niedziela, 7 lipca 2013

Porto: Wino, słodycz i bimber

beczki-z-porto

Miało być za dzień, za dwa, do trzech tygodni się przeciągnęło, zdarza się. Tak czy inaczej, wreszcie notkę o winach porto, niekoniecznie z Porto, skończyłem. A w zasadzie napisałem raz jeszcze. Wersja pierwsza ze trzy wątki próbowała spiąć w jeden, Blogspota limit wierszy się kończył, a notki końca widać nie było. Musiałem jej poniechać, odetchnąć polskim powietrzem, wrócić za czas jakiś i wersję drugą napisać. Oto ona.

Wino porto, to jakby nie patrzeć słodkie wino z dodatkiem wódki*, dłużej, krócej, lub nieskończenie długo dojrzewające w dębowych beczkach.** I na tym można by skończyć, gdyby nie fakt, że rodzajów porto trochę jest i z czystej ciekawości człowiek się zastanawia, czym one się różnią? Spróbuję na to pytanie odpowiedzieć, wspierając się doświadczeniem zdobytym na szeregu flaszek porto białego, czerwonego, starego, młodego i nie do końca określonego. Flaszek, które wypiłem lub upiłem, kupiłem w winnicy, ale i w supermarkecie. Słowem trochę euro w imię zebrania doświadczeń przepuściłem, warto było.

Zacznę od przypadku do rozpoznania najprostszego, porto w wersji białej. Jak miejscowi mawiają, nadaje się ono do drinka, long drinka, z tonikiem i plasterkiem cytrynki. Jeśli nie chcecie cierpieć z powodu nadkwasoty, wybierałbym wersje extra dry, czyli według winnych standardów dość słodką. W pozostałych mierzy się ilość wina w cukrze, a nie cukru w winie.

Wersji różowej porto nie próbowałem, odwagi nie stało.

Przechodząc do win porto czerwonych, inaczej niż od wisienki na spirytusie zacząć nie sposób, czyli porto typu ruby, kolorem rubinowego. Jeden łyk i czasy studenckie jako żywo stają przed oczyma. Słowem szkoda czasu. A jeśli mimo to kupicie, to pijcie schłodzone, serwowane na kostkach lodu i pijcie szybko. Bo ruby tlen siorbie niczym wino i po paru dniach będzie jeszcze słabiej.

Z porto tawny już tak prosto nie jest. Są tawny, i tawny, zależy gdzie kupicie i ile za nie zapłacicie. Kolorem wpadają w brązy i miedź, intensywnością barwy słabną wraz z wiekiem. Wersja supermarketowa to łyżka Nutelli i stopka wódki. Wersja od solidnego producenta na start oferuje goździki, nuty korzenne i alkohol przebrany za pikantność. To może smakować. Źródło to jedno, średni wiek tawny w kupażu to drugie. Są wersje nieoznaczone, są dziesięcio, dwudziesto i trzydziestoletnie. Tym bez deklaracji wieku najbliżej do supermarketu, tym starszym najbliżej do naszych miodów pitnych. Jak dla mnie dziesięcioletnie tawny wyróżnia się najbardziej i z innymi trunkami kojarzy najmniej.

Porto colheita zaś, to tawny z określonego rocznika, które przez kilkanaście lat w beczce rozwinęło się na tyle dobrze, że winiarzowi szkoda je było kupażować. Po przelaniu do butelki już się nie poprawia, jak single malt szkocki. Można ją pić i przez trzy miesiące po odszpuntowaniu. Względem tawny, colheita jest bardziej przewidywalna smakowo. Dominuje korzenność, goździki, pikantność alkoholu. Słodycz jest drugoplanowa.

Wracając do win porto o barwie rubinowej, mniej lub bardziej. Porto LBV (Late Bottled Vintage), czyli późno zabutelkowany rocznik. W wersji oficjalnej świetny rocznik, który obrodził za nadto. W praktyce LBV zaszpuntowane korkową zatyczką jak tawny, czy ruby, to masówka, bliska smakowo wisience na spirytusie. Po odszpuntowaniu i trzy miesiące pić można. Jeśli LBV jest korkiem winnym zamknięte, to można liczyć na owocowość z jednej strony, a korzenność i pikantność z drugiej. Wtedy warto, lecz butelka odstać swoje w spokoju musi, a dekantować i tak trzeba. Inaczej szlam winny pić będziecie. A jak odszpuntujecie, zdekantujecie, to w tydzień wypić trzeba.

I na koniec porto najdroższe, znaczy się porto rocznikowe (vintage). Dwa lata w beczce, wieczność w butelce, tak przynajmniej być powinno. Roczników młodszych niż sprzed dwóch dekad otwierać nie warto twierdzą tradycjonaliści. Uwierzyłem na słowo, połasiłem się na dwudziestodwuletni. Jak było? Inaczej niż się spodziewałem, to pewne. Była morska bryza i tytoń w bukiecie, były owoce leśne w aromacie. Smakowo na słodko, ale i na słono, tak jakby. Skojarzeń z dymnym single maltem, takim w beczkach po sherry cyzelowanym, uniknąć nie potrafiłem, zatem dobrze było. Ale czy warto? Celem spróbowania tak, celem zakupu kartonika nie. Jakby na to nie patrzeć, nadal mówimy o słodkim winie z dodatkiem wódki, tyle że w dość abstrakcyjnej cenie.

Miał być koniec, będzie post scriptum. Porto Vau Vintage od Sandemana***, czyli próba skrócenia dwóch dekad do dekady, co by szybciej na rynek rocznikowe porto wysłać. Piłem je tuż po ruby Sandemana, które podobno owocowym jest. W tym zestawieniu ruby alkoholowym było, a Vau Vintage nozdrza kilogramami owoców atakowało. Ciekawe doświadczenie, choć jak piszą lepiej zorientowani, Sandeman eksperymentu zaniechał, teraz zapasy wyprzedaje. Jak traficie na butelkę, warto kupić, doznania ciekawe, cena rozsądna.

Czas podsumować:

  • białe porto w drinku smakuje mi,
  • ruby i młode tawny - szkoda słów,
  • dziesięcioletnie tawny, lub colheita, jeśli lubicie korzenność i pikantność,
  • starsze tawny – ja wybieram polskiego półtoraka,
  • LBV z korkiem, tzw. niefiltrowane, jeśli lubicie owocowość,
  • rocznikowe porto, jeśli pieniądze nie grają roli, to czemu nie.

A każde porto, to i tak, słodkie wino z dodatkiem wódki. I to już naprawdę koniec tej notki.

* no bo jak określić bezbarwny płyn o woltażu siedemdziesiąt siedem procent. Spirytus to jeszcze nie jest, wódka zatem.
**
notka jest o tym jak porto smakuje, pomijam szczegóły techniczne produkcji poszczególnych rodzajów porto. Jeśli tym jesteście zainteresowani polecam choćby Wikipedię.
*** jednego z największych producentów porto, działającego na skalę przemysłową i międzynarodową.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz