czwartek, 13 czerwca 2013

Portugalia: San Francisco

beczki-z-porto

Byłem w Lizbonie lat temu piętnaście, tego mostu nie zapamiętałem, byłem na Expo, inny most moją uwagę absorbował. Tak czy inaczej, nie dla mostów do Portugalii przyjechałem, architektoniczne porno to nie moja bajka. Ja przyjechałem dla porto, Kasia dla fado, a Julek, cóż, on nie miał wyjścia, rodzice go w samolot wpakowali i powiedzieli, że będzie fajnie.

Niezależnie od motywacji podróż zaczęliśmy tak samo. Lufthansa Gdańsk – Monachium, octowa sałatka z szynką, Monachium – Lizbona, indyk z ryżem i Toblerone. Wylot siedemnasta, na kwaterze przed dwudziestą trzecią. W Lizbonie taxi z przylotów, to ważne, żeby nie przepłacić. Kwatera zacna – link, widok dwieście siedemdziesiąt stopni, od Tagu, poprzez wzmiankowany Golden Gate, po katedrę. U wrót Alfamy, tramwaj 28 i autobus 728 tuż obok, też ważne. Żeby nie było, czwarte piętro bez windy, ale jak ja z wózkiem w prawej ręce, Julkiem na lewej ręce, dawałem radę góra-dół, dół-góra sześć razy dziennie, to wy rady nie dacie?

Wystarczy logistyki i martyrologii, czas na przyjemności. Dzień pierwszy, chmur więcej niż w Polsce, deszczu cały kwadrans, pod dwadzieścia stopni ogółem. Najpierw oceanarium lizbońskie. Piętnaście lat temu byłem, nie powaliło mnie. Teraz, z młodym zafascynowanym rybami, gadającym do ryb prawie że, zupełnie inne odczucia. Półtorej godziny wydało się całym dniem, odlot na maksa. Polecam, polecamy zdecydowanie.

Wieczorem coś zjeść by trzeba, święto sardynki po drodze, czyli sardynki z grilla być muszą. Jedna knajpka, druga knajpka, wreszcie bezimienny namiot przy waterfroncie tutejszym. Miejscowych sporo, kelner wciąga dwadzieścia metrów od wejścia, siadamy, co zjecie?, sardynki, na dwoje to będzie osiem, okay, sałata, tak, co do picia?, białe wino. Moment, ląduje wino, dwie zielone szklanice, półmisek pomidorów, sałaty i cebuli, chleb obowiązkowo, wreszcie osiem sardynek, zgrillowanych, kryształki soli się skrzą. Widelec, nóż, pierwsze cięcie, wręcz tryska krew, świeższe niż te być nie mogły, mniam. Sardynki grillowane w całości, podroby wliczone w cenę. Wino, któż by na nie zwracał uwagę, jest i gardło spłukuje, świeżość sardynek, gwar współbiesiadników, doświadczony życiem głos kelnera dokarmiającego Julka, który przy nim nie grymasi jakoś, orgia zmysłów i ich przeładowanie, mniam po raz wtóry.

Dobra kuchnia to jedno, atmosfera to drugie, tutaj mieliśmy komplet. Wróciliśmy dzień później. Tym razem dorsz nam się zamarzył, dostaliśmy, zjedliśmy, powtórnie się rozsmakowaliśmy. A kelner, z twarzy piętnaście bez wyroku, z głosem chrypiącym fachowo, idolem Julka został. Któż inny by mu tak pieczołowicie ziemniaczki obierał? Nam też do gustu przypadł, w kraju nad Wisłą o kelnerów swój fach znających niełatwo.

Wieczorami był namiot przy waterfroncie, w dzień różnie bywało. Ale bar Paco Real wart polecenia jest. Na śniadanie słodkie wypieki i kawa, w okolicach lunchu porcja kiełbasek z sadzonymi jajkami i frytkami tutejszymi, czyli po naszemu chipsami ziemniaczanymi. Wszystko w cenach rozsądnych z obsługą fachową, smaczne, co chyba najważniejsze, polecamy bez zastrzeżeń.

Było o kulinariach, o turystyce będzie w dwóch zdaniach. Oceanarium i Alfama warto, Belem nuda i hałas. Za tydzień zwiedzimy jeszcze parę miejsc, wtedy może coś więcej napiszę. Komunikacyjnie, na trasy wzdłuż Tagu sprawdza się autobus 728,  na przegląd Alfamy i wizję lokalną pozostałych atrakcji centrum Lizbony tramwaj 28 wydaje się idealnym. Czas przejść do fado, którego słuchaniu Kasia co wieczór się oddawała.

Pierwszego wieczoru postawiła na opcję profesjonalną, dwadzieścia euro za wstęp, jeśli przyszło się na drinka, a nie na kolację. Było profesjonalnie, technicznie bez zarzutu, klimatem może ciut sztywno. Dlatego drugiego dnia wybrała opcję – mała knajpka z klimatem. Fado tam śpiewać umieli, nawet kelner dawał radę, zresztą mamy już jego płytę. Wieczór na plus zdecydowanie, za dwadzieścia pięć euro (płyta i dwa małe piwa). Trzeciego dnia było na chybił trafił, bliżej klimatów dnia drugiego dziewczyna szukała. Znalazła bliżej i dalej jednocześnie. Klimat był, śpiewali wszyscy, łącznie z kucharką, a pani z pomywaka także się wyrywała. Niestety gitarzyści akordy gubili, śpiewakom oktaw nie starczało, na dorszu czosnek przypalili. Słowem miejsce jako punkt odniesienia się sprawdziło, żeby polecić nie bardzo. Podsumowując. W Alfamie fado śpiewa każdy, trawestując klasyka, stanie przy mikrofonie, niech go ktoś stamtąd przegoni, ale nie każdego warto słuchać, nawet do kotleta.

Trzy dni w Lizbonie były kulinarno-wokalne, czwartego wsiedliśmy do samochodu z nawigacją ustawioną na Quinta de la Rosa. Część winną urlopu czas było zacząć, ale o tym w następnym odcinku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz