niedziela, 11 listopada 2012

Bleasdale: Dżem, czy konfitura?

bleasdale-wina

Kontynent Australia, kraj tożsamy, producent Bleasdale, wina z linii budżetowej. Znaczy się kontynuacja tematów nowoświatowych. W wydaniu błyskawicznym rzecz jasna.

Wina z Bleasdale darzę sympatią, były z Australii pierwszymi godnymi zapamiętania, które mi w drogę weszły. Zresztą o winach tego producenta, notka to na moim blogu nie pierwsza. Dwa lata temu linię premium opisywałem:

Dwa lata regularnego win oceniania i opisywania to szmat czasu. Percepcja się zmienia, metoda się zmienia, wreszcie styl się zmienia. Pewnie Bleasdalea linii premium warto byłoby się przyjrzeć ponownie.* Kończę dygresję, wracam do linii budżetowej z Bleasdale.

Tradycyjnie ostatnio, wina będą cztery:

  • Bleasdale Langhorne Crossing (35 zł), 2011, według producenta wino łatwe i przyjemne,
  • Bleasdale Mulberry Tree (55 zł), 2010, elegancki cabernet,
  • Bleasdale Second Innings (48 zł), 2010, żwawy malbec,
  • Bleasdale Bremerview (54 zł), 2009, intensywny shiraz,

Sugestii producenta wystarczy. Czas do kieliszka zajrzeć, zakręcić, niuchnąć i siorbnąć.

bleasdale-lx

Zaczynając od najzwyklejszego. Blesdale Langhorne Crossing, na etykiecie wyraziste LX i kupaż dla danego rocznika: shiraz 54%, merlot 46%. Rocznik 2010, alkoholu rozsądnie 13,5%. Trzask metalowej nakrętki, bulgot aeratora i jest w kieliszku. Wzrokowo wygląda jak należy. Nos: w wersji schłodzonej, stopni Celsjusza siedemnaście, da się zaakceptować. Jest świeżość, są jeżyny. Im cieplej jednak, tym bardziej mdławo, tym bardziej przyciężkawo. Usta: wino generyczne, do pomylenia z dowolnym innym winem klasy marketowej.

Zatem, do aromatycznych potraw być może, świeżość aromatu będzie miłym dodatkiem, słabość smaku ukryje się za apetycznością jedzenia. Solo, szkoda czasu. I jeszcze jedno, co całej czwórki zresztą dotyczy. Linia budżetowa Bleasdalea najlepiej prezentuje się pita tuż po otwarciu, w sensie dnia tego samego. Każdy kolejny dzień uroku winom tym odejmuje.

bleasdale-cabernet

Następny do tablicy, Bleasdale Mulberry Tree, cabernet sauvignon w wersji solo. Rocznik 2010, alkoholu także rozsądnie 13,5%. Wzrokowo: ciemnoczerwony, barwą czerwony z purpurowymi refleksami, błyszczący, klarowny. Bez zarzutu. Nos: świeżość i młodociana zieloność tuż po otwarciu, dalej maliny i czarna porzeczka. Nieźle, do tego dębiną nie ogłusza. Usta: gęste, jakby cukrem resztkowym słychać tu i ówdzie było. Garbniki wyraźne, typu soczystego, gładkie w ogólnym rozrachunku. Czarna porzeczka jako owoc, styl australijski jako podsumowanie. Posmak dżemowaty, długi, podszyty garbnikami. Konkluzja będzie wspólna z malbekiem poniżej.

bleasdale-malbec

A malbec solo w linii budżetowej zwie się Second Innings, rocznik 2010, alkoholu jak u poprzedników. Wzrok: jak cabernet, z wyjątkiem barwy. Tam była czerwień, tutaj jest fiolet. Purpurowe refleksy zostają. Nos: jako aromat świeże jeżyny, owoce leśne, jagody. Bukiet zaś mineralny, kredowy. Zacnie. Usta: śliwki, suchość, dżemowatości nie stwierdzono, styl europejski jak najbardziej. Posmak: garbnikowy.

Podsumowując. Zarówno Mulberry Tree jak i Second Innings bronią się w kategorii win już coś sobą reprezentujących, za nadal rozsądne pieniądze. Jednak i w jednym, i w drugim czegoś mi przy siorbaniu brakowało. Cabernet zbyt nowoświatowy był, zaś malbec w ustach przykrótki, posmakiem ubogi się zdał. A że piłem je symultanicznie prawie, to połączenie win obu w jedno, rozwiązaniem idealnym się wydało. Zestawiłem zatem malbeca z cabernetem w proporcji 2 do 1, zakręciłem kieliszkiem i zacząłem delektować się winem kompletnym. W swojej kategorii rzec jasna.

bleasdale-shiraz

Na deser shiraz, czyli Bleasdale Bremerview. Rocznik 2009, alkoholu bezlitosne 14,5%. Wzrok: równie poprawnie co poprzednicy. Nos: aromat owocowy (jeżyna, malina), dżemowaty. Bukiet wytrawny, tytoń, skóra, dym. Robi wrażenie, a nowoświatowość nie przeszkadza ani trochę. Usta: po pierwsze wyraźnie kwaskowate, zatem mimo kilogramów owocu (malina) ani trochę nie przypomina soczku. Garbniki soczyste, lekka goryczka, wino pełną gębą rzec można. Posmak: długi, soczysty. Wino dotykiem aksamitne, wrażeniem gęste.

Podsumowując. Trochę się do tego shiraza wracać bałem. Pamiętałem go jako wino z linii budżetowej najzacniejsze, ale też jako wino do dna butelki australijskie, nowoświatowe. A ostatnio na podsładzane, trzecioświatowe dżemy cięty jestem jakoś. Tym pozytywniej mnie Bremerview zaskoczył. Tak, jest Australijczykiem od początku do końca. Tak, jest dżemowaty zapachem i gęsty smakiem. Jednak wina przymiotów nie zatracił. Zapach na dżemowatości się nie kończy, a rozpoczyna zaledwie. Smak zaś wielowymiarowy jest, kwaskowatością i goryczką podszyty odpowiednio. Ależ się cieszę, że to napisać mogłem.

* Na dziś powiem, że musujący shiraz smakuje mi niezmiennie, młodocianego shiraza mam leżeć w piwniczce, dam mu chwilę jeszcze. Natomiast caberneta próbować od notki napisania okazji nie miałem i się zastanawiam czy chcę? Z jednej strony wydaje mi się, że z win wytrawnych, słodkością ogłuszających, wyrosłem w międzyczasie. Z drugiej, były tam nuty pieprzowe, dwoistość smaku. Chyba się skuszę, choćby żeby siebie z wtedy porównać z sobą teraz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz