środa, 2 kwietnia 2014

Kalifornia: wina Gretzkiego, filmy Coppoli

la-california

“Welcome back my friends” chciałoby się rzec po pewnej nieobecności na blogu. Ale ja tu przelotem, zatem jeszcze się nie przyzwyczajajcie, sprawy unormują się pewnie w okolicach czerwca. Nie żeby mi się wino znudziło, tudzież blogowanie obrzydło.

Wystarczy tłumaczeń, czas do sedna dzisiejszej notki przejść. Zdarzyło mi się być na degustacji win kalifornijskich , w piątek 21 marca, w Stolicy. Temat o tyle mnie zainteresował, że wina kalifornijskie rzadko się dotychczas pojawiały w mojej diecie winnej. Trzeba było skorzystać z okazji i przyjrzeć się im bliżej. Co też uczyniłem.

Ponieważ notka długa to będzie, dla niecierpliwych konkluzję na początku umieszczam. Kalifornia lata dziecięce, dominacji win z nazwy wytrawnych, a w praktyce półsłodkich, obezwładniających zmysły ciężkim wyziewem pierwszego siorbnięcia, ma szczęśliwie za sobą. Więcej się tam teraz eksperymentuje, szuka własnego, wielowymiarowego i oszczędzającego kubki smakowe stylu. Szuka się go starając się nie kopiować europejskich klasyków. Efekty bywają zachęcające, choć nie wszystkie mnie przekonały. Ale ja jestem niepoprawnym italianowinofilem, zatem proszę mi wybaczyć.

Winnicy było trzydzieści i dwie, opiszę wybrane, numerami stolików idąc. Zaczęliśmy z moją lepszą połową oryginalnie - od stolika numer jeden. Winnica Bucella, butikowa rzec można, trzydzieści tysięcy butelek rocznie. Dwa cabernety i jeden kupaż mieszany były na tapecie, a także okazja do wylania do spluwaczki wina za 150$ według cen U.S. of A., lub jak kto woli prawie 400$ według cen polskich.* Wrażenia? Nos bogaty, gęsty, gorący jak się spodziewaliśmy. Usta zaś świeże, owocowe, lekkie. Na plus.

Stolik numer trzy i producent Ste. Michelle Wine Estates. Znów na caby padł wybór. Trójka ich ze Stag’s Leap była, jak to prezentujący powiedział: cab codzienny, uczestnik finałów i wino mistrzowskie. Wspólny mianownik – świeżość ocierająca się o zielone czarne porzeczki i trawiastość. Jak późniejsze degustacje potwierdziły, takie “zielone” caby to w Kalifornii styl powszedni. Różnice, cena ale to rzecz oczywista, natomiast w smaku wielowarstwowość i dopracowanie na obrzeżach. Różnica między pierwszym a drugim była znacząca, między drugim a trzecim bardziej subiektywna.

Kolejny wybraliśmy stolik numer sześć – Crimson Wine Group. Pierwsze białe wino tutaj próbowaliśmy. Chardonnay Carneros z Pine Ridge, gładkie choć bez fermentacji malolaktycznej, podobno kręcenie beczkami tak działa. Tym samym było świeże, nie maślane, dębina przyzwoity dystans w tle trzymała. A później przyszedł czas na sangiovese z Kalifornii (Seghesio). Cóż, w ciemno bym nie zgadł, że to sangiovese. Delikatne było, czekoladowe w tle, z zębem daleko w tle. Ale przy okazji sangiovese porozmawialiśmy sobie o tym jak moda na szczep potrafi go w U.S. of A. skutecznie zabić. Bo jak jakiś szczep wszyscy chcą pić, to wszyscy producenci zaczynają go sadzić, nie zważając czy miejsce do tego odpowiednie, czy nie. Reszty już chyba dopowiadać nie trzeba.

Stolik numer siedem, szeroki wybór, Vin-De-Cal International. Najlepiej zapamiętałem bąbelki Blanc de Blancs od Schrambsberga, co to je prezydent Nixon na raucie z okazji wznowienia relacji z Chinami pił i tak już na stałe w prezydenckich piwniczkach zostały. Petit syrah od Bogle, niedżemowaty warto podkreślić, przypadł nam do gustu. No i Fume Blanc od Ferrari-Carano, czyli sauvignon blanc po europejskiemu też się sprawdził. Dębowany z umiarem, przez co gładki, ale z winogron pierny, czyli z zębem który mieć powinien.

Nawiązanie do Europy trafiło się nam przy stoliku numer dziesięć. J. Lohr Vineyards & Wines ma winnicę północną i południową. Północną, w dolinie z bryzą od zatoki, nazywają Burgundią. Południową, gorąca, otoczona górami z solidną amplitudą temperatur między dniem a nocą, nazywają Bordeux. Szczepy hodują adekwatne do nazw, a ich mottem są gładkie garbniki. I tak też jest w praktyce, lekkie, łatwe i przyjemne wina od 14$ do 17$ za butelkę, w U.S. of A. rzecz jasna.

Czternasty stolik to była ciekawostka. Cztery muskaty od Quady Winery. Dwa słodkie, woltażem po parę procent, różany i pomarańczowy, do picia zamiast piwa. Dwa woltażem mordercze (14-15%), nadal słodkością podszyte, znów różany i pomarańczowy. Wina kobiece rzec można, elegancko wykonane. Warto pamiętać, że mocniejsze wersje zakończyć imprezę potrafią szybko.

Amerykański Włoch przywitał nas przy stoliku numer piętnaście. Lucas & Lewellen Winery, czyli jak to Antonio określił socjalistyczna kooperatywa w sercu światowego kapitalizmu. W skrócie – przyjazne ceny, pijalne wina, okay. Nieco rozwijając, Italian Blend od Toccata (45% sangiovese, cab i merlot) mocno internacjonalne, sangiovese raczej na etykiecie niż w aromacie, czy ustach widać. A Three Barrels wyciągnięte spod stołu (młode sangiovese, dolcetto, nebbiolo) jakże stuprocentowo włoskie i jakże okrutne w swojej młodości zarazem. Pinot noir zaś gładki był, kalifornijski taki.

Tuż obok stolik numer szesnaście, Dry Creek Vineyard. Cab  w stylu europejskim, z wyrazistymi garbnikami, czarną porzeczką, skórą i tytoniem, bez “zielonej” strony mocy. Meritage, czyli merlot i cabernet franc, podobnie. Przy czym tym razem bardziej w stronę pluszowości, jak to merlot już ma. Za 80 i 100 zł odpowiednio, dobre propozycje.

Stolik dziewiętnaście i wreszcie celebryta się trafił. Wina Francisa Forda Coppoli znaczy się spróbowaliśmy. Jak to dnia następnego znajomy ujął, najlepszego reżysera wśród winiarzy. I na tym bym poprzestał.

Z wrażenia po winach Coppoli przyszło nam się otrząsnąć przy stoliku numer dwadzieścia – Michael Mondavi Family Estate.** Planowaliśmy spróbować dwóch, trzech, ale Geoff był na tyle przekonujący, że zaliczyliśmy wszystkie. Warto było. Zaczęliśmy od serii American Pie, lekkich, łatwych i przyjemnych, wręcz za lekkich, za łatwych. Pić je można jak soczek. Następnie były wina z serii Spellbound, pieszczotliwie nazwane przez Geoffa “cheesburger wines”. Jeśli zdarzyło wam się jeść burgery de-lux, modne ostatnio w kraju na Wisłą, to Spellbound ma się tak do prostych win, jak te burgery do MacDonalda. Zatem nie dajcie się zwieść pozorom. Emblem (cab), Hangtime (pinot noir), Medusa (kupaż) to była półka wyższa w stylu europejskim. Na koniec zaś spróbowaliśmy “M by Michael Mondavi”. I to wino można uznać za kwintesencję kalifornijskiego hedonizmu i przepychu. Było w nim wszystko i jeszcze trochę.

Do stolika numer dwadzieścia i dwa przyciągnęło nas nazwisko innego celebryty. Jak się okazało Wayne Gretzky jest winiarzem hobbystą. Próbowaliśmy chardonnay (2010) i cab w kupażu (2008). Oba “enjoyable”, a że niegdysiejsza gwiazda hokeja zyski z winnicy przeznacza na hokejową edukację dzieciaków, to “enjoyable” do potęgi. NHL – Hollywood, 1:0 do przerwy.

Była winnica Michaela, czas było spojrzeć na winnicę założoną niegdyś przez Roberta, stolik dwadzieścia trzy. Spróbowaliśmy przy nim uczciwie zrobionych win w uczciwej cenie, poza serią Twin Oaks, zbyt prostą jak na mój gust. Zachwyciły zaś dwa. Nietypowe fume blanc podszyte naftą niczym riesling i miętowo-stajenny pinot noir z najwyższej linii. Mniam.

Najbardziej “odjechanym” producentem degustacji był Michael David, ze stolika dwadzieścia i sześć. Obłędnie kolorowe, ekscentryczne etykiety, wyraziste wina, ciężkie, dębowe (bez trocin), odurzające. I kto by się tam terroir przejmował, kupują najlepsze winogrona dostępne na rynku i robią z nich najlepsze wina, przynajmniej w swoim mniemaniu. Jak traficie na 7 Deadly Zins (zinfandel), albo Freakshow (cab) spróbujcie koniecznie. A jak chcecie ciężar to sprawdźcie chardonnay, nie sądziłem że tyle treści i dębiny da się zmieścić w jednej butelce. Jednym słowem co wino to herezja, aż warto spróbować.

Po aberracjach poprzednika Hess Collection, stolik trzydzieści jeden, był klasykiem. Ujął nas zinfandel z petit syrah w Artezinie, kwaskowaty, rześki, zupełnie nie kalifornijski. A czerwony kupaż Block Cuvée Mount Veeder był uspokajająco europejski. Tyle.

Więcej stolików nie odwiedziliśmy, zaliczyliśmy zaś komentowaną degustację ośmiu cabów z doliny Napa. Potwierdziła się “zieloność” caba jako kalifornijski podpis tego szczepu, ale były też wina odmienne. Louis Martini 2010, uroczo pluszowe i kokosowe, warte spróbowania nawet jeśli od caba dalekie, choć cabem sygnowane. No i Merryvale Vineyards Starmont 2009, urzekające kawą, miętą, skórą i soczystą owocową kwaskowatością.

A później było dopijanie resztek, przekąski i film “Bezdroża” zapętlony na pierwszych pięciu minutach. Ale kto by tam zauważył, kalifornijski hedonizm ogarnął nas bez reszty.

* komu na degustacjach przekrojowych ręka zadrży i będzie dopijać wina, ten do połowy stolików zazwyczaj nie dojdzie, życie.
** Michael, czyli syn Roberta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz