środa, 13 marca 2013

Wino: Siła aksjomatu

campos-de-hojas

Aksjomat winny numer 13
D
obre tanie wino z drogiego regionu jest jak Yeti

Przedostatni kampos, kampos z Riojy. Po odwiedzeniu regionów mniej lub bardziej nieznanych zwykłemu winopijcy, trafiamy do regionu legendy, regionu, którego nazwa stała się synonimem czerwonego hiszpańskiego wina. Trafiamy z butelką wina joven, czyli młodego, niebeczkowanego. Butelką Campos de Hojas, rocznik 2011.

Z informacji istotnych, pozostałych. Woltaż 13,5%, kupaż szczepów tempranillo i garnacha (80/20). Kontretykieta zaś sugeruje, że wino powstało z winogron zbieranych po całym regionie, nie brzmi to najbardziej zachęcająco.

Przechodząc do sedna. Odszpuntowuję butelkę, korek tym razem z korka nie gąbki, i się zaczyna. Wzrok: kolor malinowy, intensywnością jasno-średnioczerwone, błyszczące, jak pozostałe czerwone kamposy nieprzeźroczyste. Nos: po pierwsze młody i tą młodością szorstki, nieokrzesany, po drugie owoce leśne. W kontekście pozostałych kamposów, miejsce trzecie na cztery czerwone. Usta: zauważalnie (średni minus) kwaskowate i garbnikowe, ożywcze. Jednocześnie młodzieńczo nieokrzesane i umiarkowanie długie, trzy kwarty wszystkiego. Wino szorstkie w dotyku.

Podsumowując. Campos de Luz było młode, ale to soczysta soczystość je zdominiowała, mniam. Campos de Viento było młode, ale także przez soczystość zdominowane, z drugim planem nieco rustykalnym co prawda, nadal jednak było mniam. Campos de Hojas jest młode i jest młode. Nieokrzesane, bezowocowe, dla miejscowych chleb powszedni, dla przeciętnego winopijcy z odległego kraju, do beczkowanych rioj przywykłego, będzie aberracją i tyle.

Przerabiałem ten scenariusz choćby w Piemoncie, gdzie stylem tradycyjnym barbery jest właśnie nieokrzesany cienkusz, zaś wina bardziej cieliste uznawane są za internacjonalne wymysły, żeby nie powiedzieć zarazę. Wspominając miejscowe wina, tam i w innych miejscach słonecznych pite, stwierdzam, że w śródziemnomorskiej spiekocie z właściwą przekąską urokowi ich poddać się potrafię. Natomiast w północnoeuropejskim chłodzie, co najwyżej w bigosie lądują, jako te dwie, nie więcej niż trzy butelki czerwonego wina, przepisem wymagane. Parafrazując klasyków – to nie jest kraj dla kwaśnych cienkuszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz