poniedziałek, 20 maja 2013

Bywa się, the sequel*

01_kocham_wino_fest

Każda okazja do spotkania znajomych ze stolicy jest dobra, jeśli wypada w weekend. Co prawda kolega M. skwitował nasze odwiedziny stwierdzeniem, że zawsze się zastanawia po co ludzie z interioru dalekiej Północy do stolicy na weekend przyjeżdżają, ale później już nie marudził. Zresztą ja i moja lepsza połowa mieliśmy powód dobry całkiem, koniec końców medialnie patronowaliśmy “Kocham Wino Fest”. A nie być, ale pisać jak było, to nie w naszym stylu.

03_warszawa_noca

Zjawiliśmy się jak należy, ciut wcześniej, jakieś dwadzieścia cztery godziny wcześniej. Trzydzieste piętro, pokój z widokiem na lokalny Manhattan, wine bar “Superiore”, następnie teatr, Królikowski i Dreamlinery, amerykański, niemiecki i polski, jeśli wiecie o czym mówimy. Skończyliśmy w brazylijskim browarze, krążki z cebuli zacne, na churrasco sił nie starczyło, następnym razem jednak musi. Rano tradycyjny scottish breakfast a’la polonaise i w drogę na “Kocham Wino Fest”.

04_ostrygi

Było pod dachem, w kraju gdzie słońca mało, mżawki więcej, to plus. Na wejściu ostrygi, mieliśmy spróbować, zapomnieliśmy. Na lewo panie, na prawo panowie. Znaczy się na lewo wina białe, na prawo wina czerwone. Przedziałami cenowymi pogrupowane, pomysł zacny. Nawet jak około godziny piętnastej tłum się gęsty zrobił, to z szybkim napełnieniem kieliszka problemów nie było. Kto chciał wino za trzy stówy spróbować - czekał, komu za sześć dych wystarczało - dostawał od ręki. Ogólnie, mając doświadczenia z podobnych “imprez masowych”, tutaj organizację napełniania kieliszków na pięć plus oceniliśmy. Nie było wydzielania najdroższych trunków po kropelce, nie było tłumów szturmujących ostatnią butelkę tego Bordeaux, co najdroższe na imprezie. Był za to porządek i spokój, mimo z każdą chwilą gęstniejącego tłumu chętnych do dolewki chablis, czy dżemowatego shiraza w zdecydowanie przestrzelonej cenie, ale z wyraźnie wyczuwalnym czarnym pieprzem.

07_noze

Ogólna popijawa i mordobicie, wróć, mordobicia jak wspomniałem nie było, to rzeczy dla takich imprez naturalne. Tutaj różnicę miało robić jedzenie. Na sali głównej przekąsek darmowych było trochę i nie zabrakło nawet gdy tłum zgęstniał. Płatnych też trochę było, też nie zabrakło. A jak się dobrze zagadało, co przez przypadek koleżance M. wyszło, to nawet pół bochenka chleba na poniedziałek rano dostać można było w gratisie. Na zapleczu bar był, babka gryczana smakowała mi, szaszłyki też kolegów nie zabiły, zatem na plus. Jednak plusem nad plusami i punktem, który z całej imprezy pamiętamy najlepiej, były warsztaty kulinarne.

06_mule_i_chorizo

Zapisaliśmy się na pierwsze z trzech. Stanowiska trzy, mule na tapecie, jedne z chorizo, drugie z pomidorami (nasze), trzecie z zieleniną. Dwóch zaangażowanych szefów kuchni z wine barów Puławska i Duchnicka, Wine & Food obydwa, nazwisk niestety nie pomnę. Zarządzali gotowaniem jak trzeba. Choć uczestników było dwa razy tyle co być powinno, to dzięki nim dwa razy tyle zabawy było, a nie chaosu. Rach, ciach i mule gotowe były. Zamiast kolejnych czterech tysięcy słów na ten temat, zdjęcie powyższe i poniższe trzy. Jeśli nie poczuliście się głodni proponuję sprawdzić puls.

08_mule_z_pomidorami

Ostatnia prosta, dodajemy pomidory.

09_gotowanie_muli

Kolega lekarz twierdzi, że zielone zabija, ale chyba ma na myśli surowe.

10_mule_z_chorizo

Efekt końcowy robił wrażenie.

05_cydr_lubelski

Na koniec wino i jedzenie zostawię, a skupię się na cydrze. Otóż było sobie stoisko, bardzo fotogeniczne jak widać powyżej, z Cydrem Lubelskim. Nowość to jest, w sklepach za czas jakiś będzie, butelka wygląda zacnie, a jak smakuje to się nie dowiedziałem. Kupić nie można było, można było wypić na miejscu, ale nie chciałem żeby cydr wchodził w drogę winu, zatem nie spróbowałem. Butelkę podwędzić cichcem chciałem, panie na stoisku nieustępliwymi były. Ech, proza życia.

Podsumowując. Miło było, było miło. Można było win przeróżnych spróbować, można było z przekąskami wina sparować, można też było sobie pogotować, a następnie się delektować swoim dziełem, niczym Makłowicz. I last, but not least, jak to Anglosasi mawiają, można było popołudnie ze znajomymi przebimbać. A kiedy jest wino, są znajomi, jest bufet, czegóż chcieć więcej można? Niczego, jeśli mnie pytacie.

* koniec końców nie pierwszy raz się bywa, żart jakby ktoś nie zajarzył.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz