem usta wodą, odetchnąłem głęboko, zakręciłem kieliszkiem i …

… początkowo nie działo się wiele. Delikatna bryza aromatu pojawiła się i znikła, pojawiła się i znikła. W ustach podobnie. Elegancko, acz tak delikatnie, że wręcz rozczarowująco. Choć kwarty mijały, a ta elegancja trwała i trwała. Trzy minuty później wdech numer dwa, łyk numer dwa. I jest, i już nie puści, i chwilo trwaj. W nozdrzach delikatnie, ale wyraziście. Są kwiaty, są porzeczki, są owoce leśne. I jest to tło, które wino mieć powinno, a którego sok owocowy mieć nie będzie. Na kubkach smakowych zaś aksamit kryjący stalową pięść. Niby można przeanalizować, niby można rozczłonkować na garbniki, kwasowość, owoc. Ale czy warto? Nie warto. Warto natomiast łyk trzeci wziąć i trwać. Trwać w błogostanie, trwać w równowadze, trwać w zaspokojeniu.***

Sassicaia rocznik 2009 ma jeszcze drogę przed sobą. W roku 2012 nadal jest młoda, nadal ma potencjał bycia większą. Jednak już w roku 2012 pokazuje, że jest z win których nie chlupie się do kieliszka, nie łyka chybcikiem, nie zagryza karkówką. Jest lekcją z urzekania równowagą i oczarowywania skromnością.

Apelacja Bolgheri może i się na Sassicai zaczyna, ale bynajmniej się na niej nie kończy. Jednak Bolgheri to zupełnie inne podejście do gości niż znam z Chianti, Piemontu czy innych urokliwych miejsc Italii. Tutaj przeważają wysokie płoty, solidne zamknięte bramy i dyskretne drogowskazy do winnicy. Nie żeby w Chianti czy Piemoncie takowych nie było. Ale tam są mniejszością pośród rzeszy lokalnych winiarzy z venditą direttą i otwartymi bramami. W Bolgheri natomiast to vendita diretta i otwarte bramy wydają się mniejszością. Tutaj nawet po kupno butelki wina trzeba się zapowiadać u niektórych. Zostaliście ostrzeżeni.

Informacja turystyczna apelacji Bolgheri. Wjeżdżając na okoloną drzewami, długą prostą prowadzącą do miasteczka Bolgheri znajdziecie takową po lewej stronie. Patrząc akapit wyżej jest to punkt obowiązkowy. Po primo, dostaniecie mapę z wszystkimi winnicami, gdzie zaznaczono te, w których można kupić wino bezpośrednio (vendita diretta).**** Po secundo, będziecie mogli umówić się na wycieczkę po winnicy. O Sassicai wspominałem, że tylko środy, z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. Jednak w pozostałych jest łatwiej. Koszt 10 euro za osobę jeśli winnica produkuje wyłącznie wino, 20 euro jeśli wino i oliwę. Degustacja wina i oliwy wliczona w cenę, dzieci płacą odpowiednio mniej gdyż wina nie degustują, a do wieku czterech lat uczestniczą za darmo. O wrażeniach z wycieczki takowej nie opowiem, umówiona winnica termin odwołała, do Sasscicai wcisnąć mi się nie udało, zatem 10 euro wydałem na pięćdziesiątkę tej ostatniej w enotece.

Woltaż alkoholu. Apelacja Bolgheri to upraszczając lekko pofałdowana równina między morzem a górami klasy Bieszczad. Mimo że nadmorska, to jak mawiają miejscowi jest tu sucho i ciepło (asciutto e caldo). Zatem, trzymając się zeznań miejscowych, winogrona są dojrzałe, słodkie i nabrzmiałe gęstym sokiem. Z takowych, kontynuując wyznania tubylców, mniej niż 13% alkoholu nie będzie, a przedział 14-14,5% trzeba traktować jako domyślny. Cóż począć, z geografią pan nie wygrasz. Choć, czy to rzeczywiście geografia, czy raczej sposób na podkręcenie aromatów i smaków, o tym można by już podyskutować. Niestety na takie dywagacje mój italiański jest za słaby, jeszcze.

Winogrona. Sangiovese w apelacji Bolgheri zajmuje całe 25 hektarów. Reszta to szczepy bordoskie z czerwonych, czyli cabernet sauvignon, merlot, cabernet franc, z pozostałych załapie się jeszcze petit verdot i syrah. Z białych mamy vermentino i trebbiano, a dalej internacjonalnie: chardonnay i sauvignon blanc. Ale nie białe wina, tylko czerwone są powodem do dumy i źródłem sławy Bolgheri. A tym, im wyżej w klasyfikacji, tym bliżej do Bordeux niż Toskanii. Bazowe DOC Bolgheri jeszcze  z sangiovese się zdarzy. DOC Bolgheri Superiore to toskańska wariacja w temacie klareta, bez nut lokalnych. Są tez Crú w niektórych winnicach, ale to już temat cenowo lata świetlne od środkowej półki, zatem pomijam.

Efekt. Wspomniałem dwie notki temu, że zrozumieć chianti może ten, kto poznał Toskanię. Zaryzykuję stwierdzenie, że zrozumieć klareta w pełni może ten kto poznał Bordeaux. Zatem nie ja, ja się klaretowi przyglądam z oddalenia, przez pryzmat kuchni francuskiej, kultury francuskiej, ale bez nasiąknięcia klimatem francuskiej ulicy, francuskiego domu i francuskiego stylu życia. A tu, w samym sercu Italii przychodzi mi się z lokalną wersją klareta, podobno miejscami lepszą od oryginału, mierzyć. Bracia Italiańcy się zachwycają. Nie dziwi mnie to. Bycie innym niż cała reszta już potrafi zachwyty wywołać, choć przeciwników liczba podobna się znajdzie. Ale obiektywnie, hit czy kit? Nie odpowiem, zbyt mało danych, jednostkowo ocenię, konkluzję wam zostawię.

Miasteczko Bolgheri. Nieprzypadkowo na końcu, bo najpierw zatrzymałem się przy informacji, dnia następnego odwiedziłem parę winnicy i kupiłem parę win, aż nie zostało już nic więcej. Wtedy skierowałem się do serca apelacji, miasteczka Bolgheri. Dotarłem pod samą bramę główną, tuż przed którą odbiłem na prawo, na parking. W sezonie 60 eurocentów za pierwszą godzinę, godzina na zwiedzanie, ewentualne zakupy i degustację wystarczy z zapasem. Za bramą zaś trzy uliczki ścisłego centrum, do obejścia wokół, pięć enotek, sielskie panoramy okolicy, odpowiednio spatynowana architektura. Sassicaia wszędzie pierwszoplanowa, wraz z drugim (Guidalberto) i trzecim (La Difese) winem tegoż producenta (Tenuta San Guido). Lekko w cieniu Ornelaia*****, podobna klasa cenowa. I cała reszta. Tyle, jak wspomniałem godzina wystarczy, z zapasem.

Wracając z Bolgheri znów przejeżdżałem przez La California. Według mnie tablica od strony Bolgheri jest ciekawsza niż tablica od strony Ceciny. Zresztą jak wrzucę fotkę sami ocenicie.

P.S.
Inne niż Sassicaia wina apelacji Bolgheri i bez apelacji, ale z regionu spróbowane:

  • DiVaira, Le Ballerine, IGT, 2010, 13% alkoholu. Kupaż sangiovese cabernet sauvignon i merlot, 70/30. Sangiovese jak już wiecie to w Bolgheri rzadki gość. W przypadku DiVaira był zarówno w kupażu regionalnego IGT, jak i apelacyjnego DOC Bolgheri. Wybrałem IGT, bo caberneta przedkładam nad merlota. [Aktualizacja 2012-07-07. Jeśli wierzyć stronie winnicy to sangiovese nie mają w żadnym z win. Pani sprzedająca wina była lekko niezorientowana w proporcjach, ale żeby aż tak odlecieć? Cóż, widać zdarza się.] Wrażenia? Lekko, łatwo i przyjemnie. Pijalność 10/10, aromat między porzeczką, a fiołkami, usta mocne piernością i trzymanymi w ryzach garbnikami winogron. Za 8 euro nie ma się nad czym zastanawiać, tylko brać. Wieczorem, na plaży w blasku księżyca będzie niezastąpione.
  • Giovanni Chiappini, Felciano, DOC, 2010, 14% alkoholu. Kupaż sangiovese (50%), cabernet sauvignon (25%) i merlot (25%). Wzrok: błyszczące, niefiltrowane, głęboki ciemnoczerwony kolor wpadający w purpurę. Aromat: rozpoczynający się dyskretnie, z czasem wyrazistszy. Wiśnia, fiołki i wino. Słowem, dobre, prawdziwe wino. Bukiet: zręcznie uzupełniająca całość dębina, naturalna, skierowana w stronę drewna nie wanilii, nuty tytoniu. Usta: tematem przewodnim jest czarna porzeczka. W niej zawarte są kwasowość, garbniki winogron i dębu, a także owoc. Całość jest naturalna, zdaje się wypływać wprost z owocu, perfetto. Finisz: długi i jeszcze trochę. Posmak: porzeczkowy, zacny. Podsumowując. Kosztuje 11 euro, co biorąc pod uwagę klasę trunku jest dla apelacji Bolgheri ceną dumpingową. Koniecznie spróbować.

    DOC Bolgheri Superiore w wykonaniu Giovanniego Chiappini, choć bez sangiovese, też jest godne polecenia. Lekie, acz rozbudowane w aromatach i smakach, pełne świeżego caberneta, dojrzewających jeżyn wiosny i nut roślinnych. Mniam. Za trochę ponad dwadzieścia euro, również pozycja obowiązkowa.
  • Campo alla Sughere, Arnione, DOC, 2007, 14% alkoholu. Kupaż cabernet sauvignon (40%), cabernet franc (20%), merlot (20%) i petit verdot (20%). Klasyfikowane jako Bolgheri Superiore i zaopatrzone w odpowiednią cenę – 35 euro.

    Po pierwsze, trzeba to wino przed spożyciem odpowiednio przewietrzyć, inaczej możemy mieć problem z trocinami. Po drugie, najciekawsze wydaje się w temperaturze 16-18 stopni Celsjusza, kiedy w aromacie jest świeże i żywe. Pełne jeżyny, czarnej porzeczki, wiosny, mniam. Po trzecie, patrząc na kilogramy owocu i wyrazistych garbników w nim obecne, to jeszcze wino rozwijające się, potrzebujące paru lat w butelce by osiągnąć pełen efekt.

    Oceniając tu i teraz. Wzrok: błyszczące, niefiltrowane, głęboki ciemnoczerwony kolor wpadający w czerwień. Aromat: owocowy, jeżyna, czarna porzeczka.  Bukiet: dębina, wanilia. Usta: gęste, owocowe z solidną dawką dębiny, waniliowości. Finisz: długi, bardzo długi. Posmak: waniliowy. Podsumowując wino techniczne, gęste, rozbudowane, mocarne. Smak bardzo międzynarodowy, za czym idą 93 punkty od Parkera, jakby kogoś interesowało.
  • Giovanni Chiappini, Le Grottine, DOC, 2010, 13% alkoholu, 100% szczepu vermentino. Najpierw dygresja. Zachęcony klasą vermentino od Guado al Tasso, dałem temu szczepowi kolejną szansę, razy trzy. Vermentino numer jeden, od Ferrari Iris & Figli kosztowało 2,90 euro i smakowało dokładnie tak jak kosztowało. Znaczy się jak stołowe, schłodzone do ryby, tudzież makaronu jak najbardziej. Żeby coś więcej, to absolutnie nie. Vermentino numer dwa, od DiVaira kosztowało 9 euro. Niestety bliżej mu było do pijalnego cienkusza od Ferrari Iris & Figli niż do elegancji Guado al Tasso. Pozostało vermentino numer trzy od Giovanniego Chiappini, także 9 euro kosztujące. Owionęło nozdrza kwiatowym aromatem, czystym bukietem z nutami miodu i naftą daleko w tle. Usta zaś urzekło kwasowością i przyczajoną w tle naftą, iście rieslingową. Klasy zacnego spätlese, mniam. Podsumowując temat vermentino z Bolgheri, spróbowanie przed kupieniem zalecane.
  • Campo alla Sughere, Achenio, DOC, 2011, alkoholu 13%. Kupaż vermentino, sauvignon blanc i chardonnay. Wzrok: kolor lekki, acz widoczny, słomkowy, wino krystaliczne. Aromat: pierny, ziołowy.Bukiet: rozsądnie dębiny, odrobina maślaności. Usta: gładkie, kwastowate, szczypta goryczki, dwie szczypty pierności, owoce tropikalne w tle. Elegancko i aksamitnie.Finisz: długi, bardzo długi. Posmak: korzenny. Może i kosztuje 21 euro, ale jest warte z nawiązką każdego euro na nie wydanego. Dla miłośników białych win pozycja nie do przeoczenia.
  • Fattoria Casa di Terra, Allegra, DOC, 2011, alkoholu abstrakcyjnie dużo 14,5%. Były czerwone z Bolgheri, były białe, czas na różowe. Kupaż szczepów syrah i merlot. Cóż można o nim powiedzieć? Kolor przyzwoity, choć dla różowych standardowy. Z pozytywów, zacnie komponuje się z plażowymi pejzażami. W nozdrzach trochę owoców, trochę metalu. Brak odorów alkoholu wart podkreślenia, wszak woltaż robi wrażenie. W ustach sporo pieprzu i znów trochę metalu, kwasowość w normie, goryczka też się znajdzie. Ogółem norma dla różowych wyrobiona i tyle. Za 7 euro można, jeśli was woltaż nie odstrasza. W słońcu i stopniach trzydziestu paru jednak go nie pijcie, cień wcześniej znaleźć zalecam.

* odwiedziny tylko w środy, rezerwacje z dwumiesięcznym wyprzedzeniem, wszystko w temacie.
** zamówiłem też szklankę wody, dostałem i wodę, i foccachię do przegryzania. Chyba zrobiłem wrażenie swoją medytacją nad kieliszkiem, bo za to nie policzyli. Choć foccachi nawet nie tknąłem, zostawiając sobie posmak Sasscicai na drogę powrotną.
*** wszystkiego trwałem tak cztery łyki, czyli minut dwadzieścia i jeden. Żem się nie podejrzewał o taki romantyzm.
**** jeden niuans wart tu zaznaczenia. Jeśli na mapie przy winnicy jest informacja “su prenotazione” (po umówieniu się), to nie dotyczy wyłącznie zwiedzania winnicy, ale także kupna wina. Przetestowałem to na Campo alla Sughere gdzie wjechałem za samochodami pracowników, ale wyjeżdżając zobaczyłem bramy zamknięte na głucho. I zrozumiałem dlaczego moje pojawienie się znienacka wzbudziło pewną konsternację. Choć obsłużony zostałem bezproblemowo, co warto podkreślić.
***** jeśli wierzyć specjalistom, to najlepsze supertoskany kończą się na “-aia".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz