piątek, 23 listopada 2012

Polskie wina: Mgła, iluminacja i dygresje

karta-polskich-win

Zacznę od końca, no prawie od końca. Nasycony duchowo, sztuką trudną i nudną, acz piękną i satysfakcjonującą udałem się z Kasią na poszukiwanie nasycenia życiem nocnym. Był piątek wieczór, był Kraków, było chłodno, było mgłą światło latarni rozproszone i był mgły efektem bruk uliczek Kazimierza lśniący. Przygarnęło nas przytulne i nostalgiczne wnętrze “Dawno temu na Kazimierzu”, gdzie natrafiliśmy na kartę win polskich, z winnicy Płochockich. Dwa dni wcześniej, na krytyce cen w karcie bym się skupił, nierozsądnie nierozsądnych. Tam i wtedy pomyślałem jednak - fajnie w tej Galicji mają, mogąc, ot tak po prostu wypić lampkę polskiego cienkusza. Winnymi tej zmiany zdają się: jedno miejsce, parę godzin i kilkanaście osób. I o tym dziś będzie, z dygresjami kilkoma. Bo jakżeby inaczej.

birbet-i-bestheim

Jak ja, mieszkaniec dalekich rubieży północnych, w Krakowie się znalazłem? Ano na targi Enoexpo przyjechałem z zamiarem zaliczenia rautu, z okazji konkursu na Winnego Blogera Roku. Albo i odwrotnie.

Czas na dygresję pierwszą. Przyjechałem, brzmi łatwo. Czymże jest w końcu, w XXI wieku pokonanie niecałych siedmiuset kilometrów, ile może trwać? W realiach polskich, jak się okazało, między godzin trzynaście, a piętnaście. Jednak nie będę narzekać, przynajmniej na drogę do Krakowa. Dwójka sypialna była nówka sztuka, może wnętrzem nie w stylu Orient Expressu, lecz miarowym stukotem i prędkościami (nie)osiąganymi już tak. A do tego w kieliszkach musowały: BestHeim Crémant d’Alsace*, niegdyś przez Lidl podesłany i Birbet “il Bianco” od Sottero**, swego czasu przytargany przeze mnie z Piemontu. I tak w mglistym Krakowie, w nastrojach szampańskich będąc, o siódmej rano wylądowaliśmy. Koniec dygresji.

Nasze Enoexpo zaczęło się od degustacji win austriackich z winnicy Haider. Było ciekawie, było szybko, trzeba się było orientować. Wina? Dwa czerwone, wytrawne i słodkie. Pięć białych, jedno słodkie, jedno lodowe, trzy z gron dotkniętych szlachetną pleśnią.*** Mi najbardziej smakował sauvignon blanc w wydaniu auslese, szczep do którego mam wrodzoną słabość. Pozostaje kwestia cen. Rozsądne 12€ za butelkę 0,375 eisweina w Austrii przełoży się zapewne na dyskusyjne ponad 100 zł w Polsce. To były dobre wina, ale nie aż tak dobre. A że wyszła kolejna dygresja, zatem czas przejść do win polskich, tu i teraz, zaraz.

polskie-wina

Na stoiska winiarzy polskich udaliśmy się z Piotrem, autorem “Cotygodniowego blogu miłośników wina". Win trochę było, co widać na zdjęciu, i jeszcze ze dwa razy tyle, czego na zdjęciu nie widać. Oglądaliśmy je w kieliszkach, wąchaliśmy je nosami, smakowaliśmy kubkami smakowymi. Piotr z wprawą rasowego dziennikarza zadawał pytania, masę pytań, masę celnych pytań.

Dowiedzieliśmy się, że większość winnic to parę hektarów, parę szczepów na nich nasadzonych, często zarówno winorośli właściwej jak i hybryd. Większości win kupić poza winnicami nie sposób, są dodatkiem do agroturystyki lub towarem spod lady. I nie sposób utrzymać się w Polsce z winnicy i produkcji wina, jako jedynej pracy zarobkowej. A do tego, jak się zdarzy, to zima nasza potrafi prawie całą winnicę wymrozić do cna, tudzież przymrozek wczesnomajowy potrafi cały plon zmasakrować. Tyle wspominków kombatanckich.

A wina? Podzieliliśmy się z Kasią rolami. Ona była typowym winopijcą, ja robiłem za poszukiwacza doznań oryginalnych. Wnioski? Kolorami win przedstawię, będzie czytelniej:

  • czerwone – w przypadku typowego winopijcy nie ma o czym mówić, praktycznie wszystkie są nie do przejścia dla takiej osoby. Z punktu widzenia poszukiwacza doznań oryginalnych niektóre wina wydają się interesujące. Przy czym bardziej widziały mi się te na marszałku budowane, niż te na leonie.**** Według mnie, polskie czerwone wina kariery rynkowej nie zrobią. Tutaj potrzebny byłby smak wyssany z mlekiem matki. Potrzebny, by „indywidualność” tych win przebiła „smaczność” win zagranicznych, do których przyzwyczaiły nas dwie dekady transformacji ustrojowej.
  • różowe – o ile przy czerwonych winach zdarzało mi się dojść do ściany, za którą kryły się odmenty badania nie warte, to różowe wina co najwyżej trąciły stylem marketowym, generycznym. A niektóre, nawet na Kasi wrażenie zrobiły.
  • białe –najmniej było stylu marketowego, najwięcej klasy udało się znaleźć. Niektóre uznaliśmy za zbyt odważne dla typowego winopijcy, lecz w sam raz dla eksperymentatorów. Jest zatem nadzieja, choć ceny, rzędu sześćdziesięciu złotych, potrafią zapał ostudzić.

I tu o iluminacji wspomnę, którą przyniosły mi rozmowy przy stoiskach i na raucie wieczornym . Ci dzielni mężczyźni i te dzielne kobiety, co zręby polskiego winiarstwa budują, nie są księgowymi, nie są sprzedawcami, są pionierami. Tak, pionierami, walczącymi o każde grono, o każdy kolejny sezon, o każdą pijalną butelkę. I nawet jeśli to brzmi górnolotnie, piszę to z całym przekonaniem. Tym samym, według mnie, patrzenie na polskie wina przez pryzmat ceny mija się z celem. Zanim rocznej produkcji wystarczy, by ich produkty pojawiły się u mnie na północy, dekada jeszcze minie, jak nie dwie.***** Tymczasem jak już wyprodukują, to sprzedadzą, choćby i wołali po sześć dych za butelkę. Zatem teraz płacić i płakać trzeba, i mieć poczucie inwestycji w przyszłość. Zaś o cenach w roku 2022 pogadamy.

P.S.
Dwa tematy zostały, oba pojawią się w osobnych notkach. Pierwszy to krakowskie impresje kulinarne, drugi to wina Patrycji Atkinson, “Człowieczki roku” magazynu Czas Wina. Kartonik mam leżeć, jak ocenię to opiszę.

* BestHeim zaprezentował się zacnie. Sznury drobnych bąbelków elegancko musowały w kieliszku, nos wypełniła owocowa mgiełka, a usta odświeżyła kwaskowatość. Za trzydzieści złotych bez grosza można brać w ciemno.

** birbet, był z moszczu nie w pełni sfermentowanego, dlatego alkoholu 5% miał. Jak to birbet tego rodzaju, nos wypełnił różami, usta wyścielił owocową gładkością. Cukrem nie zabił, fermentacji odorami niechcianymi nie błysnął. Fajny był, 5€ wart.

*** dla zainteresowanych klasyfikacją win austriackich, polecam notkę z klasyfikacją win niemieckich, podobieństwa są niezaprzeczalne.

**** szczepy hybrydowe Marechal Foch i Léon Millot odpowiednio.

***** słyszałem opinię, że już za parę lat. Pozwolę sobie pozostać sceptycznym.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Nie da się tego czytać...Chciałem dowiedzieć się czegoś z EnoExpo.Ale...Ta maniera z przestawnym szykiem w zdaniu jest masakryczna. Owszem,dobra w jednym na 20zdań, ale nie cały czas! Yoda mówił bardziej zrozumiale.
Nie sądzę ,że to pójdzie w komentarzach ale przynajmniej dotrze do Autora.

Konrad Jagodziński pisze...

Drogi Anonimie,

Przekombinowałem, przyznaję się. Zatem wziąłem notkę z powrotem na warsztat i swoje manieryzmy blogowe utemperowałem.

Odnośnie komentarza, to żałuję, że się drogi Anonimie nie podpisałeś. Przecież nie musisz od razu peselu podawać, wystarczy imię i nazwisko, np.: Darth Vader, żebyśmy w konwencji zostali.

Miłego dnia,
Luke

P.S.
Uwaga odnośnie mistrza Yody trafna. Nie raz mi powtarzał: "Opanować moc ty móc, na przestawny szyk za młody ty być"

Prześlij komentarz