czwartek, 6 września 2012

101 win: Słysząc pukanie od spodu

bottom10

Winnowtorkowe barbery z 21 sierpnia okazały się być setnym i sto pierwszym winem, które doczekało się oceny punktowej na moim blogu. Jest okazja, żeby zanurzyć się w cyferki i statystyki. Zaczynając od ostatnich.

Setkę wypunktowałem od 13 lutego 2011 roku, zatem średnio oceniałem wino co sześć dni. W rzeczywistości tak regularnie to nie wyglądało. Jak już była okazja, to więcej niż jedno wino na tapetę szło. Dlaczego? Wynika to z mojej win oceniania metody. Na początku tej zabawy ustaliłem sobie pewne oceny środowisko, którego jednolitości do dziś pilnuję. Mówiąc zaś po polsku, oceniam rankiem*, przed śniadaniem i pierwszą kawą, na czczo rzec można. Dni robocze odpadają, zostają soboty, niedziele i święta. Po drugie ocenę taką przeprowadzam gdy nos i gardło funkcjonują bez zakłóceń. Zakaz palenia w knajpkach wiele tu ułatwił, jeśli o sobotach myśleć. Choć po imprezie do nocy późnej, tak czy inaczej oceniać nie sposób.

Nagimnastykuję się przy ocenie trochę, lecz efekt jest tego wart. Nie raz, nie dwa takie spojrzenie na wino odkryło przede mną głębię trunku, która umknęłaby mi niechybnie przy zmysłach przygaszonych, tudzież potrawą smakowitą zajętych. Ewentualnie jej skali bym nie docenił, przykładowo soczystym stekiem eksplozję garbników wytłumiając. A że na akord bloga nie piszę, tylko hobbystycznie to mogę sobie rzemieślnictwo uprawiać. Bo nie oszukujmy się, 101 win to niewiele więcej niż podczas solidnej degustacji przekrojowej kraju lub regionu spróbować się zdarza. Przy założeniu chęci zachowania pod jej koniec pionu i zmysłowości zmysłów resztek.

O metodzie wystarczy, o wynikach teraz. Punktów wino maksymalnie może dostać dwadzieścia, dlaczego tyle akurat - tutaj.*** Poniżej punktów dziesięciu lokują się wina bezbarwne i generalnie uwagi nie warte. Chyba, że są tak kiepskie, że aż w pamięć zapadają. I dzisiaj o tych maruderach będzie, wrzodach na winnej mapie świata, choć od win po prostu bezosobowych zacznę. TOP 10 zostawiam do notki następnej. Wstęp był, do wycieczki na dno zapraszam, w okolicach punktu pięciu ulokowane. Zaś kiedy tam dotrzemy okaże się, że słychać pukanie od spodu.

Numer 10 – 8,75 pkt. - Barceliño z Katalonii. Bezbarwne naturą choć czerwone barwą. Standardowe do bólu, ale bólu nie wywołujące, szczególnie jeśli pite schłodzone. Ostatnie z rankingu i jedyne na tej liście “przebojów” wino warte swojej ceny w złotych polskich.

Numer 9 – 8,5 pkt. - Chablis z Lidla. Przykład, że papier zniesie wszystko, a winna etykieta jeszcze więcej. Jeżeli wzbudzi w was jakiekolwiek uczucie, będzie nim uczucie pustki w portfelu. Mieć a nie mieć trzydzieści złotych, to jakby nie patrzeć stracić złotych sześćdziesiąt. A to już może zaboleć.

Numer 8 – 7,75 pkt. - Russu du Custella z Ligurii. Nicość aromatyczno-smakowa, pojawiają się powidoki drożdży. Żeby nie było, z dębowymi płatkami (chipsami) komponuje się doskonale. Przepis na “beczkowego potwora” w notce oceniającej.

Numer 7 – 7,5 pkt. - Domenile Tohani Tămăioasă Romănească z Rumunii. Jak na posłodzoną miksturę wody i alkoholu wynik punktowy wysoki. Widać nie odrzucało i tyle. Łyżka dziegciu w beczce rumuńskiego miodu z notki, choć chyba powinienem to ująć odwrotnie. Ale jak to zrobić nie tracąc sensu zdania?

Numer 6 – 7 pkt. – Negroamaro Salento z Apulii. Dusząc się w odorach alkoholu i tyle. Całość próbuje ratować przyzwoita kwaskowatość, daremny trud.

Numer 5 – 6,5 pkt. - Archidamo Pervini Primitivo di Manduria, także z Apulii. Żeby nie było, że znęcam się tylko nad produktami nieznanych producentów, tutaj uznana Accademia dei Racemi. Odory alkoholu doprawione abstrakcyjną ceną. Nos złamany, portfel splądrowany.****

Numer 4 – 6 pkt. - Blaye Côtes de Bordeaux z Bordeaux, yeah. Kontekst bywa istotny. Będąc wzorcem sztucznej truskawki i drożdżowej nuty czyni Negroamaro z miejsca szóstego wręcz wartym spróbowania. Zaczynamy szorować po dnie.

Numer 3 – 5,5 pkt. – Dolce Via z Italii, kartonik. Ocenione w ramach najbardziej traumatycznej sesji ze wszystkich. Sesji, która zaowocowała, a raczej sfermentowała trójką medalistów niniejszego rankingu. Siedem złotych za litr kupuje nam pełny przekrój sfermentowanych aromatów i solidny haust alkoholowego odoru. Na plus, drożdży nie stwierdzono. Osiedliśmy na dnie, a tam skrob, skrob, puk, puk.

Numer 2 – 4,5 pkt. – Borgo Cipresi z Toskanii, nazwać tego napoju winem, tym bardziej chianti nie potrafię i już. Tym razem paleta jest pełna: sfermentowane owoce, dojrzałe drożdże i gorzelniany alkohol. Niby lepiej być już nie może, a jednak.

Numer 1 – 2,5 pkt. – Corte Alla Mura także podobno z Toskanii. Kocie rzygi na deser, choć chyba powinienem kota swojego przeprosić w tym miejscu, co też czynię. Wspomnienie tych popłuczyn zęzowych do dziś mną trzącha, ble.

I na tym zakończę, na dziś. W następnej notce zaś TOP 10, czyli sztuka uwodzenia, czy raczej zwodzenia.

* zauważyłem, że w okolicach godziny dziesiątej, jedenastej zmysły mam najbardziej wyostrzone, już obudzone, a jeszcze nie przytłumione aromatem dnia. Po drugie zapachów kuchennych jeszcze wtedy brak.**

** raz oceniałem wieczorem przy stole zastawionym smakowitościami, powstrzymać się przed konsumpcją do końca win listy łatwo nie było.

*** w ramach tej punktacji cztery zakresy z czasem zauważyłem: <10, 10-12, 12-15 i >15. Jak je interpretować przeczytacie w przedostatnim akapicie - tutaj.

**** w prozie rymowanie, do tego częstochowskie boleśnie, wybaczyć proszę. Powstrzymać się nie mogłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz