wtorek, 3 lipca 2012

Toskania: Zapiski z podróży (III)

[Zdjęcie będzie, na razie jego opis. Zdjęcie jest, opis zostanie bo mi się spodobał. Głównym motywem obrazu są pomarańczowo-białe parasole słoneczne ustawione rzędami na szarobrunatnej plaży. W drugim planie widzimy lazurowe morze i błękitne niebo. Kompozycję obustronnie domykają drewniane, białe okiennice, umieszczone poza głębią ostrości. Autor nieznany, druga dekada XXI wieku, piksele na matrycy, 510 x 287]

Chciałem zacząć od plaży, zacznę od ciszy. Ciszy, która zapanowała tutaj w niedzielny wieczór. Miała być fiesta, była stypa. Po całym dniu podkręcania atmosfery, wywieszania flag, wypuszczania pęków zielono-biało-czerwonych balonów, entuzjazm utrzymał się do czternastej minuty. Do pierwszej straconej bramki. Potem była już tylko cisza, w okolicach trzeciej i czwartej bramki zaakcentowana krótkim trzaskiem kufli tłuczonych o bruk, tu i tam. To nie był mecz, to była egzekucja.

Plaża włoska, plaża polska. W Cecina di Mare królują parasole, w Polsce ścianki plażowe. Tutaj szuka się ochrony przed nadmiarem słońca, a poszukuje choćby delikatnego podmuchu bryzy. U nas odwrotnie. Rozczarowuje zaś piasek, żwir właściwie. Szarobrunatny, kłujący, daleki i biedny kuzyn nadbałtyckich złotych piasków.

Morze jest takie jakie być powinno. Ciepłe, ale nie za ciepłe, jakieś dziesięć stopni Celsjusza za temperaturą powietrza. Lazurowe, nie krystaliczne, ale czyste. Bajka, jeśli porównać z lodowatym Bałtykiem straszącym sinicami, czy ciepłą zupą u wybrzeży Sycylii. W moim osobistym rankingu przegrywa tylko z ideałem, którego zaznałem u wybrzeży Stromboli.

Plaże płatne, plaże bezpłatne. Mieszkając sześćdziesiąt metrów od linii brzegowej dylematu nie ma, wyborem jest opcja darmowa. Wystarczy ręcznik, parasol ze stołu i tyle. Po godzinie kąpieli i plażowania szybki prysznic na kwaterze, spłukanie warstewki soli, wszystko. Natomiast mieszkając dalej, wybierając się na cały dzień nad morze, skłaniałbym się ku opcji płatnej. Natryski, sanitariaty, cień parasola czy plażowego baru to rzeczy niezbędne. Zatem plaża płatna koniec końców wychodzi nie tylko wygodniej, ale i taniej niż darmowa.

Temperatura, temat który musi się pojawić. Nad morzem jest cudnie, bezwzględne trzydzieści sześć słupka rtęci schłodzone bryzą daje odczuwalny ideał. Z wyjątkiem sjesty, ale wtedy na zewnątrz są tylko szaleńcy i turyści. Problemem jest słońce, bryza osłabia instynkt samozachowawczy, zatem jestem o krok od spieczenia się na raka. Kończąc temat, doniesienia z głębi lądu wskazują, że bezwzględne trzydzieści sześć bez bryzy daje mordercze czterdzieści i jeden. Dobrze być tu, a nie tam.

Deszcz. Tak zanotowałem takowy, 2 lipca o godzinie 14:16. Przez sto dwadzieścia pięć sekund spadło na mnie czternaście kropel. Takie ulewy to ja lubię.

Bolgheri. Się wybrałem, zaliczyłem po drodze La California*, dojechałem do winnicy Tenuta San Guido, producenta legendarnej już Sasicaia, była zamknięta. Wróciłem do informacji turystycznej kilometr wcześniej, wziąłem mapę winnic z godzinami otwarcia, wrócę jutro.

P.S.

Tradycyjnie wina, dziś tylko te warte spróbowania:

  • Winnica Il Prato po raz pierwszy dziś - Tredimaggio, IGT, 2006, 13% alkoholu. Kupaż pół na pół syrah i sangiovese. Pierwszy daje owoc i pełnię smaku, drugi garbniki i niuanse. Zabawa w rozpoznawanie czy to jeszcze syrah, czy już sangiovese przednia. Choć całości bliżej do internacjonalnych klimatów niż lokalnych, to wino warte 15 euro na które zostało wycenione.
  • Winnica Il Prato po raz drugi – Buca delle Fate, Chianti DOCG, 2008, 12,5% alkoholu. Podstawowe chianti od Il Prato, kosztujące przyjemne 5 euro. Owoc jest, fiołki są, trochę stajni w tle także. Garbniki w punkt, podobnie kwasowość. I dominujący aromat i smak wina. Styl rustykalny, w wersji bez wydumanych słów - klasyczny. Oby więcej takich podstawowych chianti mi się trafiało.
  • Winnica Il Prato po raz trzeci i ostatni – Chianti Rufina Riserva, DOCG, 2006, 13,5% alkoholu. Chianti z rocznika 2006 uwielbiam, to wyjątkiem nie będzie. Kosztuje rozsądnie, bo 9 euro za riservę to dużo nie jest. A smakuje? Podobnie jak powyższe, tylko pełniej i dłużej. Plus odrobina dymu z dębiny i garbników dębu na policzkach. Styl rustykalny z turbodoładowaniem, rozsądnym. Trocin i wanilii nie stwierdzono.
  • Zmieniając apelację czas na Bolgheri. Ferrari Iris & Figli, Bolgheri Rosso Superiore, DOC, 2008, 14% alkoholu. Kupaż pół na pół cabernet sauvignon i cabernet franc. W owocu wiśnie, w goryczce czerwone porzeczki, w bukiecie palone drewno, w ustach długie i pełne. Tym co wciąga jest gra między owocem, goryczką a dymnym tłem. Tym co może kłopotać jest woltaż alkoholowy**, szczególnie jeśli pije się to wino w pełnym, południowym słońcu. Może nie ideał, ale za 15 euro grzech nie spróbować. Szczególnie, że podobnie jak w Riservie od Il Prato i tu dębina jest francuska,elegancka, dymna i w tle. A nie amerykańska, słodka, waniliowa i tak bardzo oczywista.
  • Syrah z gąsiora. Owocowy, urzekający swoją lekkością i prostotą, a do tego absolutnie poprawny jakościowo. Bez odorów młodości, odorów alkoholu, odorów bylejakości. Spróbowanie znanego szczepu w dobrej wersji saute bywa odświeżające. Polecam. Dostępny w sklepie winnym w miejscowości Sieci, koło Pontassieve.

*Nie mylić z L.A. w Kalifornii.
** Jak się okazuje typowy dla apelacji Bolgheri, więcej o tym w następnej notce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz