czwartek, 14 marca 2013

Wino: Program aktywizacji bezrobotnych

campos-chardonnay

Ostatni z kamposów, Campos de Luz w wersji białej*, jasnozłotej właściwie. Pozostałe odcinki serii pod tagiem “cde2013”. Wino z regionu Ariñena, już nie tak egotycznego dla mnie jak ostatnio. Rocznik 2011, woltaż 13%, kupaż aż trzech szczepów: chardonnay, viura i muscat (40/50/10). Okay, chardonnay znają wszyscy, muscat też egzotyczny nie jest, ale viura? Pierwsze słyszę, trzeba by to winogronko sprawdzić.

Zaglądam do leksykonu Oz Clarke i cóż widzę, żarty się autora przy tym szczepie trzymają. Jak stwierdza viura** jest jednym z tych szczepów, które zmiana gustów dzisiejszych winopijców wysłała na bezrobocie. Kiedyś podobnie jak włoskie trebbiano zmiękczała czerwone wina, dziś nie za bardzo wiadomo co z niej zrobić. Aromatyczna nie jest, czyli białe solówki odpadają, a czerwonych tymi winogronami odegrać się nie da. Jednak jest łatwa w uprawie, czytaj tania, to jedno. Innym białym winogronom w drogę nie wchodzi, to drugie. Zatem da się viurze miejsce znaleźć, trzeba ją tylko przekwalifikować.

I tak wracamy do omawianego kamposa. Interpretacja wprost zastosowanego w nim kupażu brzmi następująco: chardonnay dla internacjonalnego stylu, muscat dla podbicia aromatu, viura dla zadowolenia księgowych.*** Ciekawe co z tego wyszło? Wzrok: błyszczące, klarowne, kolorem jasnozłote. Zacne dla oczu. Nos: ananas, kwiaty, miód. Gęsto i intensywnie. Muscat zrobił swoje, chardonnay też nie siedziało w kącie. Jest dobrze. Usta: kwaskowatości kilogramy, cytrynowej, strzykającej. Owoc (ananas) daleko w tle. Niezadługo, dwie i pół, trzy kwarty. Wino w dotyku krystaliczne, w gardle zostawia gorzkawy smak.

Podsumowując. Aromatycznie muscat i chardonnay dały radę, w ustach przeważyła jednak nicość viury. Daje to wino, które jest udanym towarzyszem posiłków, a solówki to tylko w upalny, wybitnie upalny dzień może odgrywać.

O kamposach to notka ostatnia, dlatego całą szóstkę podsumować by wypadało. Oba białe pozytywnie wypadły, bez orgii aromatów i smaków, ale i bez marketowości ohydnej. Do posiłków w sam raz, dla orzeźwienia także. W czerwonych było pół na pół. Dwa swoje problemy miały, cienkusz i ugotowany kompocik. Dwa zaś choć młode, to soczystością mnie ujęły, zatem uwag brak. Koniec końców pozytywnie się kamposy w mojej pamięci zapiszą. I to jest dobra wiadomość, bo win przyzwoitych i niedrogich nam trzeba, dobranoc państwu.

* jako ciekawostkę proponuję przyjrzeć się kontretykiecie, która jest zgodna co do słowa, do szczepu garnacha włącznie, z kontretykietą Campos de Luz w wersji czerwonej. Ciekawe, czy grafik już się zorientował, czy jeszcze żyje w błogiej nieświadomości?
** zwana też macabeo, a to już pewne wspomnienia przywołuje - tutaj
*** bardziej dosadnie można by ująć “viura zapchajdziura”, lecz autor niniejszego bloga nie zniży się do częstochowskich rymowanek, przynajmniej dzisiaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz