środa, 27 listopada 2013

Wino: Piemont powraca

piemont-zlote-lodowce

A. wrócił z Piemontu i zaprosił na kolację-degustację. Wziąłem flaszkę barolo w dłoń lewą, kluczyki od samochodu w dłoń prawą i pojechałem. Warto było. Ale po kolei to opiszę, właściwie starając się napięcie stopniować, aż do grande finale.

Zacznę od listy win:

  • jako starter dolcetto d’Alba “Le Rondini” z Cantina Terre da Barolo, rocznik 2011,
  • następnie dwie barbery, ciągle w ramach rozgrzewki: “Croere” z Terredavino, wersja Superiore, rocznik 2011 i “Fondo Prà” z Lano, także Superiore, rocznik 2007,
  • i wtedy skończyły się żarty, a pojawiło nebbiolo, w czterech odsłonach:
    • barolo “La Foia” od Marco Curto, rocznik 2005, czyli młodziak, żeby mieć punkt odniesienia,
    • barolo “Parafada” z Massolino, zaplanowane jako ciekawostka. Dlaczego? Bo z rocznika 2002, czyli rocznika wybitnie kiepskiego (76 pkt. od Parkera, kiedy pozostałe roczniki XXI wieku to 90 pkt. +),
    • barolo “Arione Sôrì dell’Ulivo” od Giggi Rosso, rocznik 2001, riserva, potencjalna gwiazda wieczoru,
    • barbaresco “Poggio del Ciabot” z Le Roche dei Barbari, rocznik 1998, riserva, druga potencjalna gwiazda wieczoru.

Stół nakryto, gospodarze kulinarnie stanęli na wysokości zadania, jak zwykle zresztą, delikatesy wprost z Piemontu przywiezione zaserwowali, czas było kieliszki napełnić.

Jak wspomniałem na pierwszy ogień poszło dolcetto, które po pierwszym niuchu i łyku A. ocenił w punkt, jednym słowem – “świeżość”. Rzeczywiście była, wraz z młodością i nieokrzesaniem. Choć po dłuższej chwili owocowość, w tym tak lubiane przeze mnie w dolcetto jagody, zdołały się przebić. A kiedy dnia następnego przed śniadaniem weryfikowałem wrażenia z kolacji, to owocowość była wręcz tematem przewodnim tego wina. Podsumowując. “Le Rondini” dobrym dolcetto jest, choć czasu na otwarcie się potrzebuje, a dla niektórych zbyt “świeże” może być.

Kolejne dwie flaszki to dwie barbery, obie Superiore, czyli beczką dębową podkręcane. Sama barbera szczepem mocarnym nie jest, to raczej alternatywa win białych dla zadeklarowanych czerwonowinopijców. Zatem uszlachetniona dębiną potrafi w tej dębinie się zagubić. Tak się zdarzyło w przypadku “Croere”, która niczym innym jak waniliowym obłoczkiem była. Nawet dzień później. Natomiast “Fondo Prà” dała radę i pokazała zdrową kwaskowatość wraz z paletą aromatyczno-smakową wygładzoną kontaktem z beczką . Smakowała tak, jak barbera smakować powinna. Podsumowując, na jedną sprawę warto zwrócić uwagę. “Croere” w beczce spędza 6-8 miesięcy, natomiast “Fondo Prà” dwanaście i to czuć. Zaledwie pół roku w beczce powoduje, że wino przechodzi aromatem dębiny, ale nie ma czasu odetchnąć, zrzucając z siebie tego aromatu nadmiar.

barbaresco-pochmurne

Należycie rozgrzani mogliśmy przejść do barolo i barbaresco. Win ze szczepu nebbiolo, które z barberą, ze szczepu barbera nic wspólnego, oprócz podobnie brzmiącej nazwy, nie mają. Nie są to też wina ciężkie. Są lekkie, eleganckie, choć z chwytającymi za gardło garbnikami. I długowieczne, o tym warto pamiętać.

Jako starter posłużyło barolo “La Foia”, rocznik 2005, istny młodzik. Jeśli wierzyć literaturze tematu, zwykłe barolo czy barbaresco jest gotowe do picia sześć lat po zabutelkowaniu, a szczyt swoich możliwości osiąga dwanaście, piętnaście lat po zabutelkowaniu. Najlepsze wina zaś szkoda otwierać przed upływem dekady, a wypada potrzymać tak ze dwie. I po “La Foia” było tą gotowość na więcej widać. Po zadziornym kolorze, krystalicznym wyglądzie, jakby dopiero co wczoraj zabutelkowanym było. W aromacie była nuta perfumowanej kwiatowości na start, dalej zaś atrament i bardziej nuty zwierzęce niż stajnia. W ustach kwaskowatość w punkt i garbniki suche, wyraziste. Całość na teraz czysta, prosta, już dążąca w kierunku elegancji, ale jeszcze bez finezji. Podsumowując. Warto poczekać z odszpuntowaniem jeszcze z cztery lata przynajmniej.

“Parafada” była ciekawostką. Rocznik 2002, kiepski, w Piemoncie dziś poupychany po kątach i serwowany tylko nielubianym gościom. W piwniczce A. to barolo już chwilę przeleżało. Wzięliśmy je licząc na to, że zobaczymy jak smakuje sumiennie zrobione wino, ze szlachetnego szczepu, ale kiepskiego rocznika. I się nie zawiedliśmy. Technicznie to wino było bez zarzutu, natomiast winogrono nie dało od siebie nic, poza kolorem i kwaskowatością. Bardzo wysoką kwaskowatością. Garbniki winogron praktycznie nie istniały, dębina zaś brutalnie atakowała policzki garbnikami, a nos aromatem waniliowym. Co za niezłe osiągnięcie uznać należy, biorąc pod uwagę dwa i pół roku w dębinie, a następnie jeszcze prawie osiem w butelce. Ale to tylko potwierdzało słabość winogron nebbiolo rocznika 2002. Prócz koloru, kwaskowatości i delikatnego aromatu winogronowego, winogrona nie istniały. Ciekawe doświadczenie.

Po roczniku wybitnie kiepskim nadszedł czas na rocznik wybitnie dobry - 2001. “Arione Sôrì dell’Ulivo” miało być gwiazdą wieczoru. Kiedy je odszpuntowałem i spróbowałem, przed nalaniem do karafki, na taką się zapowiadało. Jednak trzy godziny później, zbliżając kieliszek do nosa, osłupiałem. Nutą przewodnią był czyściutki zapach świeżego korka. Czyli nie była to butelka “korkowa” w zwyczajnym tego słowa rozumieniu, pachnąca starą szafą, mokrym psem, czy innymi uroczymi zapachami. To była butelka elegancko “korkowa”, wręcz odświeżająco. Większość niuansu nie wyczuła, zaawansowani już w kolacji byliśmy, ale S. chwycił w lot. Wymieniliśmy spojrzenia, zachowaliśmy kamienne twarze przy kolejnych łykach, cóż było robić.

Szczęśliwie barbaresco “Poggio del Ciabot” okazało się tym, czym okazać się miało i jeszcze trochę. Już po otwarciu, przed dekantacją, czułem skórę i tytoń. Parę godzin później doszła do tego benzyna, którą pierwsi wychwycili w aromacie współbiesiadnicy. A to już tylko krok od mitycznej nebbiolowej smoły.* W ustach zaś była kwaskowatość w punkt, garbniki trzymające zdecydowanie, acz nie demolujące ust, wręcz łagodne. No i ta elegancka lekkość, która połączona z dążącym ku pomarańczy kolorem nie pozostawiała nic więcej do dodania. Słowem, było to jedno z najlepszych nebbiolo wagi ciężkiej jakie zdarzyło mi się pić. Poezja, a A. podziękowania, że zdecydował się wyciągnąć je ze swojej piwniczki.

Podsumowując. Z barbareso i barolo mam problem, który zdefiniowałbym, jako zbyt mały zapas win, o których mógłbym zapomnieć. Bo w przypadku B&B, jak je w skrócie nazwę, ekonomicznie uzasadnionym jest kupowanie win maksymalnie ośmio, dziewięcioletnich. A patrząc na B&B z opisywanej degustacji i degustacji wcześniejszych widzę, że B&B w pełni dojrzałe muszą te piętnaście lat w piwniczce przeleżeć. Wcześniej odszpuntowane, zawsze pozostawiają winopijcę z pytaniem, co by było gdyby? Czy rok, trzy, pięć, zamieniłyby to bardzo dobre wino w wybitne? Czy ten już wyczuwalny charakter stałby się charakterem niepowtarzalnym? No i w piciu B&B, kolorem jeszcze z czerwieni w pastelowy pomarańcz nie przechodzącego wydaje się być coś niewłaściwego. Okay, może z tym ostatnim to się rozpędziłem.

Tak czy inaczej, jeśli wino ma leżeć kolejne pięć, siedem lat, to nie można mieć jednej butelki takiego wina. Bo jak się korek, choćby świeży, trafi, to co zrobimy? Siedem lat czekania, a tu korek. Pół litra poproszę, wracam jutro. Zatem trzeba mieć tych butelek więcej, to po pierwsze. Po drugie trzeba mieć innych win sporo na podorędziu, żeby syreni śpiew dojrzewających B&B zagłuszyć. Jeśli wyłącznie B&B w chłodziarce zostaną, a tu wieczór, sztorm i kolacja przy świecach, to czy nie ulegniecie? Jasne, że ulegniecie. Po trzecie zaś warto mieć piwniczkę, do której przynajmniej po schodach zejść trzeba. Może wtedy zdołacie ochłonąć i cofniecie rękę już korek odszpuntowującą.

Dużo tych wymagań, dla mnie, na dziś, zbyt dużo. Zatem wracam do swoich chianti, które takich wyrzeczeń nie wymagają. A chłodziarkę chyba styropianem wygłuszę, bo syreni śpiew tych paru butelek B&B mających leżeć lat następnych cztery, spać mi nie daje. Ale się nie ugnę.**

piemont-szarowka

Fotki kolejno:
- piemoncka winnica z górami w tle – taka geografia zapewnia unikalny mikroklimat,
- Barbaresco, od wieży do enoteki w kościele,
- spłachetki winnic niedaleko Barolo – piemonckie winnice to nie są setki hektarów, to co najwyżej setki metrów kwadratowych.

* którą prędzej czy później wyczuć ma szansę każdy, o ile nie jest dekarzem. Żart hermentyczny wiem, ale wyjaśniać nie będę.
** a jeśli się ugnę, to pierwsi o tym na blogu przeczytacie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz