wtorek, 16 października 2012

TerraMater: Zepsuta taksówka*

terramater-etykiety

Naszło mnie ostatnio na nowoświatowych tematów eksploracje. Zacząłem od chilijskiego producenta TerraMater, którego zinfandel shirazem podbity, pół roku temu skutecznie pozwolił mi się otrząsnąć po apulijskich primitivach. Udałem się zatem do mojego ulubionego sklepu winnego i nabyłem butelek sztuk sześć, kartonik znaczy się. Kompletując tym samym dostępną na miejscu winnicy ofertę.

Wina przeznaczyłem do codziennej konsumpcji, tym samym notki degustacyjne będą zwięzłe i krótkie. Tak dla odmiany. Jednocześnie przyznam, że ocenianie błyskawiczne, jakby podatnym na wpływ chwili nie było, dobrym ćwiczeniem jest. Jeden wdech, jeden łyk, jedno przełknięcie, sześćdziesiąt sekund. I już, opis, werdykt, szlus. Marketowe, poprawne, ciekawe, wybitne. Do przyszłych decyzji zakupowych wystarczy. Zatem do win.

terramater-chardonnay

Pięć czerwonych, jedno białe. Białe to chardonnay, linia Vineyard Reserve, rocznik 2011, niebeczkowane. Alkoholu sporo, 14%. Nos: ananas i cytrusy, przyjemnie. Odorów alkoholu nie stwierdzono. Usta: kwaskowate, rześkie. Słodki ananas, wyrazista mineralność. Wystarczająco długie by je zapamiętać. Podsumowując. Wino ciekawe, złotych trzydziestu i pięciu warte, bez dwóch zdań.

terramater-cabernet

Z tej samej linii, Vineyard Reserve, trzy czerwone. Trzy razy cab, cabernet sauvignon znaczy się. Raz solo, dwa razy w kupażach. Solo rocznik 2010, alkoholu 13,5%. W jednej trzeciej beczkowane przez 8 miesięcy. Nos: truskawka, generyczna do bólu. Usta: nic co by zapamiętać warto było, do tego krótko. Podsumowując. Wino marketowe, złotych trzydziestu i pięciu szkoda.

Cab w kupażu numer jeden, czyli cab i sangiovese. Pierwszego sześćdziesiąt procent, drugiego czterdzieści. Rocznik, alkohol i przygoda z beczką jak u poprzednika. Nos: kwiatowe nuty sangiovese (fiołki) desperacko walczą z nieszczęsną truskawką caberneta. Usta: garbniki się wyostrzyły, długości trochę przybyło. Podsumowując. Jest lepiej, lecz tego caberneta sangiovese wyciągnąć rady nie da. Zatem nadal marketowo, nadal pieniędzy szkoda.

Kupaż numer dwa, cab i shiraz. Proporcja odwrócona, pierwszego czterdzieści procent, drugiego sześćdziesiąt. Rocznik 2009, alkoholu i beczki zgodnie z dwoma wcześniejszymi. Nos: owocu leśnego sporo, przyjemnie. Usta: zacna kwaskowatość, zacne garbniki, jest struktura. Na długość wystarczające. Podsumowując. Poprawne, bez fajerwerków, ceny swojej warte.

terramater-reserva

Przechodząc półkę wyżej, czternaście złotych drożej, linia Limited Reserve. Koniec z kupażami, będzie cab solo i shiraz solo. Oba wina rocznik 2008, alkoholu 14%, we francuskiej dębinie 12 miesięcy.

Zaczynając od caberneta. Migawka pierwsza, godzinę po odkorkowaniu i przez aerator przepuszczeniu. Nos: wanilia, dębina znaczy się, dym i czekolada, dębiny ciąg dalszy znaczy się. Usta: policzki drętwieją, dębina zatem nie odpuszcza. Na plus: kwaskowatość, owoc leśny, brak fałszywej słodkości, interesująca goryczka w posmaku. Mimo wszystko, trociny, jakby to co niektórzy podsumowali. Migawka druga, dobę po odkorkowaniu. Więcej, znacząco więcej owoców leśnych. Mniej, znacząco mniej dębowego potworka. Podsumowując. Po dobrym przewietrzeniu poprawne. Jakby mu dać jeszcze z rok, dwa, może się dębina uleży, może ceny swojej wartym będzie.

Shiraz natomiast jak syrah. Nos: kilogramy świeżych jeżyn i atrament. Mniam. Usta: kwaskowate, owocowe (czarna porzeczka), mineralne. Garbniki wyraziste, ślady świeżego drewna w tle. Finisz długi. Podsumowując. Wino ciekawe co najmniej. Styl europejski raczej, niż dżemowaty nowoświatowy, to plus pierwszy. Dębina zintegrowana w punkt, to plus drugi. Plusa trzeciego nie będzie, tylko zalecenie by pić tu i teraz, już. Bye.

* “Broken cab” znaczy się

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz