poniedziałek, 5 listopada 2012

Piemont: Róż i stal, heretycy i klasycy

nebbiolo-wina

Zeszłoroczna ekskursja piemoncka zostawiła mi w piwniczce przykładów szczepu nebbiolo kreatywnego wykorzystania kilka. Przykładów wychodzących poza klasyczny duet barolo i barbaresco. Dzisiaj trzy z nich: róż, stal i “super-piemontczyk” w kontrze do klasyka.

gerlotto-ciairat

Bracia Gerlotto klasyczne wina w swojej ofercie mają. Ich barolo Sorano złym nie jest, wręcz grzechu wartym bym powiedział. Jednak ciekawszymi są braci Gerlotto herezje i mariaże, z nebbiolo w roli głównej. Zacznę od herezji, czyli nebbiolo w wersji różowej, zwanego Ciairat. Rocznik 2010, jak na nebbiolo niemowlęcy, lecz przy winach różowych starszego bym nie ryzykował. Woltaż w punkt trafiony, 12%, w końcu ma orzeźwiać, nie otępiać. Wzrok: krystaliczne, klarowne, delikatne kolorem, prawie przezroczyste. Barwą łososiowe z grejpfrutowymi refleksami. Ładne. Nos: aromat kwiatowy z cytrusami i pieprzem w tle. Bukiet zimny, stalowy. Delikatnie, elegancko. Usta: w tym elemencie winom różowym zdaje się zawodzić najczęściej, nie temu jednak. Solidna dawka cytrusów i miód gryczanego z kwiatami w tle buduje przyzwoite wino. Kwartami: pierwsza cytrusową kwaskowatością (średni), cukrem resztkowym (niski) i pikiem goryczki (wysoki) stoi. Przez kolejne trzy kwaskowatość pulsuje (od średni minus, do średnie plus), cukier resztkowy wraz z goryczką wypełnia tło (niski). Natomiast owoc, a właściwie kombinacja miodu gryczanego i kwiatów, gra pierwsze skrzypce (średni plus) wraz z kwaskowatością. Finisz długi, wino w dotyku gładkie. Posmak zaś smakowity, miodu gryczanego pełen.

Podsumowując. Zacne barwą, rewelacyjne w ustach, których kontra słodyczy miodu gryczanego do kwaskowatości cytrusów na długo zapada w pamięć. Wino godne polecenia i warte swojej ceny, 12 euro.

cascina-bruciata-nebbiolo

Eksperymenty braci Gerlotto powrócą za chwilę, tymczasem dam szansę stalowemu nebbiolo z Cascina Bruciata. Rocznik 2009, woltaż spory 14%. Znów rocznik nieodległy, a wino tym razem czerwone, czemu zatem już odszpuntowane? Bo beczki dębowej nie widziało, a jedynie tank stalowy przez rok, co to miał garbniki wygładzić, soczystość i ekspresję pozostawiając. Zatem do picia tu i teraz, by tę młodzieńczą zadziorność uchwycić. Wzrok: błyszczące, niefiltrowane, dekantować należy, inaczej fusy* w kieliszku znaleźć się mogą. Jasnoczerwone, rachitycznością koloru wzorcowi nebbiolo odpowiadające. Barwą malinowe z pomarańczowymi refleksami. Nos: aromat soczysty, słodka malina i zacna truskawka. Bukiet za tło robi, korzenny, lekki. Całościowo wrażenie przyjemne, choć na brzegach poszarpane, znak młodości. Usta: kwaskowate, soczyste, owocowe – malina i truskawka. Kwartami, pierwsza kwaskowatością (średni plus) i goryczką (średni) stoi. W drugiej kwaskowatość i owoc (średni), wraz z garbnikami winogron (średni plus), zadziornymi, acz nie topornymi. Trzecia kwaskowatością i garbnikami pół tonu niżej, owocem bez zmian. W czwartej wszystkie trzy składowe jednakowo (średni minus). Finisz długi, wino w dotyku krystaliczne. Posmakiem ziemiste i garbnikowe.

Podsumowując. Mnie nebbiolo w wersji stalowej, młodej i soczystej przekonało. Jednak sięgając po nie warto mieć na uwadze, że jest to trunek dość specyficzny, młodzieńczo zadziorny, niewygładzony. W odbiorze kontrowersyjny, potencjalnie. Czy 9 euro wart? Kwestia gustu.

gerlotto-rapuje

Wracając do braci Gerlotto, jedyne dziś kupaż z nebbiolo. Rapujè, bo o nim mowa, oprócz nebbiolo, zawiera sok z gron piemonckiej barbery i internacjonalnego cabernet sauvignon. Woltaż siarczysty, 14,5%. Rocznik 2007, czyli w punkt otwarte, gdyż jeśli książkom wierzyć beczkowane nebbiolo z tego rocznika po 5 latach od zbioru optimum swoje osiąga.** Sprawdzić, czy nie barolo, lub barbaresco. Wzrok: błyszczące, niefiltrowanie nieprzejrzyste. Kolorem ciemnoczerwone, intensywne, równomierne. Barwą czerwone z pomarańczowymi odblaskami. Nos: aromat w kwiatach i śliwkach cały. Perfumowany jak nebbiolo, powidłami naznaczony jak cabernetowi się zdarza. Bukiet dymny, korzenny, wędzony i smolisty. Potężny, pełen wygrzanego słońcem asfaltu, oprzeć się mu nie sposób. Alkoholu odory? Nie stwierdzono. Usta: kwiaty na przystawkę, wędzona śliwka jako danie główne. Kwartami, pierwsza kwaskowata (średni plus), z eksplozją garbników winogron pod koniec. Druga z kwaskowatością i owocem (średni), garbnikami dębiny (niski plus) i garbnikami winogron (wysoki). Kiedy garbnikowa orgia rozkręca się na dobre, na początku kwarty trzeciej, przeciąża kubki smakowe, system się przeładowuje i zaczyna się nakręcać od nowa, poziom niżej. Aż szkoda, że pod koniec kwarty czwartej całość wygasa. Finisz zatem średnio długi, wino w dotyku szorstkie. Posmak dymny, suchy z kwaskowatością w tle.

Podsumowując. W notatkach mam “rzeź i rąbanka w pozytywie”, “nebbiolo na sterydach (CS i B)”, “dekantować / oddech”. Mówi to wszystko. Choć nie, zostaje kwestia ceny. 8 euro to skandalicznie mało.

sassi-barbaresco

Oryginały za nami, klasyk pozostał i notki koniec, wreszcie. Barbaresco San Cristoforo od Sassi. Rocznik 2004, idealny wręcz podobno, alkoholu rozsądnie 13,5%. Otworzone, przyznam się, nieco przed czasem, ale kusiło.*** Wzrok: krystaliczne, klarowne, kolorem średnioczerwone, rachitycznością nebbiolo właściwie dotknięte. Barwą czerwone z zaczątkiem pomarańczowych refleksów, spatynowane rzec można. Nos: aromatem kwiatowe, wręcz perfumowane, niewątpliwie zgodne ze szczepu zapachowym wzorcem. Do tego cytrusy, które u Sassi nie pierwszy raz spotykam. Interesujące i intrygujące. Bukiet w klimatach szpitalnych, czuć że młody, że potencjał nie w pełni uwolniony. Usta: kwiatowe w otwarciu, przechodzące w śliwki, cytrusy dalej. Kwartami, będzie z super-piemontczykiem powyższym podobieństw parę. Pierwsza kwaskowata (średni plus) z gwałtownie rozwijającymi się garbnikami winogron (wysoki pod koniec kwarty). W drugiej drugoplanowo kwaskowatość (średnia plus), garbniki dębiny (średnie) i owoc (średni). Pierwszoplanowo zaś dzielą i rządzą garbniki winogron (wysoki), paraliżując wargi, dziąsła i kubki smakowe. Świat traci na ostrości, tonę w fali garbnikowego przyboju. Rozkosz, pełna rozkosz.**** W trzeciej zmysły powoli wracają, w czwartej wraca różnorodność doznań, a może tak się tylko wydaje. I trwa to jeszcze chwilę. Finisz zatem długi, wino w dotyku szorstkie, klasyczną “burty pancernika” szorstkością. Posmak cytrusowy, żółte grejpfruty, z garbnikami.

Podsumowując. Dobrze jest czasem dobrze wydać ćwierć setki euro. Oz Clarke nie ściemnia, za lat cztery będzie San Cristoforo winem większym w bukiecie, ustabilizowanym w ustach. Bo potencjał jest, o tak. Ja zaś nie żałuję, że w chwili impulsie odszpuntowałem je teraz. Wysokiej klasy garbnikowy brutalizm to jest mój film.

Ocena punktowa całej czwórki, wraz z profilami, smakowym i aromatycznym – tutaj.

* szlachetniej “kamieniem winnym” zwane
** niezawodny Oz Clarke i jego “Grapes & Wines”
*** według Oz Clarka barbaresco z rocznika 2004, gotowym do picia jest po 6 latach od winogron zbioru, zatem od 2010. Natomiast swoje optimum osiąga 12 lat po zbiorze winogron, czyli w roku 2016. I utrzymuje je przez kolejne 8 lat
**** wiem, puściłem się poręczy, zdarza się, trudno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz