poniedziałek, 10 grudnia 2012

Wino: Katar

alessi-mami-kieliszek

Mam katar. Już jakiś tydzień mam katar. Nie ciągiem co prawda, raz mam katar bardziej, raz mam mniej. W każdym razie wyczuwam niewiele, raz bardziej niewiele, raz mniej. Kiedyś przejdzie, nie ma wyjścia, doczekam.

Czekając aż przejdzie wino sobie sączę, jedno, drugie, trzecie dopijam. Nie że naraz, tudzież zaraz. Tydzień mam katar, zatem tydzień już sobie sączę. Bez oceniania, bez degustowania, pamiętacie, mam katar. Picie też w grę nie wchodzi, zbyt szybko senny się robię. Senny, no bo mam katar. Zatem sączę, wino sobie sączę.

Wzroku katar nie ruszył, czyli kolory, refleksy, głębie pooglądać sobie pooglądam. To nawet do sączenia pasuje, to wgapianie się przez kwadrans w kieliszek. Do połowy pełny, tudzież pusty, nie pamiętam przez ten katar. Z tych trzech win, dwa czerwone były, może na nich się skupię. Białe dopijałem. Oceniłem je przed katarem, zatem o nim innym razem będzie.

Wracając do wzroku, win w kieliszku wyglądu. Podkreślam, win wyglądu, nie mojego wyglądu. Mój pomińmy milczeniem, ja mam katar. Jedno kalifornijskie, drugie italiańskie z Friuli. I jedno i drugie cabernet franc, sto procent, z beczką w tle. Choć sączę, a zatem na wpatrywanie się czas mam i miałem, to różnic się nie dopatrzyłem. To znaczy, za bardzo się nie dopatrzyłem. Może jednak na wzrok katar też pada? Posączę, poobserwuję, dam znać, albo i nie.

Nos, tudzież jego brak. Jakbym nie kręcił, jakbym nie miąchał, jakbym nie oblekał tkaniną wina czaszy kieliszka*, tak nie czuję prawie nic. Nawet bulgotanie, przez aerator, nie pomogło. Choć może nie, wyczułem coś, nutę przewodnią i dalej nic. Italianiec truskawkowy był, kalifornijczyk sokiem z kartonika** błysnął. Zdesperowany, retronosowo do sprawy podszedłem. Łyka sącznąłem, ustami zaświszczałem, przy katarze ryzykowne ale wyszło, nie udusiłem się, ariergarda kubków nosowych coś poczuła. Italianiec ziół aromat roztoczył, zaś kalifornijczyka to mógłbym nie siorbać, mógłbym. Dobrze, że mam katar, szybko odór alkoholowy zapomniałem.

Usta. Mam katar, znaczy się nos nie działa, prawie nie działa, a tu niespodzianka, kubki smakowe się z nim solidaryzują. Znów nie tak do końca, zwyczajnie znieczulone są. Wargi, dziąsła, policzki podobnie. Zatem italianiec kwaskowaty i wodnisty był, mogłem barolo odszpuntować, choćbym cień garbników poczuł. Można też rzec, że rześki i orzeźwiający italianiec był, wasz wybór. Kalifornijczyk, jak to kalifornijczyk, soczek, kwaskowaty dżem i cukru powidoki. To ja już italiańca wolę, przynajmniej rześkim go nazwać mogę. Podsumowując, ni jeden ni drugi nie zachwycił, ale ja mam katar, o czym ja więc, tu i teraz.

Doczytaliście o winach z cabernet franc aż do teraz… Wróć, czytaliście o tym, że mam katar, aż do teraz. Zatem puenty choćby w nagrodę oczekujecie. Ale puenty nie będzie, bo mam katar. I kicham, apsik!

Reklama
Na zdjęciu kieliszek Alessi Mami z oferty Fabryki Form.

* mam katar, musicie wybaczyć.
** Tymbark, Fortuna, Hortex, wybierzcie ulubionego producenta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz