czwartek, 28 lutego 2013

Żabka: Siła ognia

brunello-zabka

Choć na degustacji winnej oferty Żabki nie byłem, butelczynę dostałem. Butelczynę z jednej strony niezgorszą, brunello di montalcino, nawet z aziendy konkretnej, a nie noname z szeroko rozumianego regionu.* Z drugiej strony w internetach, wedle stanu na dziś, zjechaną niemiłosiernie. Wieść gminna niesie, że pić toto trzeba parami. Pierwsza butelka jest do zapomnienia, niczym kawowy sink shot, a przy drugiej już smakuje. Jak większość win obsadzonych w roli drugich butelek.

Czy pisałem może niedawno, że życie blogera winnego jest piękne? Koloryzowałem, zdecydowanie. Przy takich butelkach to sobie uświadamiam. Lecz cóż zrobić, nie czas marudzić, czas temu koniowi w zęby zajrzeć, choć darowanym jest.

Jak wspomniałem, żabkowe brunello z nazwanej aziendy pochodzi, aziendy Uggiano. Co jeszcze? Jest sentencja DOCG na etykiecie, choć to formalność w Italii. Jest woltaż, przyzwoity, 13,5%. Jest i rocznik, 2007, czyli nieprzyzwoicie młody, jak na brunello. Jednak trzeba przyznać, że to rocznik w historii win brunello pamiętny, toż to rocznik brunellopoli. Znajdzie się też informacja o dystrybutorze. Jest nim Żabka, na wyłączność.

Wystarczy o etykiecie, koniec, końców nie ona jest tu ważna. Ważna jest szkła zawartość. Wzrokowo jest dobrze. Klarownie i błyszcząco, barwą truskawkowo, intensywnością średnioczerwono. Nos też się trzyma, choć czasu potrzebuje. Tuż po otwarciu dominuje bukiet stajenny, aromat owoców leśnych na obrzeżach czuć jedynie. Dzień później bukiet łagodnieje, zatem aromatu jakby przybywa. Owoce leśne zostają, stajnia za tło robi, sporo starego drewna się pojawia. Podsumowując, nos prosty i szorstki, rustykalny rzec by można**, acz przyjemny. Problem zaczyna się w ustach, ale po kolei.

Przy pierwszym kontakcie z żabkowym brunello oszukałem ciut, przyznaję. Zrazy akurat w menu były, to korek odszpuntowałem i żeśmy po kieliszku do mięsiwa wypili. Zabić nie zabiło, a wręcz przeciwnie, było nieźle. Zatem dnia następnego, rano, na czczo, przed cappucino, siadłem sobie przy oknie i winem w czaszy kieliszka zakręciłem. Póki kręciłem było jak wyżej, jak łyknąłem się zaczęło. Najpierw walnęło mnie kwaskowatością, w wersji kwasek cytrynowy. Później walnęło mnie garbnikami winogron, w wersji taniny w proszku. Na koniec zaś dołożyło garbnikami dębiny, w wersji chipsy dębowe, francuskie, lekko opiekane. I tak sobie przez kwarty cztery pulsowało, raz mniej kwaskowe, bardziej garbnikowe, raz bardziej kwaskowe, mniej garbnikowe. Na koniec został mi na języku kwaskowo-garbnikowy posmak. Jakbym miał ochotę puścić się kredensu, to bym napisał mineralny. Ale nie mam.***

Żeby nie było. Po primo, łyknąłem jeszcze raz, drugi i trzeci. Za każdym razem było to samo, albo i gorzej. Po secundo, kwaskowatość w winie to ja lubię, w ilościach nawet większych niż przeciętny Kowalski, ale nie w takich ilościach.

Podsumowując, co by się nie pastwić dłużej i światełko w tunelu zostawić. Do duszonych mięsiw, w ciężki i gęstych sosach, nadaje się żabkowe brunello doskonale. Ładunkiem kwaskowatości i garbników zneutralizuje każdy cholesterol w nich zawarty. A zapachem arystokratycznie-sielskim niejednemu podejdzie. Samodzielnie zaś pić tegoż brunello nie warto i tyle. Szkoda, że producent nie zdegradował tegoż wina o stopień i nie sprzedaje jako Rosso di Montalcino. Za połowę ceny, do mięsnego obiadu, można by kupić.

* jak to w przypadku różnych amarone, barolo i temu podobnych bywało i bywa.
** od czasu do czasu ten bloger musi, bo inaczej się…
*** od strony technicznej wyobrażam to sobie następująco. Był słaby rocznik, winogrona dały barwę, powidoki aromatu i tyle. Trzeba było zatem trochę czarnej magii, żeby nie było czarnej rozpaczy. No to się poczarowało. Efekt końcowy zaś, z uczciwie zrobionym brunello wspólnego za dużo nie ma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz