środa, 23 października 2013

Przepis na wino: Mój idol Jamie O.

trafalgar

Molekuły winne z molekułami przepisów Jamiego O. będą się dziś łączyć, wypadało zatem londyńskie fotki wyciągnąć z archiwum . Neony Piccadilly Circus na przystawkę i czarną taksówkę jako digestivo.

Przeżywam ostatnio fascynację przepisami Jamiego Olivera, tym fast foodem z wyższej półki. Przejdzie mi, za czas jakiś zapewne. Tymczasem strona jamieoliver.com jest moim startowym miejscem do planowania molekularnie uzgodnionych posiłków. A to dzięki sprawnie działającej wyszukiwarce, gdzie wystarczy wpisać nazwę składnika i już, można wybierać i przebierać do woli w przepisach. Przepisach, których znakomita większość nie wymaga więcej niż pół godziny na przygotowanie.*

Żeby nie być gołosłownym przykład z ostatniej niedzieli. Do wymyślenia była trzydaniowa kolacja. Przystawka, danie główne, deser. Każde danie to inne wino, też do zaproponowania. Zacząłem od kolorów i wytrawności. Ułożyłem serię klasyczną: białe wytrawne, czerwone wytrawne, białe lub czerwone słodkie. Przyszedł czas wybrać szczepy i wina. Odpaliłem stronę ulubionego sklepu z winem i zacząłem kombinować.

Na start powinna być petarda, która zrobi wrażenie na każdym z gości, niezależnie od jego winnych preferencji i doświadczenia. Wybór zatem oczywisty – sauvignon blanc z Dog Point. Owocowość (agrest) plus pikantność (pieprz) tworzą w tym winie parę doskonałą, zarówno w aromacie, jak i w smaku. Jeśli zaś sauvignon blanc to mięta. Wyszukiwarka u Jamiego w ruch, przepis na “bruschettę z bakłażanem i miętą” wydaje się pasować.

Wino numer dwa, wino czerwone, jakie? Chianti rzecz jasna. Trzeba było wziąć poprawkę na gości, dla których sangiovese saute mógł być zbyt ekstremalny. Wybrałem chianti ucywilizowane dłuższym pobytem w dębinie, riservę z winnicy Carpineto. Znów wyszukiwarka w ruch, hasło wołowina. Jednak tym razem wybór znałem wcześniej, już taką parę zestawiałem. Chianti z prostą w przygotowaniu, smakowitą w konsumpcji pieczenią wołową na warzywach, daniem uniwersalnym. Jeden kawałek mięsa, a plastry krwiste, średniokrwiste i dobrze wypieczone wychodzą. Każdy z gości znajdzie dla siebie to co lubi. Co więcej dobra polska zrazówka sprawdza się w tym przepisie znakomicie. A że winem było chianti riserva, to dodałem do zestawu fasolkę szparagową al dente, sosem sojowym i ziarnami sezamu okraszoną. Ten przepis nie od Jamiego, ale chyba by się nie obraził. Koniec końców dębina i sos sojowy to z molekularnego punktu widzenia oczywista kombinacja.

Wino numer trzy miało być winem słodkim. Jednak przeglądałem i przeglądałem ofertę ulubionego sklepu winnego i nie mogłem się zdecydować. A to cenowo było zbyt drogo, a to na stanie akurat nie było, a to molekularne parowanie mi kulawe wychodziło. Pomęczyłem się tak chwilę, aż zabrałem się do tematu od drugiej strony. Wszedłem u Jamiego na sekcję desery i zacząłem czytać. Długo to nie trwało, ten właściwy zauważyłem praktycznie od razu – torcik z orzechów laskowych. Jeśli orzechy laskowe to wino naznaczone dębiną trzeba było wybrać do pary. Masło i ricotta w przepisie, o skórce pomarańczowej nie wspominając, wybór szczepu uczyniły prostym. Jakbym nie kombinował, wypadało na beczkowane, najlepiej od początku beczkowane, chardonnay. Poszukałem i znalazłem, chardonnay od Rustenberga.

I tak ułożyłem winno-kulinarny tercet, a właściwie sekstet. Przygotowanie było przyjemnością i poszło jak z płatka. Nadszedł czas konsumpcji.

Para numer jeden - sauvignon blanc i bruschetta. Wino wiodło prym, czarując swoim owocowym aromatem. W ustach i wino, i bruschetta, łączyły się harmonijnie, nawzajem podkręcając swoje smaki i nasze wrażenia smakowe.

Para numer dwa - chianti riserva i pieczeń wołowa. Pieczeń zawładnęła nosem, tymianek i rozmaryn zrobiły swoje. W ustach ząb sangiovese zręcznie chronił przed przesyceniem się soczystością mięsa i warzyw, a sos sojowy zgrywał się w punkt z dębiną.

Para numer trzy - chardonnay i torcik, była ciekawa. Kiedy chardonnay Rustenberga próbowałem solo, to wanilia była wyrazista i tłumiła nieco pozostałe elementy. Zestawione z tortem orzechowy chardonnay przeobraziło się kompletnie. Wanilia i dębina połączyły się z analogicznymi smakami i aromatami ciasta. Niejako odarte z nich wino mogło wybrzmieć rześkim, owocowym aromatem i smakiem chardonnay. Niezłe to było, niezłe.

Podsumowując. Goście uznali, że molekuły się ze sobą zgodziły. A ja zaczynam chyba w pełni rozumieć, jak ten molekularny “Przepis na wino” działa. Wzajemne podkręcanie wspólnych smaków i aromatów przez wino i potrawę to tylko część historii. Ciekawie się robi, kiedy w takim zestawieniu wino zaczyna smakować inaczej, lepiej, tak jak w parze numer trzy. Zatem ciąg dalszy nastąpi…

taxi

* nie liczę tu czasu duszenia, gotowania, pieczenia. Ten waha się od kilkunastu minut do paru, np. czterech, godzin. Jednak to już problem piekarnika / kuchenki, a nie nasz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz